Felietony

Zamknij

Pan z Kryszyna

11:00, 22.11.2006

Po dawnym majątku zostało niewiele – trochę mebli, zdjęć i portretów. Ale ostatniemu panu z Kryszyna żal tylko biblioteki ojca. „Historii Polski”, której jeden z tomów obłożony w czerwoną skórę, miał złocone litery i wygrawerowanego orła w koronie.

Opowiadali mu ludzie, że gdy w 1944 r. do dworu wkroczyli Sowieci, domalowywali królom okulary, wąsy i brody. Potem książki przewracały się po polach, ogrodach i podwórkach...

Wiesław Janiszewski woli opowiadać o podróżach, tych współczesnych. W końcu, z łazienki przynosi odrapane damskie lusterko z rączką. – Uratowało mamie życie – mówi po chwili. Zdarzyło się to w drugiej połowie września 1939 r. Na pewno o świcie, kiedy wszyscy w majątku byli jeszcze w łóżkach. Do sypialni Ireny Janiszewskiej, właścicielki folwarku Kryszyn (gm. Telatyn) wkroczył wysoki enkawudzista, w charakterystycznej płaskiej czapce z czerwonym otokiem. Wyjął z kabury pistolet, przyłożył go do jej głowy i wrzasnął:
- Pańszczykow ubijam! Siewodnia ja ubił uże trioch. I tiebia ubiju! – wydzierał się tak, aż słychać go było w całym dworze. Zrobił się harmider. Do pokoju wbiegła służba. Przybiegli też: Krysia i Wiesław, dzieci Ireny. Wydawało się, że nic nie powstrzyma rozszalałego Sowieta. Nagle służąca Janka, która do tej pory stała jak trusia przy toaletce, w kącie pokoju, chwyciła leżące tam damskie lustereczko z rączką. Zaczęła wyczyniać do niego różne grymasy. Patrzyła raz na lusterko, raz na Sowieta. Zauważył to. Opuścił broń, podszedł do niej i wyrwał lusterko.
- Zaczął się także do lusterka mizdrzyć. To rozładowało groźną sytuację. Już nie chciał zabić mamy – opowiada 83-letni Janiszewski.

Sowieci kwaterowali jakiś czas w majątku. Zachowywali się jak bydło, a na odchodne obrabowali dwór z wartościowych rzeczy.
- Wszystkie nasze rzeczy ładowali na taki duży samochód z paką. Co mają zabrać, rozkazywała im jakaś kobieta w sowieckim mundurze. Zainteresowała się też piękną wazą z okuciami, która stała w salonie od dziesiątków lat. Przekazała ją Sowietowi i rozkazała: „Brasite eto na maszinu!” (rzuć to na samochód). Tak zrobił, jak kazała. Słyszeliśmy jak porcelana rozbija się w drobny mak – wspomina pan Wiesław.

Wrzesień 1939 r. był tragiczny. Zdezorientowani żołnierze Wojska Polskiego przemieszczali się raz w jedną, raz w drugą stronę. W połowie wrześ-nia, podobnie jak w innych miasteczkach wschodniej Polski, również w Kryszynie powstał komitet rewolucyjny, tzw. rewkom, złożony z nacjonalistów ukraińskich. Jego członkowie ponakładali sobie na ręce czerwone opaski, chodzili po wsi i wprowadzali nowe, rzekomo sprawiedliwsze rządy. Janiszewscy słyszeli już o tym, że członkowie „rewkomów” rabowali dwory, mordowali dziedziców, aresztowali społeczników, przedstawicieli administracji państwowej. Słyszeli, że wydawali Sowietom tych, którzy pomagali polskim żołnierzom. Pewnego dnia Ukraińscy ubrani w czerwone opaski przyszli też do nich. Na plecach mieli karabiny. Zażądali wydania zawartości spiżarni.

- Był wśród nich Waszczuk, miejscowy szewc, do którego nosiliśmy buty. Widząc przerażoną mamę, podszedł do niej i powiedział: „Niech nam pani da co ma w spiżarni, a nie będziemy już tu przychodzić. Póki ja jestem w komitecie, to ani pani, ani dzieciom włos z głowy nie spadnie”. Mama dała im mydło, mąkę, cukier – wspomina Wiesław Janiszewski.

Waszczuk uratował ich potem jeszcze raz, kilka lat później, zimą 1943/44 r. Wówczas partyzanci, za folwarczną stodołą zabili Krycia Hawryluka, fornala, a jednocześnie członka Ukraińskiej Armii Powstańczej. Choć jego ciało zapakowali na wóz i powieźli w stronę Łykoszyna, na śniegu zostały ślady krwi. Myśleli, że Ukraińcy zemszczą się na nich i spalą dwór. Do odwetu nie doszło.
- Zawdzięczamy to chyba Waszczukowi. Okazał się porządnym Ukraińcem. Kiedy przed wojną nosiliśmy mu do reperacji buty, to mama płaciła mu cukrem, dawała trochę kawy – wspomina pan Wiesław.

