Zamknij

Ignacy Daszyński, jeden z ojców polskiej niepodległości, patronem 2026 roku

PAP 15:19, 17.01.2026 Aktualizacja: 15:23, 17.01.2026
Skomentuj Fot. Wikipedia Fot. Wikipedia

Okazją do przypomnienia postaci Ignacego Daszyńskiego stały się dwie związane z nim rocznice: 160. – jego urodzin oraz 90. - śmierci.

Sejm w uzasadnieniu uchwały nazwał Ignacego Daszyńskiego obrońcą demokracji parlamentarnej, przeciwnikiem imperializmu rosyjskiego i bolszewickiego, zwolennikiem wolności prasy, obrońcą praw mniejszości etnicznych i narodowościowych, a także orędownikiem edukacji obywatelskiej. Na to pierwsze określenie – obrońcy demokracji parlamentarnej – pracował przez większość życia. Najpierw, w czasach zaborów jako poseł do parlamentu austriackiego, a po odzyskaniu niepodległości – do Sejmu RP. W jednym i drugim zasłynął jako świetny mówca. Słów uznania nie szczędził mu nawet – pomimo różnych poglądów - Stanisław Cat-Mackiewicz. Ten konserwatywny polityk i redaktor wileńskiego „Słowa” zetknął się z nim w latach 1928-1930.

„Był to już kościsty starzec, wciąż o płomiennym wejrzeniu oczu. Wyglądał na starca kapryśnego i surowo przestrzegającego dla siebie wszelkich względów. Rzadko odzywał się z trybuny, ale każde jego odezwanie się pokazywało to, co się nazywa lwi pazur. Sarkazmem, ironią w połączeniu z patosem i szlachetnym dźwiękiem głosu gniótł przeciwnika jak świecę woskową” – pisał o Daszyńskim.

Lwi pazur okraszony sarkazmem i ironią Daszyński pokazał stając w obronie demokracji parlamentarnej. Choć w maju 1926 r. poparł zamach stanu Józefa Piłsudskiego, to już po kilku tygodniach stracił złudzenia co do szans na realizację głoszonych przez sanację haseł. „Dzisiaj prasa rządowa opiera swoje nadzieje na argumencie bata, na pokorze, na posłuszeństwie większości Sejmu wobec samej groźby bata” – pisał w połowie czerwca w PPS-owskim „Robotniku”.

Jeszcze ostrzej wystąpił w Sejmie” „Polska bez silnego, zdrowego, szanującego się i szanowanego Sejmu nie może istnieć. Złudzenia tylko mogą dyktować wybujałość w jakimkolwiek kierunku w lewo, czy w prawo. Epoka, w której żyje Polska, jej układ stronnictw, jej stanowisko gospodarcze, jej stanowisko polityczno-geograficzne wskazują, że naród będzie tylko wtedy silny, gdy będą go interesowały bezpośrednio sprawy jego Ojczyzny. Najbliższym łącznikiem między Ojczyzną a szerokimi masami ludowymi jest i pozostaje Sejm, nie ten Sejm, ale Sejm w ogóle” – mówił 5 lipca 1926 r. z sejmowej trybuny.

Do legendy polskiego parlamentaryzmu przeszedł opór, jaki 31 października 1929 r. Daszyński stawił Józefowi Piłsudskiemu. Tamtego dnia sprawujący od zamachu majowego nieformalną władzę w Polsce Piłsudski przyszedł do budynku Sejmu w asyście stu uzbrojonych oficerów Wojska Polskiego. Ci w dodatku odmówili straży marszałkowskiej złożenia broni. Sanacja nie miała jeszcze większości głosów w parlamencie, więc powszechnie tę wizytę potraktowano jako próbą zastraszenia antysanacyjnej opozycji. Daszyński, który był marszałkiem Sejmu, nie dał się jednak zastraszyć. Najpierw zignorował Piłsudskiego, który wezwał go do gabinetu, a gdy Marszałek sam się pofatygował do niego, odmówił otwarcia obrad. „Pod bagnetami, rewolwerami i szablami nie otworzę – oświadczył stanowczo. Urażony Piłsudski wyszedł nie podając Daszyńskiemu nawet ręki, a gdy już był za drzwiami mruknął: „To dureń”.

Ignacy Daszyński pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej żyjącej na wschodnich obrzeżach Galicji. Urodził się 26 października 1866 r. w znanym z kart powieści „Ogniem i mieczem” Zbarażu niedaleko Tarnopola.

