Zamknij
REKLAMA

Pandemia w oczach pielęgniarki epidemiologicznej

09:13, 05.06.2021 | Monika Kowalik
Skomentuj https://zamosc.naszemiasto.pl/ranking-szpitali-2017-140-punktow-dla-chirurgii-urazowo/ar/c1-4144064
REKLAMA

Rozmowa z pielęgniarką epidemiologiczną Ireną Wnuk. Swoje stanowisko zajmuje w Zamojskim Szpitalu Niepublicznym na ul. Peowiaków. Opowiada o trudnych zmaganiach z covidem i jego konsekwencjach. Szczerze mówi o szczepionkach, starzejącej się Służbie Zdrowia oraz problemach związanych z pandemią.

MK: Ile Pani pracuje w zawodzie pielęgniarki epidemiologicznej? Czym charakteryzuje się Pani praca i jak zmieniła się pod wpływem pandemii?

IW: Pielęgniarką jestem od 30 lat. Z kolei specjalizację z epidemiologii ukończyłam w 2011 a jako pielęgniarka epidemiologiczna pracuję od roku 2008 roku. Czyli w sumie 13 lat. Z początku było ciężko. Jest to samodzielne stanowisko i nie wszystko da się przewidzieć. Jest tutaj bardzo dużo procedur i rzeczy,  o których nie mają wiedzy  w oddziale. Przede wszystkim muszę  przeglądać dokumentację wszystkich pacjentów i analizować wyniki badań pod kątem wystąpienia zakażeń, stale nadzorować pracę personelu w oddziałach. Moja praca zawsze polegała i polega na zasadzie dobrego i złego gliny. Muszę wykrywać zakażenia i czynniki, które je wywołują, a jednocześnie robić wszystko, by się nie pojawiały (to jest ten dobry glina). Jeżeli coś złego dzieje się w oddziale odnośnie zakażeń, to tam jest potrzebna pielęgniarka epidemiologiczna, która pomoże rozwiązać problem. Ode mnie wymaga się wiedzy opartej na najnowszych osiągnięciach medycznych. Cały czas muszę się szkolić aby nie zostać w tyle. Podczas wybuchu pandemii, do moich obowiązków zaczęło należeć czytanie rozporządzeń i analizowanie jak dostosować się do ich  wdrażania, codzienne raporty o zachorowaniach i zużyciu środków ochrony osobistej. Prezes szpitala powołał sztab kryzysowy, do którego między innymi ja zostałam zaproszona, a który miał na celu pomoc w podejmowaniu decyzji zgodnych z wymaganiami GIS, Ministra Zdrowia czy innych władz ustawodawczych. W skład sztabu zostali powołani ordynatorzy, Dyrektor Medyczny i Pielęgniarka Naczelna. Okazało się, że często nie nadążaliśmy tego robić. Ciągle dzwoniły telefony z prośbą o pomoc w rozwiązaniu problemu lub zgłoszeniu kolejnych osób zakażonych coronawirusem. To co już ustaliliśmy okazywało się nieaktualne, bo zaraz rozporządzeniem Ministra Zdrowia zostało zmienione. Wyznaczane schematy opracowane na wyższych szczeblach władzy często były  nie doprecyzowane i wykluczające się, a my z kolei musieliśmy się w tym odnaleźć. Zadanie o tyle trudne, że zanim zdążyło się jedno z nich dobrze przeczytać i zastosować, to wychodziło następne, które niejednokrotnie wykluczało to, co było napisane w poprzednim. Po prostu jeden wielki misz-masz, ale chyba tak wygląda praca w trudnym czasie wynikającym ze stanu pandemii i ogromnego zagrożenia jakie niesie dla ludzi zakażenie się SARS COV-2. Posiadały one bardzo dużo niedociągnięć i niedomówień, które trzeba było samemu rozpracować. Chociażby tak miała się sprawa z wykonywaniem testów PCR. Najpierw ich nie było, później, gdy weszły, nie wiadomo komu było je robić. Wszystkim? Nikomu? Tylko tym z objawami, czy tym bez objawów też? Kto miał tym wszystkim kierować? itd. Nie był to tylko problem pielęgniarek epidemiologicznych, ale całej kadry zarządzającej szpitalem czy też  sanepidu i lekarzy rodzinnych. Z tego powodu wyniknęły trudności z przyjmowaniem pacjentów w oddział. Mieliśmy spore problemy ze zorganizowaniem w oddziałach triażu [procedura medyczna umożliwiająca służbom medycznym segregację pacjentów. – przyp. red.], gdzie nie ma np. izolatek i nie da się całkowicie oddzielić poszczególnych stref. Strefy uzyskano kosztem redukcji sal dla pacjentów. Sama ilość izolatek oczywiście mała i ograniczona, natomiast osób, które musiały być izolowane było dużo więcej. Musieliśmy chronić personel i pacjentów. Później pojawiały się kolejne problemy jak np. skierowanie pacjenta w oddział Medycyny Paliatywnej lub w oddział ZOL-u. Rozporządzenie Ministra mówiło wyraźnie, że pacjent, który ma być przyjęty do ZOL-u ma mieć wykonany test na obecność SARS COV-2 tzw. PCR lub antygenowy, 5 dni przed przyjęciem podobnie jak do sanatorium. W związku z tym wynika sytuacja, że nasza oddziałowa dzwoni do lekarza rodzinnego, prosząc o pobranie testu, bo jest wolne miejsce  dla pacjenta w oddziale. Lekarz rodzinny odpowiada, że nie ma takiego prawa i obowiązku oraz, że nie wypisze skierowania, bo pacjent nie ma objawów. Trzeba było znaleźć jakieś rozwiązanie. Nie wszystko da się przewidzieć, nie wszystko da się określić. Moja praca polega także na współpracy z sanepidem. To ja jestem pierwszą osobą, która zostaje informowana, że pacjent ma np. KCP dodatnie (informacja pochodzi z innego szpitala). W przypadku zakażeń i wystąpienia ognisk epidemicznych wspólnie podejmujemy decyzje co zrobić aby ograniczyć rozprzestrzenianie się zachorowań. Wprowadzamy zasady izolacji, ograniczenie lub wstrzymanie przyjęć do oddziału oraz ustalamy listę osób z kontaktu. Podczas covidu wyszły rzeczy, z których człowiek sobie nie zdawał sprawy przed pandemią. Ciężko byłoby sobie poradzić samej z tak dużym nakładem obowiązków. Bardzo pomocna okazała się współpraca z innymi pielęgniarkami epidemiologicznymi czy uwagi i sugestie osób decyzyjnych w oddziałach.