Gdzie rosną buraki
Przed wojną w Kryszynie, na każdym wzgórku stały cztery kapliczki. Na jednym stał święty Jan, na drugim święta Tekla, na kolejnym św. Antoni. Tuż przed aleją prowadzącą do Łykoszyna, tam gdzie kończyły się folwarczne pola, stała jeszcze jedna kapliczka. Drewniana, nie wiadomo nawet pod jakim wezwaniem, bardzo stara.

Józef Niedźwiedź w „Leksykonie historycznym miejscowości dawnego województwa zamojskiego” pisze, że Kryszyn figurował w dokumentach już w XV wieku. Należał do Donata z Wasylowa, od którego kupił go Sasin z Jaszewa. Potem miejscowość była kolejno w rękach Łaszczów, Podhoreckich, Teleżyńskich, Menelskich, Turskich, Kosseckich i Wysoczańskich. Od 1878 r. właścicielką Kryszyna była Antonina Erazma z Wysoczańskich Janiszewska. Potem folwark w Kryszynie stał się wianem jej syna Włodzimierza, który poślubił Irenę z domu Trzcińską (po śmierci matki wychowywała się u wujostwa Czerwińskich). Wiktor Czerwiński był administratorem klucza trzech folwarków w okolicach Nieświeża (dzisiejsza Białoruś). Tam też Włodzimierz Janiszewski, odbywający służbę wojskową, poznał swoją przyszłą żonę.

- Z opowieści mamy wiem, że pobrali się jeszcze przed pierwszą wojną. W czasie nawały bolszewickiej w 1920 r. ratowali się ucieczką aż pod Lublin – wspomina Wiesław Janiszewski.
W 1928 r. folwark w Kryszynie liczył 312 morgów i 229 prętów. Tego roku został dotknięty przez dwa kataklizmy. Najpierw konie zachorowały na nosaciznę i trzeba było połowę stada zlikwidować. Potem majątek ucierpiał podczas słynnego huraganu, który przeszedł nad Lubelszczyzną. W Kryszynie doszczętnie zniszczył oborę i poważnie uszkodził stodołę.
- Ojciec zniechęcił się do gospodarki. Oddał folwark w dzierżawę Kiełczewskim i Sobieszczańskim, właścicielom Podlodowa. Sam, będąc absolwentem prawa po uniwersytecie w Kijowie, zaczął pracować na stanowisku naczelnika Izby Skarbowej w Łucku. Potem ściągnął nas do siebie. Zmarł młodo, w wieku 48 lat, w 1930 roku. My na kilka lat wylądowaliśmy w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Do Kryszyna wróciliśmy w kwietniu 1935 r., kiedy mama odebrała dzierżawę – wspomina ostatni dziedzic Kryszyna. Aby spłacić długi po poprzednim dzierżawcy i poprawić stan budynków, Irena Janiszewska musiała część ziemi sprzedać. W ten sposób majątek skurczył się do 220 morgów. Janiszewski pamięta rodzinny dom – typowy, polski dworek z gankiem.

- Od zachodniej strony znajdował się w nim przedpokój, pokój rządcy, mały pokoik gościnny, jadalnia, kolejny przedpokój i mały salonik. Od strony wschodniej była spiżarnia, kuchnia, łazienka z kredensem i wejściem na strych. Dalej była kancelaria, w której jadło się posiłki, pokój panieński i pokój mamy, i mój. Przed domem znajdował się ogromny ukwiecony gazon. Ogród to była pasja mamy – mówi Janiszewski.

Sam folwark miał kształt dużego kwadratu. Od wschodu znajdowała się stodoła, od południa obora, dalej były stajnie na 18 koni. W nich mieścił się warsztat stolarski i wozówka na pojazdy. Było ich sporo: dwie bryczki (Janiszewskich i rządcy), powóz, sanie i „biedka” na dwóch kółkach.
- Ta biedka była jeszcze z czasów, kiedy rodzice dorabiali się. To była taka uproszczona wersja powozu, na dwóch kółkach i resorach – wspomina Janiszewski. Była jeszcze kuźnia, dwa czworaki i dwa stawy.
- Na tym zdjęciu widać ten stary staw i jawor. W Kryszynie, z jakichś względów było mało starych drzew. Mnóstwo za to krzewów i krzaków. Smutno to wyglądało wiosną i jesienią - mówi.