Podstawowe wykształcenie zdobył w tamtejszej szkole prowadzonej przez bernardynów, po czym został uczniem gimnazjum w Stanisławowie. Stamtąd został jednak szybko wyrzucony, bo zaangażował się w działalność konspiracyjnego stowarzyszenia. Pozbawiony możliwości dalszej nauki szkolnej, zaczął zarabiać na chleb jako kancelista i korepetytor. Maturę zdał w końcu (po eksternistycznych kursach) w krakowskim gimnazjum Św. Jacka i dostał się na Uniwersytet Jagielloński. Zaledwie po kilku miesiącach musiał jednak przerwać studia z powodu kłopotów finansowych. Wyjechał w Łomżyńskie (wtedy w zaborze rosyjskim), gdzie pracował jako guwerner, ale wkrótce potem został aresztowany – jak się okazało policja pomyliła go z jego zaangażowanym w działalność spiskową bratem, Feliksem.

Gdy sprawy się wyjaśniły, wrócił do Galicji, a w Drohobyczu sam zainteresował się polityką. Miasto to razem z pobliskim Borysławiem na przełomie XIX i XX wieku za sprawą odkrytych tam złóż ropy naftowej stało się ośrodkiem przemysłowym.

„Drohobycka atmosfera wzywała mnie do buntu. Brutalność złowrogich szubrawców, którzy robili wówczas karierę w Drohobyczu była tak jawną i publiczną, że nie trzeba było zaiste być socjalistą, ażeby znienawidzić tę zbrodniczą produkcję, ugruntowaną na naturalnych skarbach matki ziemi i na bezgranicznym wyzysku kilku tysięcy rusińskich chłopów, kopiących wosk ziemny w Borysławiu” – wspominał Daszyński.

Za przykładem brata przystąpił do ruchu socjalistycznego i organizował tajne kółka. Na początku 1890 r. wyjechał do Szwajcarii, a stamtąd do Paryża. Na krótko podjął studia przyrodnicze w Zurychu, ale już jesienią wrócił do Galicji. W październiku 1990 wstąpił na Wydział Prawa Uniwersytetu we Lwowie, a miesiąc później w tym samym mieście był jednym z założycieli Partii Robotniczej, przekształconej później na jego wniosek w Polską Partię Socjalno-Demokratyczną Galicji i Śląska.

Socjalizm pojmował jako ruch walczący o poprawę sytuacji robotników. Tłumaczył, że chodzi m.in. o ubezpieczenie zdrowotne i prawo do emerytur. „Socjaliści dążą do tego, aby każdy robotnik w starości już bez pracy pobierał pensję i nie lękał się nędzy po całym życiu uczciwej pracy. Dziecko powinno też być otoczone opieką całego narodu, mieć za darmo szkołę, i w tej szkole głodu nie cierpieć, aby móc się uczyć z korzyścią dla siebie; kobieta powinna daleko lżej pracować niż mężczyzna i być oszczędzaną, wtedy, kiedy wydaje na świat dzieci” – podkreślał.

Drwił jednocześnie z tych, którzy socjalistów atakowali. „Co to za diabeł, nie wie wprawdzie nikt dokładnie, ale ksiądz na ambonie mówi o tych socjalistach jako o wrogach religii, pan dziedzic nazywa ich darmozjadami i złodziejami, a pan starosta grozi, że jak mu się tylko jaki socjalista w powiecie pod rękę nawinie, to go każe w łańcuszki zakuć i zamknąć do więzienia. A biedny chłop na wsi lub robotnik w miasteczku łamie sobie nieraz na próżno głowę nad tym, co też to jest socjalizm i czego to chcą socjaliści” - pisał.

Reprezentował galicyjskich socjalistów w 1891 r. na socjalistycznych kongresach w Wiedniu, a następnie w Brukseli i został redaktorem wydawanej w Berlinie „Gazety Robotniczej”. Tę ostatnią działalność przypłacił aresztowaniem pod zarzutem nawoływania do nienawiści klasowej i wystąpień antyrządowych. Wyszedł jednak na wolność, bo w sądzie nie udowodniono mu autorstwa artykułów będących przedmiotem śledztwa.

Mieszkając na przemian we Lwowie i Krakowie redagował socjalistyczne gazety („Siła” i „Robotnik” we Lwowie, a „Naprzód” w Krakowie), a w marcu 1897 r. został wybrany do Rady Państwa w Wiedniu, gdzie stanął na czele klubu posłów socjalno-demokratycznych. Od 1902 r. oprócz mandatu poselskiego zaczął sprawować też godność krakowskiego radnego.

