Byron powiedział, że człowiek rodząc się, dostaje książkę do ręki. Każda podróż, nawet ta najmniejsza to kolejna przeczytana kartka. Ja przeczytałem właśnie swoją. Kupiłem bilet lotniczy, włożyłem wygodne buty, zarzuciłem plecak na plecy i przeskoczyłem na drugą stronę kuli ziemskiej. Nazywam się Szymon Ciuraba, mam 32 lata. Spełniłem jedno ze swoich młodzieńczych marzeń – byłem w Chinach, a dokładniej w Szanghaju
Najtańsze połączenie z Szanghajem, jakie wyszukałem w Internecie, oferował Blue Sky. Bilet w obie strony za ok. 600 euro + prowizje, czyli w przeliczeniu na złotówki około 2 500 zł. Sporo, ale to najbardziej kosztowna część całej wyprawy.
Lot jest podzielony na dwa etapy - pierwszy do Moskwy. Lotnisko Szeremietiewo zobaczymy po dwu godzinach od startu w Warszawie. Moja rada – weźcie ze sobą dolary – bo trudno wytrzymać na lotnisku w Moskwie bez alkoholu, a niestety piwo kosztuje 9 $, więc warto zajrzeć do strefy wolnocłowej i zakup „rozlać” później pod stołem.
Samolot do Szanghaju to zwykle Boeing 767. Elegancki i wygodny. W końcu to prawie 10 godzin lotu.
Bóg jest wielkim artystą!
Każdy, kto latał samolotem wie, że widok Ziemi z 10 tys. metrów jest niesamowity, ale wschód słońca nad Ułan Bator widziało niewielu, ja się już do nich zaliczam. Tu pierwsza refleksja – Bóg jest wielkim artystą!
Lądujemy w Szanghaju, na nowoczesnym, olbrzymim lotnisku Pu Dong, pochmurno. Lotnisko znajduje się ok. 36 km od centrum miasta. Do śródmieścia można się dostać np. najszybszą kolejką na świecie. Maglev mknie z prędkością 431 km/h, a cała podróż zajmuje 8 minut! Koszt z kartą boardingową (czyli tym, co zostało z biletu lotniczego) to 40 RMB. (W Chinach walutą są juany czyli RMB. 10 RMB to ok. 3,6 zł).
Szanghaj jest podzielony na kilka stref, z których każda ma swoje centrum. Punktem orientacyjnym jest rzeka Huang Pu, nowoczesna dzielnica Pu Dong oraz People Square. Miasto przecina sieć metra. To najszybszy i najtańszy sposób komunikacji. Bilet kosztuje około 1,5 zł!
Parchy, pryszcze i zaskórniki
To, co od razu daje się we znaki w Chinach to pogoda - duża wilgotność i gorąco. Wszystkie parchy, pryszcze i inne zaskórniki wyjdą wam po dwóch dniach. Dlatego informacja dla kobiet – dużo fluidu!
Druga rzecz, jaką dostrzeżecie od razu, to kompletny brak znajomości języka angielskiego. Po angielsku w Chinach mówią tylko recepcjoniści w hotelach, prostytutki, bulwarówki (o nich trochę później) i Europejczycy.
Teraz o rzeczy najważniejszej – noclegu. Ceny są naprawdę różne. Znalazłem motel w samym centrum. Pokój ekstra: klimatyzacja, prysznic, wygodne łóżko, codziennie świeży ręcznik, klapki, szczoteczka do zębów, tv, satelita, kabelek do Internetu, telefon i… śniadania w cenie! Za 6 noclegów zapłaciłem 334 zł! Serio, serio.
Węgorz z pyskiem smoka
Trzyma mnie jetlag, czyli różnica czasu (w Chinach jest 7 godzin „do przodu”). Nie ma żartów, mało kto jada śniadania o 2 w nocy i zaczyna zwiedzanie o 4 nad ranem! Ale ja spróbuję.
Odwiedzam pobliski bazarek. Wszyscy siedzą na bambusowych taborecikach i delektują się herbatą. Grają w chińskie warcaby, mahjonga, lub karty.
Jedzenie dostępne na ulicy. Warzywa raczej znajome, ale nic nie przypomina kotleta.
Najbardziej zapamiętałem „smoki” (to robocza nazwa), czyli coś, co przypomina małego węgorza, z pyskiem smoka. To największy przysmak ulicznych bywalców. Nakłuwają to cudo na patyk, przypalają na rozgrzanej blaszce (coś na kształt grilla), no i wcinają. Kolejnym przysmakiem są jajka. Zanurzone w obrzydliwej czarnej mazi, śmierdzące jaja z patykiem – podobno przysmak. Są wszędzie – w hipermarketach, kioskach, księgarniach, spożywczych i oczywiście na ulicy.