W folwarku pracowało ponad 10 osób: pastuch, gumienny, stróż, kowal, stolarz, furman, kilku fornali. We dworze mieli służbę i swoją nauczycielkę, panią Celę. Kobietę wymagającą, ale też i miłą.
- Na Nowy Rok fornale z dworu przychodzi nam winszować. Lubiłem na to patrzeć. Przyprowadzali ze sobą konia, któremu robili uprząż ze słomy i byka udekorowanego kwiatami i bibułkami. Życzyli nam urodzaju, my im zdrowia i szczęścia. Dostawali za to sowity napiwek.

Czerwone jabłka babci Toli
Janiszewski wyjmuje z pudełeczka kolejne fotografie. Ożywają wspomnienia o Sobieszczańskich z Podlodowa, Kołaczkowskich z Dobużka, Świeżawskich z Łykoszyna. Wszyscy w jakimś stopniu byli ze sobą skoligaceni.
- Moim rówieśnikiem był Aleksander Świeżawski. Chodziliśmy do nich ścieżką przez pola. Ze Zbyszkiem i Tereską Kołaczkowskimi z Dobużka graliśmy często w siatkówkę – odtwarza tamte wydarzenia.

Wyraźnie ożywia się, kiedy dochodzimy do zdjęć z Dutrowa. Majątek ten należał najpierw do Wysoczańskich, a potem Janiszewskich. Tam mieszkała jego babcia, Antonina Janiszewska, którą nazywali „Tola”. Rodzinna opowieść mówi, że pradziadek Antoni Janiszewski za udział w powstaniu styczniowym został zesłany na Sybir. Pracował w kopalni. Na szczęście niedługo, gdyż przez pomyłkę został zwolniony.
- W tej kopalni pracował też jakiś inny Janiszewski, z bogatego rodu. Rodzina wystarała się pewnie, za sowitą opłatą, o jego zwolnienie. Zamiast niego zwolniono mego pradziadka. Kiedy pradziadek przyjechał do Dutrowa i zorientował się, że to nie o niego chodziło, od razu przekroczył granicę z Austrią i uciekł – opowiada Janiszewski.

Dutrów kojarzy się z najmilszymi wspomnieniami z czasów dzieciństwa. Zabawami na strychu, łakociami podawanymi przez babcię, spacerami, uroczystościami rodzinnymi.
- Do babci polami mieliśmy kilka kilometrów. Zanim doszliśmy do dworu, ona już wiedziała, że idziemy. A to za sprawą Żyda Lajzora, któremu wydzierżawiała sad owocowy. Biegł zawsze do babci, załamywał ręce i lamentował: „Pani wnuki jabłek mi nakradli! Z drzewa je powytrząsali! Stratny jestem, przez te wnuki!”. Wyłudzał od niej pieniądze, bo ile mogliśmy tych jabłek wziąć. Babcia mu jednak zawsze coś tam płaciła. Miała dobre serce – wspomina pan Wiesław.
Babcia Antonina zmarła w 1938 r. Pochowana jest na cmentarzu w Nabrożu. Majątek, tak jak i dwór, spalili Ukraińcy w 1944 r.

W cieniu łun
9 października 1943 r. bladym świtem, do domu przybył przerażony furman. Codziennie woził konwie z mlekiem do mleczarni w Łaszczowie. Ze łzami w oczach poinformował, że nocą Ukraińcy zamordowali księdza z Nabroża i jeszcze kilka osób. Wiesław bardzo przeżył tę wiadomość. Ksiądz Władysław Jacniacki był jego pierwszym spowiednikiem.
Kilka miesięcy później przestali nocować w Kryszynie. Codziennie wyjeżdżali bryczką na noc do Tyszowiec. Wynajmowali tam u Szopińskich dwa pokoje i kuchnię. Z upływem kolejnych tygodni u Szopińskich było coraz tłoczniej. Na niewielkim podwórku stały cztery wozy z dobytkiem, kolejne na ulicy i na skwerku przed kościołem. Ludzie gnieździli się w szopie i stodole.
- W czasie tej ukraińskiej nawałnicy przestało się liczyć, kto jest panem, a kto folwarcznym chłopem. Wszyscy staliśmy się równi w obliczu śmierci. Wtedy w Kryszynie nastąpiło zrównanie stanów – mówi Janiszewski. - Do Kryszyna nie było już po co wracać. Ukraińcy zbliżali się do Tyszowiec. Atakowali przedmieścia. Dwa tygodnie po Wielkiej Nocy złapaliśmy ciężarówkę, która jechała do Zamościa. Kierował nią jeniec sowiecki. Zabraliśmy się z nim. Mama jechała z kierowcą w szoferce, ja z Krysią na pace, pomiędzy kartoflami.

