Felietony

Zamknij

Wyspy zdobyte

10:01, 09.05.2007

Za kanałem La Manche jest prawie jak w domu. Pełno rodaków. Można pogadać po polsku, zjeść flaki zamojskie, napić się wódki „Zamoyski”. Tylko nie zarabia się „po polsku”, czy jak kto woli „po zamojsku”. I głównie to jest piękne

W sklepie u Hindusa kupisz niemal wszystko, od polskich słodyczy przez makarony, zupy w proszku, po gołąbki i flaki (rzecz jasna zamojskie, ewentualnie hetmańskie). Jest też kiełbasa. Podobno ta „krakowska” nie smakuje tak jak „krakowska” kupiona w mięsnym w Polsce, ale dla mnie to bez znaczenia i tak nie jem mięsa. Za to o polskim chlebie marzę i śnię. Jest! Najprawdziwszy polski razowiec, oczywiście upieczony w jednej z angielskich piekarni i zapakowany w folię, ale co za różnica, skoro smakuje o niebo lepiej od tego, który sprzedają w tutejszych marketach. Boże! Hindus ma wszystko – cieszę się jak dziecko i wkładam bochenek do koszyka. Cena nie gra roli, mógłby kosztować nawet 10 funtów. Płacę 1 funt 70 pensów, (w „Tesco”, obok którego mieszkam, za chleb zapłaciłabym mniej, ale co to za chleb). Kupuję jeszcze paluszki solone z „Lubelli” i musztardę, bo ta angielska jest tak słona, że nie da się zjeść.
Przy drzwiach wyjściowych stoisko z alkoholem, oczywiście polskim. Wybór taki, że nie powstydziłby się niejeden zamojski monopolowy.

Teraz tu jest mój dom
W niewielkim, niespełna trzydziestotysięcznym miasteczku, Polaków można spotkać na każdym kroku. Jedni mówią, że wcześniej czy później wrócą do ojczyzny, drudzy, że wracać już nie zamierzają.
- Teraz tutaj jest mój dom – podkreśla Aśka.

Razem z mężem, Anglikiem i dwuletnią córeczką mieszka w wynajętym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Za dwa pokoje z kuchnią płacą około 700 funtów miesięcznie. Do centrum mają nieco ponad kilometr.

Wzdłuż niezbyt szerokich, jak na miejskie standardy ulic ciągną się jednopiętrowe kamieniczki, wszystkie wybudowane w tym samym stylu – Cotswold. Nazwa pochodzi od pasma wzgórz wapiennych. Faktycznie niektóre budynki zostały wybudowane z wapiennych kamieni. Inne to już tylko kombinacja drewna, metalu i płyt z utwardzonego styropianu, imitującego kamień. Dzięki temu budowlanemu oszustwu miasteczko wygląda jak wyjęte z brytyjskiej bajki telewizyjnej „Listonosz Pat”. W centrum biblioteka, posterunek policji, szpital, nieco dalej poczta, obok bank, na drzwiach którego widnieje plakat reklamowy zachęcający Polaków (tak, tak właśnie Polaków) do zakładania rachunków bankowych. Po drugiej stronie ulicy ciąg sklepów i plac, na którym niemal każdego dnia odbywa się targ, gdzie można się zaopatrzyć w świeże owoce i warzywa. Kilkaset metrów dalej dwunastowieczny kościół, wizytówka miasta. Jest niemal na każdej pocztówce.

Na robionych z odległości zdjęciach wygląda zdecydowanie lepiej niż w rzeczywistości. Podziurawione witraże okienne i zaniedbane mury świadczą o tym, że lata świetności ma już dawno za sobą. Poza wspomnianym kościołem (oczywiście anglikańskim), w mieście jest jeszcze kilka innych, każdy z nich dla wyznawców innego obrządku. Wszystkie tak samo opustoszałe.
Pełne są za to licznie rozsiane po mieście restauracje, bary i puby. Największy ścisk jest w porze lunchu (pomiędzy godziną 12 a 15) i oczywiście wieczorami.
- Większość Angielek nie gotuje. Mają do wyboru żarcie z restauracji, albo coś na szybko z mikrofali – wyjaśnia Aśka.