Mielone z kośćmi
Robi się ciemno. Ulice pełne neonów z chińskimi znaczkami wyglądają „świątecznie”. Idę do chińskiej restauracji. Już wiem, że po angielsku niczego nie zamówię. Pokazuję w menu palcem. Pani przesuwa mój palec na inne potrawy. Zgadzam się. Przynoszą przystawkę – przysmak Szanghaju, czy w ogóle Chin. Małe, pokurczone skrzydełka z jakiegoś ptaka w gęstym, przypalonym sosie. Wygląda ohydnie. Uśmiechając się do kelnerki udaję, że mi smakuje.
Teraz już wiem, że każde mięso w Chinach jest mielone z kośćmi, a już na pewno je posiada. Zupa, niezła, przypomina rosół. Ryba też ekstra, ale wolałem nie wnikać, co to dokładnie jest, wystarczy że zamieszałem łyżką, a obraz wypływających składników zamknął mi usta. Generalizując - nasze pojęcie o „chińszczyźnie” ma się nijak do tej prawdziwej. Jedzenie w Chinach śmierdzi, smakuje gorzkawo, a im mocniej chrupie, tym lepiej. Ryż jest raczej mitem.
Duch chińskiego przodka
Chodząc zakamarkami miasta, natrafiłem na skrzyżowanie dwóch zapomnianych ulic. To, co zobaczyłem, na długo utkwi mi w pamięci. Historia Chin w pigułce. Można tam było znaleźć wszystko. Począwszy od starych, tradycyjnych skórzanych strojów, poprzez figury wojowników, najróżniejsze miecze (gdyby można było je przewieźć przez granicę zostałbym bogaczem), porcelanę i przedmioty z laki, skończywszy na wachlarzach, które „na oko” pamiętają jeszcze Szanghaj z co najmniej XVII wieku. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby z figurki kupionej na tej zapomnianej ulicy wyleciał bajkowy duch chińskiego przodka. Tylko..., jakbym się z nim dogadał.
Wielkie oczy i... ryj
Wracając do kupowania. Muszę przyznać, że nam Polakom łatwo jest się targować. Hiszpanie i Anglicy kupują od razu – aż żal patrzeć.
Podana cena jest na pewno 8-10-krotnie wyż- sza od tej, za którą można kupić przedmiot, o który nam chodzi. Dla przykładu. Pytamy: Ile to kosztuje? Dostajemy do ręki kalkulator z „wklepaną” ceną – 300 RMB. Wtedy robimy wielkie oczy, krzyczymy głośno, oj, oj, oj. Pani lub pan znów podaje nam kalkulator. Udajemy, że coś przeliczamy. Wpisujemy 20 RMB. Zostajemy obśmiani i… pilnie zaczynają się nam przyglądać. Sprzedawca oddaje nam kalkulator z ceną np. 230 – 250 RMB. Wtedy „wklepujemy” 40 RMB i na migi dajemy do zrozumienia, że to już nasze ostatnie słowo. Sprzedawca krzyczy i macha na nas, żebyśmy sobie poszli. A my, co robimy? Machamy na niego pokazując (to ważne) 40 RMB i odchodzimy powoli, nie oglądając się za siebie. Na 10 przypadków, 9 sprzedawców po 20 sekundach podbiegnie i powie: OK, OK.
Ja tak kupiłem jedwabne krawaty po 1 dolarze za sztukę, starą zabytkową grę mahjong za 10 dolców i wiele innych przedmiotów...
Z antykwarycznej ulicy wpadam prosto na Old Town. To starochińska dzielnica. Niestety, turystyka przekształciła zabytkowe ulice w jeden wielki dom handlowy, no, ale ja już na dziś mam dosyć zakupów. Tu kolejna rada - nie chcesz, żeby cię zaczepiali na ulicy proponując zegarki, pióra, torby skórzane - zacznij mówić po rosyjsku!
Podobno opinia o Rosjanach jest taka, że nie wiadomo dlaczego i kiedy można dostać od nich w ryj.
Nie tylko łuki i smoki
Oglądam ulice i architekturę. Wszędzie spadziste dachy, zakończone typowymi chińskimi łukami, rzeźby smoków i złote, błyszczące w słońcu kolumny.
W środku Old Town znajdują się ogrody Yu Yu Yuan. Są to ogrody dynastii Ming (1368-1644). Wchodzę do środka. Cudnie. Kolorowe ryby, wodospady, rzeźby, małe świątynie – istna bajka.