MK: Jak sobie radzić, jeżeli personel choruje na koronawirusa i nie ma komu pracować? Co w takich sytuacjach się dzieje?

IW: Mieliśmy już taką sytuację w wielu oddziałach, chociażby w Oddziale Chirurgii Urazowo- Ortopedycznej czy Hematologii. Po prostu personel z innych oddziałów zapewniał opiekę pacjentom  i zastępował ludzi, którzy byli w izolacji i na kwarantannie. Z początku to było jedno i drugie. Izolacja to taki stan, kiedy pacjent ma objawy i dodatni wynik, z kolei kwarantanna dotyczyła osób, które miały kontakt z osobą dodatnią przez wspólne mieszkanie razem. A przecież u nas małżeństwa też pracują, więc od razu wypadały dwie osoby. W porozumieniu z Prezesem i Pielęgniarką Naczelną oraz oddziałowymi osoby były przesuwane w miejsca, gdzie były braki kadrowe. W czasie powstawania Oddziału zakaźnego dla pacjentów Covid-19, opiekę nad pacjentami sprawował personel pochodzący z różnych oddziałów.

MK: W takim razie, jeżeli medycy przechodzili z jednego szpitalu do drugiego, to nie było sytuacji, że w tym pierwszym nie było komu pracować? Czy zdarzyła się sytuacja, że ktoś z zarażonego personelu zmarł?

IW: Nasz szpital zabezpieczał personel, który u nas pracował. Trudno mi powiedzieć jak jest w innych szpitalach. Z tego co wiem, każdy szpital starał się w ramach własnej kadry zapewnić opiekę pacjentom. Nie było nowych zatrudnień. Personel albo brał nadgodziny albo dobierał sobie dyżury do odebrania dni wolnych. Nie było tutaj ograniczeń. Najtrudniejsze było to że, na początku mówiło się, że każdy kto zarazi się koronawirusem to umrze. I te pierwsze „plusy” wśród personelu były dużym szokiem. Faktycznie, zmarła nam jedna pielęgniarka. Naprawdę, ciężko było się z tego udźwignąć. Każdy z nas zaczął analizować, co może zrobić, żeby przetrwać. Zaczęliśmy siebie nawzajem pilnować. Każdy każdego się bał, każdy każdego pilnował. Dzwoniliśmy do siebie, pytaliśmy o zdrowie swoje i swojej rodziny. Bez względu na to, czy znaliśmy się czy nie, to staraliśmy się dbać o siebie. To było piękne, że z powodu koronawirusa nauczyliśmy się bardziej współpracować. Ci co się nie lubili to polubili się. To tak jak na wojnie. Wszyscy się zjednoczyli i walczyli o własne wspólne dobro. Szkoda tylko, że czas pokazał swoje. Chyba nie ma osoby, która nie straciłaby kogoś bliskiego lub znajomego który odszedł z powodu COVID-19.

MK: A pani była zarażona? Co w przypadku, gdy pielęgniarka epidemiologiczna jest chora?