Sztandarowe danie, do kupienia w każdym miejscu serwującym jedzenie – smażona ryba z frytkami (fish and chips). Ukochany napój Wyspiarzy – piwo. Piją dużo i szybko, co wykorzystują angielskie browary, produkując piwo o niskiej zawartości alkoholu (około 2,5-3 procent). Dzięki temu statystyczny bywalec pubu jest w stanie wlać w siebie kilka pint bursztynowego napoju (1 pint - 568 ml. Na Wyspach „na pinty” sprzedawane jest piwo kuflowe).

Zamoyski specjalność
Pracuję w położonym na obrzeżach miasta hotelu, nieopodal biegnie droga ekspresowa, która wiedzie do Oxfordu. Jeżeli ktoś nie jest szczęśliwym posiadaczem auta (kilkuletnie, używane można kupić już za jedną, dwie tygodniówki, tj. 300 – 600 funtów. Niestety, drugie tyle trzeba wydać na jego ubezpieczenie) może bez problemu dojechać do Oxfordu jednym z kursujących co 20 minut piętrowych autobusów Stagecoach. Podróż wąskimi i krętymi jak serpentynki drogami trwa około pół godziny. Bilet w jedną stronę kosztuje 2 funty 90 pensów.

Wracając do wspomnianego hotelu. Ma trzy gwiazdki, około dziewięćdziesięciu pokoi, zespół rekreacyjno-wypoczynkowy z basenem, siłownią i gabinetem odnowy biologicznej, kilka sal konferencyjnych, dwa bary i restaurację. Niemal przez okrągły rok jest wypełniony po brzegi gośćmi. O ich komfort dba cały zastęp pracowników. Towarzystwo międzynarodowe: Słowacy, Rumuni, Litwini, Francuzi, Czesi i Hiszpanie. Polska reprezentacja działa „na froncie” restauracja – bar. Ja jestem kelnerką w restauracji.

Podczas przyjmowania zamówień zdarza mi się czasami ucinać z klientami pogawędki. Dowiaduję się, że Brytyjczycy są coraz bardziej zainteresowani polskim rynkiem nieruchomości. Jednak ich pojęcie o Polsce jest ciągle mgliste. Dla większości z nich Polska to Kraków, który odwiedziła już chyba połowa Brytyjczyków. Poza Krakowem niektórzy wspominają Gdańsk, Warszawę.

O Polakach wiedzą tyle, że tłumnie zjechaliśmy do ich kraju i chwytamy się wszelkich możliwych zajęć. Co oczywiście nie u wszystkich wywołuje entuzjazm.
Priorytetem w mojej pracy jest dbanie, żeby restauracyjni goście na zamówiony posiłek nie musieli czekać dłużej niż pięć minut. Bo Anglicy jak Polacy, jak głodni to źli. A ponieważ najwyraźniej nie chcą być źli, wymyślili angielskie śniadanie. Nie jest to zdecydowanie posiłek dla osób będących na diecie. Żadne tam płatki na mleku czy grahamki z miodem. Podstawowym składnikiem niezbędnym do przygotowania angielskiego śniadania jest duża ilość oleju, bo wszystko co zjada rano typowy Anglik musi być smażone. Smażony jest bekon, kiełbaski (podobno mieszanina tłuszczu, mięsa i chleba), ziemniaki pokrojone w plastry, pieczarki, jaja, nawet chleb. Jeśli angielskie śniadanie, to nie może na nim zabraknąć puddingu (wygląda trochę jak nasza kaszanka) oraz fasolki w sosie pomidorowym.

Obiady i kolacje serwowane w angielskich restauracjach są już bardziej „cywilizowane”. Na początek tak zwane startery. Klient ma do wyboru kilka dań mających, nazwijmy to, pobudzić jego apetyt. W menu restauracji hotelowej najczęściej pojawiają się kremowe zupy, pasztet, krewetki, melon, sałatki. Po nich pora na danie główne. Do wyboru ryby morskie, steki (zamawiane przez restauracyjnych gości najczęściej), wołowina, wieprzowina. Wszystko obowiązkowo smażone i finezyjnie udekorowane listkami rozmarynu, szafranu, pietruszki i co tam jeszcze wpadnie szefowi kuchni pod rękę. Desery: ciasta, lody i sałatki owocowe, to już prawdziwy majstersztyk. Dłużej trwa ściąganie z talerza dekoracji niż samo jedzenie.