Po kilku godzinach kieruję się w stronę rzeki Huang Pu.
Przy wejściu na bulwar stoją starzy Chińczycy. Delektują się puszczaniem latawców. Pełen profesjonalizm – wielkie kołowrotki z żyłką, daszki, białe rękawiczki, no i ogromna ilość kolorowych latawców na niebie.
Po drugiej stronie rzeki leży Pudong – najnowocześniejsza dzielnica Szanghaju.
Podświetlone, industrialne i nowoczesne budynki. W dali wieża telewizyjna Oriental Pearl Tower, z wielką różową kulą na iglicy. Po prawej widać Jin Mao – czwartą pod względem wysokości na świecie. Biurowce z lądowiskami na helikoptery, megaboardy świetlne na ścianach. Całość odbija się w rzece, podkreślając wyjątkowość obrazu.
Numer z zaproszeniem na kawę
Uwaga na bulwarówki - piękne dziewczyny, które jak tylko zobaczą Europejczyka, zagadują uśmiechając się szeroko. Naprawdę są przepiękne – można nieźle wpaść. Po kilku minutach rozmowy zostajemy zaproszeni na kawę i tutaj przygoda zwykle się kończy, bo po wypiciu kawy laski wyparowują, a nam przychodzi zapłacić rachunek. Uwaga, 250 zł za jedną kawę! Poznałem Amerykanów, którzy przeklinali ten numer.
Przechodząc z jednego zakątka Szanghaju do drugiego, wchodzę do parku. Park jak park, trawka, bambusy, drewniane mostki, ryby..., cisza i spokój sprawia, że człowiek nagle czuje się dziwnie.
Karciarze i warcabiści, zamyślone osoby (jak się potem dowiedziałem to sposób medytacji). Ludzie w parku potrafią patrzeć w jeden punkt przez 20 minut. Starsze osoby uprawiają Tai Chi - piękne, natchnione, pełne skupienia i historii, bo niektóre układy Tai Chi to przegląd wydarzeń historycznych, wojen, zwycięstw i porażek. Większość osób uprawia je w białych rękawiczkach. Część wykonuje ruchy szybko, ale niedbale, część wolniej, ale za to z pełną precyzją.
Sporo osób oklepywało swoje ręce i ramiona. (Później widziałem to również na ulicy). To sposób na dokrwienie organizmu.
Szczerze polecam – odkąd to zobaczyłem i spróbowałem, często oklepuję rano swoje dłonie – nie potrzebuję już pić kawy.
Po drugiej stronie rzeki Huang Pu
Chcę z bliska zobaczyć Pu Dong. Aby się tam dostać, mogę popłynąć statkiem, przedostać się metrem lub skorzystać z atrakcji turystycznej, jaką jest tunel. Wchodzę do przezroczystego wagonika. Wagonik rusza. Tunel zamienia się w wielkie laserowe show, science fiction. Pływają wygenerowane z hologramu delfiny, pojawiają się postacie machające ze ścian tunelu. Niezły odlot. Kupując bilet można od razu zobaczyć muzeum rybołówstwa chińskiego oraz pierwszą wystawę ekshibicjonizmu i kamasutry, pokazaną w Chinach.
Sporo tutaj „zabawek”, a niektóre wyglądają… całkiem realistycznie. Największe wrażenie zrobiło na mnie siodło. W XVI wieku naszej ery kobieta, która zdradziła mężczyznę, była wbijana nago na siodło, z zamontowanym na samym środku drewnianym penisem. Siodło umieszczano na ośle. Taka „un-lady Godiwa” przemierzała całą miejscowość, kalecząc narządy płciowe. Kolejna figurka warta uwagi pochodzi, XVII wieku i jest z porcelany. Tytuł mówi sam za siebie: Ślepy mężczyzna bawi potomka. Jego kobieta przygotowując posiłek i podając grzechotkę dziecku, kopuluje z innym mężczyzną. Dowiaduję się, że to głębsza filozofia małżeństwa. Może i tak, ale ja ślepcem nie chcę być – wolę grzechotkę.
Perła Orientu
Przede mną Pu Dong- dzielnica banków. Pomnik nowoczesności i przepychu. Docieram do Jin Mao – wieża 420,5 m n.p.m. Winda pokonuje 380 m w kosmicznym tempie. Otwierają się drzwi i ukazuje się panorama Szanghaju. O matko! Wyżej byłem tylko samolotem. Pogoda dopisuje – widać nawet Morze Żółte i Jangcy. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, jak wielka jest rzeka Huang Pu i dlaczego Szanghaj jest trzecim po Rotterdamie i Singapurze portem na świecie. Statki wyglądają z góry jak zapałki, rzucone w kałuże po deszczu. Naprzeciwko budowana jest jeszcze wyższa wieża, na którą właśnie wjeżdżają robotnicy. Siedzą wyluzowani na poręczy kosza – takiego, jakiego u nas robotnicy używają do malowania bloków – tylko, że tu jadą około 420 metrów w górę.