W kwestii niepodległości jego stanowisko było zbieżne z tym, co głosił Józef Piłsudski: socjalizm i suwerenność Polski uznawał za nierozerwalnie ze sobą związane. O bojowcach PPS-u z rewolucji 1905 roku pisał, że byli żołnierzami fanatycznie oddanymi sprawie wyzwolenia Polski i ludu polskiego z niewoli. „Nie chciał ich kraj „uspokojony” po 1863 roku, bał się ich i przeklinał; nie mieli odznak żołnierskich, broń musieli kryć przed okiem szpiegów carskich i prowokatorów, a czekała ich nie śmierć na polu bitwy, lecz skatowanie przez zbirów carskich, lub – sąd wojenny i szubienica. W najlepszym razie straszna rosyjska katorga. (…) A przecież była to jedyna siła w narodzie, która z potęgą niepokonanego żywiołu dążyła do Niepodległej Ojczyzny! Dążyła do niej z całą świadomością, że bez zjednoczenia i wyzwolenia Polski nie ma co marzyć o nowoczesnym życiu, o rozwoju, o sile klasy robotniczej polskiej, rozbitej w zaborach na trzy odłamy, z konieczności słabe i niezdolne do wypełnienia historycznej misji proletariatu” - podkreślał.

Po wybuchu I wojny światowej, choć miał już prawie 50 lat, założył mundur strzelecki i przyłączył się na krótko do I Kompanii Kadrowej, otrzymując stanowisko zastępcy komisarza wojskowego na Miechów. Po kilku dniach powrócił jednak do Krakowa i wszedł do kierownictwa Naczelnego Komitetu Narodowego. W marcu 1916 r. był jednym z inicjatorów wejścia Klubu Polskich Socjalnych Demokratów w skład Koła Polskiego i został w nim wiceprezesem.

Po utworzeniu w Krakowie 28 października 1918 r. Polskiej Komisji Likwidacyjnej – pierwszego niezależnego od zaborców ośrodka władzy - na kilka dni wszedł w skład prezydium.

W nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. stanął na czele Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie. Nazwa rządu i ogłoszony przez Daszyńskiego program reform społecznych wynikały z obaw, że robotnicy dadzą się porwać hasłom rewolucyjnym. „Polska musi być ludową lub upadnie; kto chce Polski silnej, ten podda się ludowi polskiemu. Szlacheckie czy kapitalistyczne rządy w Polsce są niemożliwe, a próba ich utworzenia wywołać musi wojnę domową. Robotnik nie może pozostawać ofiarą wyzysku kapitalistycznego. Kopalnie, koleje, wielkie lasy i wielkie zakłady przemysłowe muszą stać się własnością narodu. Wszędzie musi być zaprowadzony ośmiogodzinny dzień pracy i rząd opracowuje już odpowiedni projekt prawa. Robotnicy muszą być dopuszczeni do udziału w zarządzie i kontroli przedsiębiorstw przemysłowych. Klasa robotnicza winna sama myśleć o tym, by z czasem była zdolną do objęcia całkowicie zarządu przemysłu w swoje ręce” – podkreślał Daszyński.

Zdążył zaledwie ogłosić manifest swojego rządu, bo na wiadomość o powrocie do Warszawy uwolnionego z więzienia w Magdeburgu Józefa Piłsudskiego oddał mu się do dyspozycji. Już 14 listopada 1918 r. z rąk Piłsudskiego przyjął jednak misję utworzenia nowego gabinetu. Nie powiodła się, bo endecja szermując hasłem rządu narodowego starania Daszyńskiego storpedowała. Po nieudanej próbie budowy koalicyjnego gabinetu 17 listopada ustąpił na rzecz Jędrzeja Moraczewskiego.

26 stycznia 1919 r. został wybrany do Sejmu Ustawodawczego, w którym stanął na czele klubu parlamentarnego Związku Polskich Posłów Socjalistycznych.

Na rozpoczętym 26 kwietnia 1919 r. kongresie zjednoczeniowym PPS został jednym z trzech przewodniczących Rady Naczelnej. 24 lipca 1920 r., w szczytowym momencie bolszewickiej ofensywy na Warszawę, wszedł w skład Rządu Obrony Narodowej. Do stycznia 1921 r. sprawował stanowisko wicepremiera. Odgrywał kluczową rolę zarówno w Sejmie Ustawodawczym (od 1919 r.), jak i Sejmie I kadencji (od listopada 1922 r.). Był jednym z tych, którzy po zamordowaniu prezydenta Gabriela Narutowicza zarzucili endecji rozpętanie kampanii nienawiści.