IW:  Nie ja nie miałam dodatniego wyniku w kierunku Sars COV-2. W swojej pracy bardzo dużo mi pomaga pani Naczelna. Jeżeli ja idę na urlop lub zachoruję, to ona przejmuje stery i działa. Podobnie było w trakcie pandemii. W wielu sytuacjach i rzeczach mogłam liczyć na wsparcie i zrozumienie. Moje obawy były zdroworozsądkowe. Wiedziałam, że jest niebezpieczny, i wiedziałam, że przechorowanie niesie powikłania. Brałam udział w webinariach doktora dr Grzesiowskiego, skąd wiedziałam dużo różnych informacji na temat coronawirusa, profilaktyki czy choroby nim wywołanej. Były chwile, że nieraz mi włosy dęba stawały, ale chyba najbardziej mnie tknęło, kiedy nasza Ewa zmarła. Później dowiedziałam się o śmierci męża koleżanki, koronawirus potrzebował 7 dni, aby go załatwić. Uważam, że każdy powinien się zaszczepić, nie myśląc o tym, że jego to ominie, bowiem jest to bardzo nieprzewidywalny wirus oraz nie ma praktycznie na niego żadnych reguł i zasad. To są straszne rzeczy, co przechorowanie covid potrafi zrobić z organizmem zdrowych osób i ile czasu organizm musi się powracać do zdrowia. Jednej z moich koleżanek wyszły włosy. Teraz jej odrastają, ale są cienkie i łamliwe. Kolejna wróciła do pracy, chociaż ma zniszczone płuca i problemy z oddychaniem.  To tylko nie liczne przykłady.

MK: A jaki stosunek wobec medyków i szpitali przedstawiają pacjenci? Począwszy od początku pandemii, aż do teraz? Zmieniał się na przestrzeni tego czasu?

IW: To zależy od stanu pacjenta. Jeżeli komuś pomożemy to jest wszystko okej. Zdarzały się jednak przypadki, gdzie ludzie nie chcieli jechać na oddział zakaźny, mimo że mieli pozytywny wynik. Trzeba było ich przekonywać, bo tam otrzymają odpowiednie leczenie. My przede wszystkim nie mieliśmy uprawnień do leczenia jednostki chorobowej Covid-19. U nas nikt nie zakładał, że pacjent będzie leczony. No i rozporządzenie nakazywało, że przypadek z wynikiem dodatnim zostaje przeniesiony na Oddział Covidowy. Były takie sytuacje, że pacjenci woleli iść do domu, niż do szpitala. Mieliśmy izolatorium, do którego nie chcieli się udać, żeby chronić własną rodzinę. No był to problem. Rodziny pacjentów, którzy odeszli mogą mieć do nas żal z powodu zakazu odwiedzin. Panowało przeświadczenie, że kto pójdzie do szpitala od razu zarazi się koronowirusem. Na Ochronę Zdrowia spadł hejt, który wykreowały media i to się na nas przekładało. Natomiast, pacjenci, którzy do nas wracali po leczeniu w oddziałach covidowych/zakaźnych, byli wdzięczni, że nareszcie mają normalną opiekę i że z tego udało im się wyjść.

MK: Jak Pani myśli, ile jeszcze będzie trwać pandemia?

IW: Myślę, że koronawirus z nami zostanie i trzeba będzie się przyzwyczaić do leczenia pacjentów z COVID-19 w oddziałach szpitalnych.

MK: Czym się różni?

IW: Proszę spojrzeć na początek pandemii. Mówiono, że jest on głównie niebezpieczny dla osób starszych, że oni umierają, to trzeba pozamykać ich w domach. I z początku faktycznie, głównie umierali ludzie starsi. A teraz, patrząc na statystyki, giną ludzie, którzy mają po 30, 40, 50 parę lat. Koronawirus zabija ludzi w wieku produkcyjnym, to znaczy, że się już zmutował. Teraz ten wirus przybrał zupełnie inną formę.

MK: A skoro była już mowa o innych wirusach. Czy w związku ze wzrostem ruchu antyszczepionkowego zaobserwowała Pani spadek szczepień na choroby zakaźne?

IW: Mieliśmy ognisko odry w okolicach  Zamościa i to dotyczyło osób dorosłych. Przyjechali pracownicy z Ukrainy i ktoś tam miał objawy i zarażał odrą. Osoby z kontaktu zostały zaszczepione, nikt nie dyskutował. Wszyscy się zaszczepili. 1-2 tysiące osób – chyba taka była liczba tych osób zaszczepionych, w ten sposób udało się wygasić ognisko. Natomiast z ruchem antyszczepionkowym spotkałam się na praktykach jeszcze w szkole średniej. To już wtedy się działo. Odwołam się analogicznie do szczepionek na koronawirusa. Notujemy spadek szczepień. Mieliśmy masę ludzi szczepić, a okazuje się, że nie ma tylu chętnych, bo ludzie przestali uważać szczepienie za potrzebne. A czemu? Po pierwsze informacje o zakrzepicach i różnych innych powikłaniach nie zachęcają młodych osób. A co ze zgonami? Powiem tak: po każdej szczepionce jest takie ryzyko. Czy to będzie szczepionka na odrę, świnkę, ospę to ryzyko zawsze jest, bo nie wiemy, jak nasz organizm zareaguje. Niby jesteśmy tacy sami, ale każdy z nas ma inny układ odpornościowy, który się zmienia, i przez to jest nieprzewidywalny. Dlatego raz mamy alergie, a raz jej nie mamy. Po drugie, spadła ilość zachorowań i ludzie przestali się bać. Bali się wtedy, kiedy wskaźnik zachorowań i zgonów był wysoki i media to nagłaśniały. Teraz, kiedy notuje się spadek zachorowań, wprowadza się luzowanie obostrzeń to ludzie myślą „Co mnie może spotkać?”.

MK: Uważa Pani, że spadek zachorowań jest wynikiem tego, że ludzie się szczepią?

IW: Nie. Spadek zachorowań jest związany z falami zakażeń. Wirus się mutuje. Na razie mamy ciszę przed burzą. Po pierwszej fali było obluzowanie zakażeń, wszyscy ruszyli, zaczęli się czuć pewniej. Teraz będzie wzrost zakażeń, tak mi się przynajmniej wydaje, trzeba by było dokładnie przyjrzeć się danym. Ale wydaje mi się, że następna fala będzie w okresie jesiennym. Okres wrzesień-październik. To będą tzw. zachorowania powakacyjne. Ludzie będą jeździć na wakacje, czyli non strop będą się przemieszczać. Niestety niepokojący jest fakt, że notujemy zakażenia wśród osób zaszczepionych dwoma dawkami. W jakiś sposób ich organizm nie wytworzył odporności lub nasz wirus znowu się zmutował tzn. że ten wirus stał się bardziej odporny.

MK: To znaczy, że szczepionka nie daje stuprocentowej gwarancji na to, że nie zachorujemy?

IW: Żadna szczepionka nie daje stuprocentowej gwarancji. To, co mówią w telewizji „nie zachorujesz, zaszczep się”, to nie jest do końca prawdą. Każdy zaszczepiony może zachorować z tym, że szczepionka chroni nas przed poważnymi powikłaniami i ciężkim przebiegiem zakażenia z powodu covidu-19. Możemy również zakazić się i przejść bezobjawowo, ale nie możemy zapominać, że wtedy też będziemy zarażać. To znaczy, że jeżeli mamy kogoś w swoim środowisku niezaszczepionego, to nieumyślnie możemy go zarazić. Dlatego ciągle mówi się o tym, aby w zamkniętej przestrzeni nosić maseczki i przestrzegać higieny rąk. Z tego też powodu świetnie sprawdza się wietrzenie pomieszczeń.

MK: Uważa Pani, że jest zapotrzebowanie na zawody medyczne?

IW: Jest i zawsze było. Nie ma czegoś takiego jak zastępowalność. Teraz młodzi ludzie są nastawieni na zysk i idą tam, gdzie im więcej płacą. Znają język i dużo z nich wyjeżdża za granicę, gdzie dostaną lepsze oferty. Moja córka studiująca pielęgniarstwo w Warszawie mówiła, że na uczelni cała ściana jest oklejona ofertami pracy za granicą razem z mieszkaniem i różnymi profitami. Dużo dziewczyn, które nie mają rodziny i obowiązków, po prostu się na to decydują. Kolejna rzecz, jest problem ze starzejącą się kadrą lekarską. U nas najmłodszą kadrą jest kadra ortopedyczna i pulmonologia (lekarska), a pielęgniarska w Oddziale Hematologii. Natomiast reszta to są ludzie w wieku przed emerytalnym. Lada chwila mogą powiedzieć „jestem zmęczony/a, chcę odpocząć” i komu wtedy przekazać odział i pacjentów? Pielęgniarki to samo. Często są zatrudnione w dwóch, trzech miejscach. Gdyby było tego personelu dużo, to nie musiałyby pracować w tylu placówkach, bo pracodawca przyjąłby osobę, która byłaby dyspozycyjna i pracowałaby tylko u niego. To jest związane z płaca. Koszty utrzymania rosną a zarobki personelu pracującego w  szpitalu stoją w miejscu.

MK: Bardzo dziękuję za rozmowę. Myślę, że to, o czym Pani wspomniała podczas naszej rozmowy jest istotnie ważne dla świadomości społecznej. Życzę dużo sił w dalszej posłudze medycznej.  

(Monika Kowalik)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
0%