Chińska Wenecja
Dzisiaj postanowiłem wybrać się na chińską wieś. Zaczynam od dworca kolejowego. Dowiaduję się, że tam, gdzie planuję pojechać, najłatwiej dostać się autobusem. Przechodzę na drugą stronę ulicy, na dworzec autobusowy. Spoglądam na rozkład jazdy i zaczynam się śmiać – przecież ja tu nic nie przeczytam. Pokazuję na mapie Suzhou – miejscowość, którą wybrałem. Wbijam się do wskazanego autobusu. Niczym się nie różni od naszych – no może tylko tym, że kierowca pali papierosy (ci, co siedzą z przodu, też), a jak autobus przekroczy prędkość 90 km/h, zaczyna piszczeć jakiś alarm. Drogi są… ech, żeby u nas takie były. Autostrada przy autostradzie, co nie upoważnia kierowców do zachowywania przepisów ruchu drogowego – większość z nich jedzie cały czas „na klaksonie”.
Dojeżdżam na miejsce. Wieś to może i jest, ale chińska – jakieś 100 000 osób na oko. Okazuje się, że Suzhou to taka chińska Wenecja. Miejscowość jest poprzecinana kanałami. Mijam miejscowy bazar. Przebijam się do centrum, wzdłuż głównego kanału. Dookoła sporo lampionów, ładnych pasaży, przeplatanych polnymi drogami. W dali widać góry i pola herbaciane. Widok fantastyczny – tak sobie wyobrażałem Chiny.
Zapach kadzideł
Największe wrażenie w Chinach robią świątynie.
Tutaj każdy pali wiązkę kadzideł za swoją rodzinę, za odpuszczenie grzechów, za lepsze jutro, za skupienie i zdrowie.
W każdej ze świątyń znajduje się zwykle kilka pomieszczeń, w których są figury Buddy. Budda grający, śpiewający, dbający o ludzi, uśmiechnięty, uprawiający seks, itd. Przed każdą figurą wierni składają poczęstunek; jabłka, grejpfruty, ciasta i inne smakołyki. Wszędzie słychać śpiew chińskich buddystów, przeplatany dźwiękami dzwonków, bębenków i drewnianych patyków.
Niesamowite wrażenie robi skupienie ludzi. Nikt nie rozmawia, nie okazuje zainteresowania innymi. Każdy ma jasny cel – modlitwę.
W jednej ze świątyń trafiłem na mszę buddyjską. Jeden z mnichów siedzących z przodu zaczął wybijać jednostajny rytm na drewnianym dzwonku. Dołączył do niego następny. Kolejny mnich niskim, jednostajnym głosem zaczął śpiewać mantrę. Za chwilę wtórował mu drugi. Dziwnie się poczułem, bo zapach kadzideł, samo miejsce, rytm i niskie tony zaczęły wprowadzać mnie w stan, którego wcześniej nie zaznałem. Zacząłem się pilnować i bardziej zwracać uwagę na ludzi, niż na muzykę. Okazało się, że nie tylko ja znalazłem się w stanie lekkiego transu. W taki sposób buddyści wprowadzają siebie w stan skupienia i „bogatszego przeżywania spotkania z Buddą”.
Zamość 24 razy
Na koniec pobytu zafundowałem sobie wycieczkę na największą ulicę w Szanghaju – Najning. Największa, bo dziennie przechodzi nią 1,8 mln ludzi. To tak, jakby wszyscy mieszkańcy Zamościa przeszli tą ulicą ok. 24 razy. Widok nieziemski.
Kończąc, chcę wszystkich namówić do podróży. Podróżując odkrywamy siebie, poznajemy swoje słabości. Odczuwając niedogodności drogi uczymy się swojego ciała. Doświadczamy obrazów, zapachów, smaków, które stworzyli ludzie, często inni niż my. Poznajemy nowych przyjaciół, dzielimy się obserwacjami, filozofią, dyskutujemy na temat różnic kulturowych. Czujemy, że nasza malutka egzystencja jednostki ma wielki wpływ na rozwój i barwę współczesnej Ziemi.
0 0
strasznie mi się podoba, zwłaszcza te barwne, szczere dygresje:)l
naprawdę pomocne info
lubelanka
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu roztocze.net. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz