Felietony

Zamknij

Z frontu akcji żniwnej

11:01, 28.07.2009

Brakowało rąk do pracy i sznurka do snopowiązałek. Problemem byli „kułacy pasożytujący na krwawicy mało- i średniorolnego chłopa”. Nie brakowało za to procentów. Tych stworzonych w gabinetach planistów i propagandzistów. W 1950 r. kraj jak długi i szeroki przystąpił do żniw w ramach realizacji planu sześcioletniego. Żniw pierwszych, prawdziwie socjalistycznych

Stanisław Szczepanek (l. 82) z Gorajca Zastawia dobrze pamięta żniwa sprzed 60 lat. W 1952 r. przejął gospodarstwo ojca. Spore jak na tamte czasy - 25 hektarów ziemi, w tym pięć hektarów łąki. Hektar obsadzili ziemniakami, resztę obsieli zbożem. Państwo miało go więc z czego łupić.
- Wtedy nie było takich urodzajów. Zboża nie były pryskane, a nawozu dostały tyle, co kot napłakał, bo ile można było mieć obornika spod dwóch krów, dwóch koni, jednego źrebaka i dwóch świnek? Zdecydowanie za mało – wspomina Szczepanek.
- To były najcięższe lata, aż nie chciało się żyć – macha ręką i wylicza: do koszenia zasiewów trzeba było nająć co najmniej 4-5 kosiarzy, plus dwie osoby do odbierania pokłosów i wiązania je w snopy. Aby wykosić całe pole, trzeba było pracować trzy tygodnie. Od rana do świtu.
- Zboże młóciliśmy przez całą zimę. Tylko to, co trzeba było zdać na kontyngent, natychmiast po żniwach. Urzędnicy gminni skrupulatnie przestrzegali terminów. Nie było tłumaczenia, że zboże jest jeszcze niedojrzałe lub że się nie urodziło – podkreśla Stanisław Szczepanek.

Kto się „nie wyrobił” ze żniwami i omłotami w terminie, straszony był karami. Tych, którzy zwlekali z wykonaniem obowiązku, odwiedzał poborca podatkowy. Jeśli nie mógł wyegzekwować gotówki, zabierał krowy lub świnie. Ludzie sprzedawali lasy, a nawet wyzbywali się majątku osobistego, byleby wywiązać się z obowiązku, czyli kupić za gotówkę zboże i oddać je jako własne. Jak za niemieckiej okupacji.
- Wszystkich obowiązywały dostawy płodów rolnych. Urzędnicy w gminie wyliczali, ile zboża mają oddać gospodarze. Taki kontyngent zależał od ilości posiadanych hektarów i liczby członków rodziny. Obowiązkowych dostaw pilnował sołtys oraz dwu-, trzyosobowy komitet wiejski – dopowiada Józef Tetlak z Dzielec. Jego rodzina była czteroosobowa i gospodarowała na 4 hektarach. Do magazynu gminnej spółdzielni każdego roku musiał odstawić po 5-6 metrów (500-600 kg) zboża.
- Brali pszenicę i żyto. Jęczmień w ostateczności, tylko wtedy jak gospodarz nic innego nie siał. Nie mieli litości nad człowiekiem. Nie było zmiłuj. Masz dać bez względu na to, czy obrodziło, czy nie – mówi 89-letni Józef Tetlak.

Stanisław Szczepanek wspomina, że ludzie kombinowali. Najłatwiej było tym, którzy mieli dużą rodzinę, a mało hektarów. Mogli wtedy trochę pola rozpisać na każdego z członków rodziny. Byli i tacy „z szerokimi plecami”, którzy załatwiali sobie potwierdzenie u pracowników GS w Radecznicy, że dostarczyli należne płody, choć tak wcale nie było. Któregoś razu podczas kontroli wyszło jednak na jaw, że w temacie dostaw nie zgadza się to, co miało być, z tym co jest. Wybuchła afera.
- Ci, co mieli małe ilości kontyngentów do oddania, pokazali wystawione przez GS lewe potwierdzenia i jakoś się wywinęli, ale tym z większymi areałami się nie udało. Do więzienia trafiło siedem osób – wspomina pan Stanisław. Był wśród nich. Zaprzecza, jakoby kantował państwo. Przeciwnie, co roku realizował obowiązek dostarczając do magazynu 8 ton ziarna.
- Akurat wtedy pole źle obrodziło i zabrakło mi 2,5 tony pszenicy. Nie miałem lewego potwierdzenia o dostawie. Wsadzili mnie do więzienia na trzy miesiące – wspomina sędziwy mieszkaniec Gorajca Zastawia.