Z Zamościa pojechali do miejscowości Białowody pod Bełżycami. Tam doczekali końca wojny. Tam dotarła do nich też babcia Jadwiga Czerwińska, jako repatriantka z Białorusi. W Białowodach mieszkali cztery lata.
- Mama zarabiała szyciem. Siostra handlując bimbrem, który woziła do Lublina. Ja pracowałem na budowie. Potem Krysia zahaczyła się do stałej pracy w drukarni. Zrobiła kurs księgowych i maszynopisania, znalazła pracę za biurkiem i mnie ściągnęła. Przepracowałem w tej drukarni na Unickiej 35 lat. Mama umarła w Lublinie, w 1962 r. – opowiada pan Wiesław.
W okresie PRL ukrywali swoje pochodzenie. W oficjalnych dokumentach pisali: pochodzenie - robotnicze.
- Cały czas kłamaliście?
- A czy nam mówiono prawdę? Nie mówiono – ripostuje pan Wiesław. Nie mówiono, dlaczego w 1939 r. od tyłu Polskę zaatakował „czerwony przyjaciel”. Nie mówiono, co się stało z jeńcami polskimi internowanymi przez Armię Czerwoną. Przez lata nie wiedzieli, jaki los spotkał ich stryja, płk. Lucjana Janiszewskiego.
- Był moim ojcem chrzestnym. Ostatni raz widziałem go w marcu 1938 r., na pogrzebie babci Antoniny. Przyjechał samochodem, z adiutantem. W 1939 r. służył w Korpusie Ochrony Pogranicza w Brześciu nad Bugiem. W ostatniej fazie wojny był we Lwowie. Tam go zgarnęli Sowieci. Zginął w Katyniu – opowiada pan Wiesław.

Ślady świetności
W 1944 r. na mocy dekretu PKWN z 6 września dobra Kryszyn zostały rozparcelowane. Rok później dwór i zabudowania dworskie zostały rozebrane przez miejscową ludność. Wiesław Janiszewski po raz pierwszy pojechał do Kryszyna w 1949 roku. Rowerem, z namiotem na bagażniku i plecakiem na plecach. To była już inna miejscowość. Zdziesiątkowane domy, zdziczałe krzewy w ogrodzie, pozostałości folwarcznych budynków. Miał ze sobą aparat. Utrwalił tamten Kryszyn. Drewnianą kapliczkę św. Antoniego i murowany łuk nad świętą Teklą.
- Czy żałuję majątku? Proszę pana, udało nam się z tej rzezi ocalić głowę. Przeżyła mama i siostra. Żałuję biblioteki ojca. Była porządnie wyposażona. Pamiętam, że ojciec prenumerował „Historię Polski”. Jeden z tomów był obłożony w czerwoną skórę, miał złocone litery i wygrawerowanego orła w koronie. Opowiadali mi potem ludzie, że gdy w 1944 r. do dworu wkroczyli Sowieci, to domalowywali królom okulary, wąsy i brody. Potem te książki przewracały się po polach, ogrodach i podwórkach – mówi ostatni dziedzic Kryszyna.

Po dawnym majątku pozostało niewiele. W przeciwieństwie do tych ziemian, których w latach 40. z majątków wyrzucała komuna (mieli możliwość zabrania ze sobą pewnych ruchomości), oni w Kryszynie zostawili cały majątek. Zdołali uratować jedynie to, co przewieźli w czasie wojny do Szopińskich: stół, bieliźniarkę, masywną komodę, cztery krzesła, łóżko i kufer. Zostały jeszcze zdjęcia, które Krysia w ostatniej chwili przed wyjazdem zabrała z domu. Zostały portrety stryja Lucjana i Stefana, który 4 września 1920 r. zginął pod Sidorami koło Suwałk, walcząc z nawałą bolszewicką. Jego portret, ozdobiony orderami, wisi dziś na honorowym miejscu, na ścianie lubelskiego mieszkania Wiesława Janiszewskiego.

Swoje dobra (a raczej miejsce, gdzie się znajdowały) odwiedzał kilkakrotnie. Zawsze incognito, zawsze przejazdem, zawsze rowerem.
We wrześniu 2005 r. wzruszył się, gdy mieszkańcy Kryszyna zaprosili go na poświęcenie odnowionych kapliczek św. Antoniego i św. Jana. Przyjęli go serdecznie i z honorami. Nie spodziewał się tego. Było nabożeństwo, odprawione przez ks. Waldemara Malinowskiego, proboszcza z Nabroża, procesja, obiad. Otrzymał pamiątkową kronikę.
- Z tymi, którzy dostali resztówkę naszego majątku witaliśmy się jak z jakimiś krewnymi – mówi. I jest wyraźnie uradowany z tego zbratania.

 

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu roztocze.net. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

0%