Bardzo sympatyczny szef kuchni większość dnia spędza na wymyślaniu nietypowych i intrygujących nazw potraw. W związku z tym na gotowanie pozostaje mu już niewiele czasu. Właściwie tylko tyle, żeby wraz ze sztabem kucharzy... podgrzać kupione, gotowe dania.

Bar jest ulubionym miejscem hotelowych gości. Anglicy w ogóle dużo czasu spędzają w barach i pubach.
- Polak jak chce „się narąbać” to najlepiej w domu, a Anglik obowiązkowo idzie do pubu - mówi Aśka.

Wybór alkoholu w hotelowym barze, jak w większości tego typu przybytków. Jest kilka rodzajów lagerów (piwo jasne - „Carling”, „Grolsh”, „Becks”), „Worthington’s” - jeden z najpopularniejszych w Anglii bitterów (mocno chmielone piwo typu ale), wina i alkohole wysokoprocentowe, pite przez Brytyjczyków głównie w postaci drinków. Spośród tych ostatnich na wzmiankę zasługuje serwowana jako specjalność lokalu - wódka „Zamoyski”. Na etykiecie obok podobizny Hetmana Wielkiego Koronnego Jana Zamoyskiego, wzmianka o założycielu Hetmańskiego Grodu i jego doniosłym wkładzie w rozwój gorzelnictwa. Szlachetny trunek o czterdziestoprocentowej zawartości alkoholu produkowany jest w Glasgow. 50 ml kosztuje 3,5 funta.

Pracusie na Wyspach
Kilka dni temu z artykułu zamieszczonego na jednym z portali internetowych dowiedziałam się, że statystyczny Anglik spędza w pracy od 8 do 12 godzin dziennie. Właściwie to nawet ktoś dobrze to sformułował „spędza w pracy”, co nie musi wcale oznaczać „pracuje”. Anglicy nie mogą sobie wyobrazić dnia w pracy bez obowiązkowej półgodzinnej przerwy. Jeśli nałóg nie pozwala o sobie zapomnieć, trzeba przynajmniej raz w ciągu godziny „wyskoczyć” na papierosa. Do tego jeszcze krótka przerwa (ewentualnie kilka przerw) na wykonanie „bardzo pilnego” telefonu i męczący dzień w pracy statystyczny Anglik ma za sobą. Oczywiście takie uogólnienie z pewnością nie jest sprawiedliwe, bo nie może dotyczyć wszystkich. Faktem jednak jest, że wielu poznanych przeze mnie Wyspiarzy ma bardzo swobodne podejście do pracy. Przykładów jest wiele. Podam jeden. Kelly. Rodowita Angielka. Wiek - 23 lata, z czego ostatnich pięć spędziła pracując w hotelu, jako barmanka. Kilka miesięcy temu otrzymała zaszczytne miano Pracownika Roku departamentu, w którym jest zatrudniona. Czym sobie na to zasłużyła? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Pewne jest, że pracowitość nie jest jej mocną stroną. Ból głowy, zęba, nawet atak serca (!) pojawiają się, gdy tylko w barze robi się tłoczno. Niezwłocznie potrzebny jest ktoś, kto zastąpi za barem „pracownicę roku”. Cierpiąca i udręczona szuka schronienia w którejś z pustych sal konferencyjnych, drugim barze - jeśli akurat jest zamknięty, nawet w piwnicy. Podobna reakcja pojawia się, gdy Kelly przydarzy się jakieś nieszczęście. A pech prześladuje ją wyjątkowo często. Odłamek szkła z rozbitej szklanki pokaleczy dłoń. Podczas przetaczania beczka z piwem zmiażdży stopę. Kropla soku z cytryny w niewyjaśnionych okolicznościach trafi do oka. Jednym słowem, pasmo nieszczęść. Nic dziwnego, że po takich przejściach Kelly musi się odstresować, a że drzemie w niej dusza artysty, namiętnie maluje, wycina i klei. Wykonane przez nią - oczywiście w godzinach pracy - papierowe motyle i kwiaty dyskretnie zdobią wnętrze baru.

Jeśli już o metodach uchylania się od obowiązków, to przypomniała mi się opowieść dziewczyny, która pierwsze szlify po przyjeździe do Anglii zdobywała sprzątając hotelowe pokoje. „Fachu” uczyły ją Angielki.
- Kombinowały na każdym kroku. Większość czasu spędzały oglądając w pokojach telewizję i jedząc ciastka. Sprzątając łazienki szły po najmniejszej linii oporu. Nie używały kropli wody, detergentów też zresztą nie, bo twierdziły, że bardzo niszczą skórę. Wanny i sedesy wycierały tylko ręcznikami, których po upraniu używali hotelowi goście. Zdarzało się, że jeśli ktoś zatrzymywał się w hotelu na jedną noc i nie wymiął bardzo pościeli, to kolejny gość też się w niej przespał.

Po usłyszeniu tej okrutnej prawdy postanawiam nigdy nie zatrzymywać się w żadnym hotelu.

Potyrać, zarobić i wracać
- Czy można przeżyć za 800 zł miesięcznie? Ja już nie wiedziałabym jak - przyznaje Basia.
W Anglii jest z mężem. Po raz pierwszy przyjechali tutaj trzy lata temu. Nie byli jeszcze małżeństwem. Chcieli zarobić na budowę domu. Po ponad roku wrócili do kraju, żeby się pobrać.
- Wyprawiliśmy wesele, pojechaliśmy na miesięczne wczasy do Chorwacji i po funciakach. Więc wróciliśmy. Stać nas na wynajęcie połowy domu. Kupno ciuchów czy wymarzonego sprzętu elektronicznego to nie problem, bo ceny tych artykułów są zdecydowanie niższe niż w Polsce – mówi Baśka.
- Jedzenie tylko kiepskie i droższe - przyznaje jej mąż, Łukasz.
Za kilka lat chciałby wrócić do Polski, może założy własną działalność. Marzy mu się firma developerska.

Łukasz skończył studia na Politechnice Krakowskiej, tutaj ambicje musiał schować do kieszeni. Pracuje jako kierowca w pralni. Za kółkiem od 6 rano do 2 po południu. Potem szybki obiad (a właściwie, skoro już w Wielkiej Brytanii to lunch). Od 15 do 23 rozwozi pizzę.
- Jasne, że nie o takiej pracy marzyłem, ale jest, i to za pieniądze, jakich byśmy w Polsce nigdy nie zarobili.

Łukasz zarabia około 550 funtów tygodniowo (ok. 3 tys. zł).
Baśka znalazła pracę w fabryce produkującej farmaceutyki dla diabetyków. Pracuje po 12 godzin, cztery dni w tygodniu.
- Generalnie, nie jest ciężko. Żadnego dźwigania pudełek. Sprawdzam szczelność opakowań, jakość próbek. Trzeba odrobinę znać angielski, bo jest trochę wypełniania formularzy – mówi Baśka.

Zarabia, jak twierdzi nie najgorzej - 7 funtów 80 pensów za godzinę. Wcześniej, jako kelnerka zarabiała o dwa funty mniej.
- Za to napiwki dochodziły. Tygodniowo od 20 do 50 funtów – przyznaje.
- Ale najlepiej i tak „wychodzi się” na sprzątaniu – dodaje. - Podstawowa stawka to 7 funtów za godzinę. Można rzecz jasna zarobić więcej. Mieszkanie, które masz posprzątać w osiem godzin, sprzątasz w cztery, a kasa jak za cały dzień roboty. Na początku może być ciężko – ostrzega. - Generalnie domy są „zapuszczone”. Ale jak już wiesz, co masz robić, to idzie łatwo.

Polonia mieszkająca i pracująca na Wyspach to już nie tylko sprzątaczki, budowlańcy, kelnerzy, barmani czy opiekunki do dzieci, ale także lekarze, informatycy, nauczyciele. Ciągle jednak brakuje nam pewności siebie, jaka cechuje obywateli państw Europy Zachodniej. To dlatego na stanowiskach kierowniczych częściej zasiadają, oprócz Brytyjczyków, Francuzi czy Niemcy niż Polacy. Co jednak optymistyczne, to fakt, że wielu Anglików ocenia nas jako rzetelnych i pracowitych.

 

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu roztocze.net. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

0%