Edwarda Soroka w tamtych czasach pracowała w tyszowieckim urzędzie gminy. Do jej obowiązków należało egzekwowanie powinności wobec państwa. Każdy pracownik w gminie miał przydzieloną wieś. Ona miała gromadę Przewale. Nie brakowało przy tym sytuacji absurdalnych.
- Najbogatszy chłop Jaśko Bondyra, w ramach obowiązkowych dostaw musiał oddać zaraz po żniwach kilka wozów zboża. Na pierwszym siedział chłop z harmoszką i grał, aby pokazać z jaką radością odwozi się zboże do gminy. Takie to cyrki były w tych latach 50. A ile się człowiek nasłuchał gróźb i złorzeczeń – macha ręką pani Edwarda.

Kontyngenty były zaraz po wojnie, potem władza ludowa na jakiś czas zaprzestała łupienia chłopa, by ponownie wprowadzić „obowiązki” w 1952 r. Sypał się właśnie plan sześcioletni.

Procenty propagandy
Żniwa to był czas procentów. I nie chodzi wcale o te powstałe z fermentacji ziarna (choć i pewnie spora część żyta i jęczmienia szła do gorzelni i browarów), ale o te tworzone przez statystów, planistów i propagandystów. Odbudowujący się kraj potrzebował wiary w sukces. Naród „karmiony” był więc trzycyfrowymi procentami. Chłopom na Lubelszczyźnie pisał o nich poczytny „Sztandar Ludu”, organ Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W pierwszym numerze z 1950 r., czyniąc zaczyn do mającego nastąpić za pół roku „zrywu na odcinku żniwnym” triumfalnie obwieszczał, że obszar zasiewów wzrósł o 565 procent. Po czym wyjaśniał, że stało się to dzięki wyjątkowej trosce rządu i partii, które nie szczędzą wysiłków w tworzeniu kolejnych państwowych gospodarstw rolnych. W ten sposób obszar pól uprawnych w stosunku do 1947 r. wzrósł o 390 procent, a wspomnianych zasiewów o 565 procent. Imponująco wyglądał także wzrost wyposażenia majątków państwowych gospodarstw: ilość traktorów – 437 proc., siewników – 300 proc., żniwiarek – 200 proc., młockarek i kosiarek – 200 proc., snopowiązałek aż 1000 proc. Podkreślano, że wydajność dzienna na jeden traktor wzrosła o 400 proc., a wydajność roczna – 350 proc. Jak na drożdżach rosło wszystko, i wydajność żyta (o 228 proc.), i rzepaku, i jęczmienia.

Generalnie - jak można było wyczytać w prasie – społeczeństwo bogaciło się. I to szybko. A oto kolejne przykłady, może nie zawsze chlubne:
„Konsumpcja cukru na głowę jest dziś u nas w stosunku do 1938 roku wyższa o 70 proc., mydła o 40 proc. tytoniu – 60 proc. piwa – 134 proc.”.
Prasa apelowała jednocześnie o czujność klasową, uczulała na idee spółdzielczości, zohydzając kułaków. Chodziło bowiem o „wyeliminowanie z życia gospodarczego wsi bogatych, wiejskich elementów spekulacyjnych i pasożytniczych posiadających dotychczas „monopol” na skup płodów rolnych”. To właśnie problem braku magazynów był palący dla władzy. Dlatego z taką satysfakcją 16 stycznia 1950 r. „Sztandar Ludu” meldował: „Trójki ułatwią skup zboża w gminie Tyszowce”. Korespondent wspominał, że do tej pory akcja skupu zboża na terenie gminy była utrudniona z powodu braku odpowiedniego magazynu. Przeszkody te znikły po przejęciu i odremontowaniu budynku po młynie drzewnym. Dziennikarz informował też, że celem usprawnienia skupu, w każdej gromadzie na terenie gminy Tyszowce powołano „trójki”. W skład każdej z nich weszło dwóch małorolnych i jeden średniorolny gospodarz. Miały za zadanie „dokładne sprawdzenie, ile zboża może dostarczyć każdy gospodarz bez szkody dla własnego gospodarstwa, a następnie dokładne rozplanowanie dostaw przez gromady na miesiąc styczeń i luty”.

Lustrując kolejne gminy, gromady, spółdzielnie, piętnowano zaniedbania na tym odcinku. Wiele gorzkich słów padło pod adresem spółdzielni w Skierbieszowie. Na początku lutego, mimo późnej pory, przed magazynem spółdzielni dziennikarze dostrzegli długi sznur furmanek ze zbożem i chłopów przeskakujących z nogi na nogę z zimna „kierujących pod adresem spółdzielni wiele „przycinków” z powodu tego, że magazyn nie może pomieścić zboża”.
- Czy chłop ma z tych powodów czekać do nocy? – pytali reporterzy „Sztandaru”. I odpowiadali: „Nie powinien! Ostatecznie denerwuje się, wraca późną nocą do domu, porzucając kolejkę”. Podobne żale usłyszeli w Majdanie Skierbieszowskim i Podwysokiem, a także innych miejscach reporterskiej wędrówki.
Słowa uznania zebrała za to akcja skupu zbóż w powiecie tomaszowskim. Najlepiej przebiegała na terenie gmin Lubycza Królewska, Tomaszów Lubelski, Majdan Sopocki i Łaszczów. Najmniej zrozumienia dla niej wykazywali mieszkańcy gm. Uchnów i Tarnoszyn.
„Celem jeszcze sprawniejszej realizacji planu skupu zbóż odbędzie się zebranie sołtysów, gminnych radnych, członków PZPR i ZSL oraz związków samopomocy chłopskiej z udziałem trójek gromadzkich” – informował organ prasowy PZPR.
Podkreślano ogromne znaczenie gromadzkich zebrań przedżniwnych, które miały mobilizować miliony gospodarstw indywidualnych do sprawnego przeprowadzenia żniw. Dziennikarze uczulali, że nie wolno dopuszczać, aby maszyny posiadaczy stały, a ci którzy maszyn nie mają przedłużali żniwa.
„Tam, gdzie maszyny potrzebują remontu, a ich właściciele nie chcą ich remontować, należy dokonać tego na zasadzie dekretu o pomocy sąsiedzkiej na koszt posiadacza” – instruowały gazety. Postulowano, aby podczas zebrań przed- żniwnych ustalać szczegółowy plan pomocy sąsiedzkiej, tak, aby pomoc objęła nie tylko cięcie zbóż, ale również zwózkę, młockę i odstawienie zboża do spółdzielni. „Często bowiem bogacz wiejski zmuszony do pomocy do cięcia zbóż maszyną puszczał później konia na odpoczynek na pastwisko, biedni zaś gospodarze, a zwłaszcza kobiety, nie mając koni zwozili snopy na wózku ręcznym lub nawet nosili w płachtach”.
W gminie Wysokie gromady wybrały opiekunów do czuwania nad tym, aby zapłaty za wypożyczone maszyny były zgodne z obowiązującymi przepisami.

Żniwuje cały kraj
Żniwa 1950 r. miały być szczególne. Kraj przystępował bowiem do realizacji „Planu 6-letniego”, który zakładał m.in. podniesienie docelowo wydajności pszenicy do 17 kwintali z hektara, czyli o 38 proc., zaś żyta do 15,5 kwitali – o 18 proc. Tego jednak roku do wykoszenia było 9,5 mln hektarów. Kilkanaście milionów ton zbóż. Apelowano więc o „powszechny obowiązek czujności w walce o wykonanie planu 6-letniego”. Im bliżej było do żniw, tym więcej na łamach prasy pojawiało się meldunków o gotowości podjęcia „akcji żniwnej”. Korespondent „Sztandaru Ludu”, ulokowany w Spółdzielni Produkcyjnej w Białobrzegach donosił, że organizacja partyjna wyciągnęła już wnioski z ubiegłorocznych żniw i nie powtórzy starych błędów (zbyt ślamazarne prace). Gotowość zgłaszał szczebrzeszyński Ośrodek Maszynowy, zwracając jednak uwagę na brak sznurka do snopowiązałek i traktora, o który kierownictwo stara się bezskutecznie od kilku miesięcy. Środowisko nauczycielskie deklarowało wakacyjną opiekę nad dziećmi robotników rolnych. Najwyższą czujność u progu akcji żniwnej meldowała także straż. Na przykład wszystkie gromady w gm. Mokre kończyły akcje przeciwpożarowe. Raportowano, że na każdej chałupie znajduje się drabina i długa miotła do tłumienia ognia, na podwórzu paczka z piachem, wiadro i bosak. Ochotnicze straże pożarne przeprowadzają zaś próby i alarmy nocne.

6 lipca żniwa ruszyły w gm. Zwierzyniec, Sułów i Krasnobród. Za przykładem rolników z tych gmin poszli inni. Jak kraj długi i szeroki, żniwowali wszyscy. W gazetach ogólnopolskich i regionalnych wprowadzono rubryki „z frontu akcji żniwnej”. Pierwsze strony gazet zdobiły fotografie pięknych, choć strudzonych „żniwiarek”.

„Huk traktorów zagłuszył brzęczenie kos i sierpów” – donosił 11 lipca korespondent z powiatu zamojskiego. Informował, że żniwa to szczególne, pierwsze plony w okresie planu sześcioletniego. Pierwsze, prawdziwie socjalistyczne. Donoszono, że organizacje partyjne w państwowych gospodarstwach i wsiach czuwają nad przebiegiem żniw „mobilizując energię i zapał wsi do wysiłku w porze żniwnej”. W spółdzielni produkcyjnej w Boratyniu na polach rozlegał się zaś radosny śpiew:
„Ciężki kłos się ku ziemi ugina
Kołchozowa w nim nurza się wieść…”.
- Tutaj – pisał korespondent „Sztandaru Ludu” - tegoroczne żniwa jasno wykazują wyż- szość gospodarki zespołowej nad gospodarką indywidualną. Żniwa i omłoty będą dobrą lekcją poglądową dla wahających się jeszcze chłopów mało- i średniorolnych. - Chodziło oczywiście o przystąpienie do spółdzielni.

Przoduje Ekspozytura Zbiornicy Jaj
W lipcu żniwa były już w pełni. W Zarudziu i Wólce Złojeckiej żyto tego roku obrodziło nadzwyczaj dobrze.
- Snopowiązałki miały u nas trudną robotę – meldował korespondent z gm. Wysokie.
Im bliżej daty 22 lipca, tym więcej padało deklaracji. Kolejne gromady, spółdzielnie, a nawet całe powiaty składały zobowiązania, że dla uczczenia Manifestu Lipcowego zakończą zbiór żyta przed 22 lipca. By cel osiągnąć, konieczne było zaangażowanie także robotników miejskich i postępowej inteligencji pracującej.

„Entuzjastycznie” podejmowano zobowiązania pomocy żniwnej. I tak, koło Związku Młodzieży Polskiej elektrowni w Zamościu zorganizowało 15-osobową brygadę żniwną, która przez cały tydzień wyjeżdżała do PGR w Jarosławcu. Także pocztowcy z Hrubieszowa włączyli się w Czyn Lipcowy, zobowiązując się do pomocy gospodarzom z Werbkowic. W tyle nie chcieli pozostać pracownicy Rejonowego i Obwodowego Urzędu Pocztowego w Zamościu, którzy postanowili o przepracowaniu 650 roboczogodzin w spółdzielniach w Iłowcu, Białobrzegach, Michalowie i Łapiguzie. Także członkowie Związku Zawodowego Pracowników Sądowych i Prokuratury w Zamościu zadeklarowali przepracowanie w PGR-ach w Jarosławiu i Białobrzegach w sumie 105 roboczogodzin. Do akcji – jak informowała prasa - entuzjastycznie odnieśli się wszyscy pracownicy Prezydium PRN w Tomaszowie Lubelskim (w liczbie 100 osób), którzy podjęli uchwałę o pomocy w akcji żniwnej Młodzieżowej Spółdzielni Produkcyjnej w Dębach i Łazowej. Pracować mieli przez cały tydzień, od 13 do 20 lipca, po pracy, w godz. 16 – 20. Zaznaczono, że uchwałę podjęto „ku uczczeniu Święta Wyzwolenia i jest dowodem popierania spółdzielczości produkcyjnej poprzez postępową inteligencję”. W pola szły brygady junaków ze Służby Pracy, aktywiści ZMP, brać harcerska…

Po trudzie akcji żniwnej przyszedł czas podsumowań. Pokładanych nadziei nie zawiodło kierownictwo hrubieszowskiej wąskotorowej kolei dojazdowej, które zabezpieczyło odpowiednią ilość wagonów. Przodownikom nie szczędzono dobrych słów. Na przykład chwalono, że w Państwowym Ośrodku Maszynowym na czele wybiła się brygada towarzysza Stępnia, a w POM w Szychowicach towarzysza Kudły. Prasa informowała, że w akcji żniwnej brało udział ok. 1100 robotników i pracowników umysłowych z Zamościa. We współzawodnictwie pracy, jakie nawiązały ze sobą poszczególne ekipy robotnicze, wyróżniły się ekipy pracowników spółdzielni „Ogrodnik”, Centrali Spożywczej oraz Ekspozytury Zbiornicy Jaj.

W połowie sierpnia chłopi przystąpili do wykonania podorywek, a media zdominował znowu problem skupu zbóż. Wrogiem był kułak, ale i jego miała dosięgnąć karząca ręka władzy. Organ prasowy PZPR grzmiał, że do tej pory zaraz po omłotach bogacze wiejscy wstrzymywali się ze sprzedażą zboża i przechowywali je w celach spekulacyjnych do przednówka.
- Nie dopuści do tego opinia gromadzka! Ona potrafi zmusić bogacza do podporządkowania się uchwale podjętej przez większość! – huczał „Sztandar Ludu”.
Zaczynała się akcja omłotowa i skupowa…

 

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu roztocze.net. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

0%