„Polskie życie polityczne nie może być dżunglą afrykańską, w której buszuje kilkunastu hultai klasowych. Wasz faszyzm albo zginie w Polsce, rozbije głowę o demokrację, albo Polska zapłonie wojną domową” - przestrzegał. Sam jednak utemperował najbardziej radykalnych działaczy PPS-u, którzy domagali się krwawej rozprawy z prawicą. Daszyński przekonał ich, że prawica jest już trupem politycznym i jeśli dostarczy się jej męczenników odzyska grunt pod nogami.

W czasie zamachu majowego opowiedział się po stronie Józefa Piłsudskiego. Rozczarowany jednak polityką władz sanacyjnych stawał się wobec nich coraz bardziej krytyczny. Przestrzegał przed nacjonalizmem. Na przykładzie Włoch Mussoliniego (w latach dwudziestych chwalonego przez polską prawicę jako „mocnego człowieka”) pokazywał, że nacjonalizm żeruje na ludzkiej słabości. „Cóż jest nacjonalizm, jak nie narkoza, która oszałamia tłumy, ukazując im większe Włochy, grając przed oczyma tłumów wojną zwycięską, sławiąc wyższość, boską niemal, narodu włoskiego nad wszelkimi innymi narodami. Rozpatrując ten szał nacjonalizmu, ze strachem patrząc na przyszłe wojny, które on wywołać może, równie okrutne i bezmyślne, jak były wojny religijne i dynastyczne, przychodzimy do skromnego przekonania, że wady parlamentu nigdy nie są gorsze od wad, systemów nieparlamentarnych albo antyparlamentarnych. Czy faszyzm, czy bolszewizm, czy monarchizm zmartwychwstały na gruzach dawnych tronów to są rzeczy tak groźne i ciężkie, że parlament wobec nich jest ostoją dla masy" - mówił z sejmowej trybuny.

Jeszcze ostrzej wypowiadał się o komunizmie, zwracając uwagę, że po rewolucji bolszewickiej położenie robotników się pogorszyło. „Dyktatura proletariatu jest w Rosji bolszewickiej od początku rządem gwałtu i przemocy mniejszości nad większością. Mniejszość rządząca nie wynosi nawet pół procenta ludności i utrzymuje się przy władzy przez tak okrutną i krwawą przemoc, że żadne inne cywilizowane społeczeństwo podobnie dzikiej tyranii nie zniosłoby. Robotnik rosyjski walczył przez długie lata bohatersko o wolność polityczną, otrzymał od bolszewików niewolę; walczył o poprawę bytu, otrzymał nędzę; walczył o rozwój obywatelski, otrzymał biurokrację sowiecką. Przemoc tak znikomej mniejszości musiała z natury rzeczy wziąć sobie do pomocy trzykrotnie większą liczbę pomocników obcych, często wrogich władzy sowieckiej, i nie mogła zorganizować społeczeństwa na zasadzie proletariackiej, a już zgoła socjalistycznej" - pisał.

Walczył też z klerykalizmem. „Ksiądz politykujący miesza ciągle rzeczy ziemskie z niebieskimi lub piekielnymi, widzi wszędzie „masonów” czy diabłów, każe się modlić tam, gdzie działać trzeba, każe być pokornym, gdzie trzeba być opozycyjnym, a zawsze i wszędzie zasłania swoją ziemską, często marną osobę Panem Bogiem, przez co staje się gorszym bluźniercą, niż największy niedowiarek. Używać bowiem religii dla uzasadnienia np. zwolnienia księży od podatków, (…) to w czasach dzisiejszych nikczemność, to największa klęska dla prawdziwego i religijnego uczucia!

W 1930 r. jako marszałek Sejmu wsparł działania opozycji, tzw. „Centrolewu”, wysyłając m.in. depeszę solidaryzującą się z obradującym w Krakowie Kongresem Obrony Prawa i Wolności Ludu. W listopadzie 1930 r., po raz ostatni wystartował w wyborach, ponownie uzyskując mandat poselski, ale coraz gorszy stan zdrowia zmusił go do wycofywania się z aktywnego życia politycznego. Od lutego 1931 r. przez ponad pięć lat aż do śmierci przebywał w sanatorium w Bystrej Śląskiej. Cierpiał na postępującą miażdżycę, w końcu stracił też mowę. Zanim zmarł 31 października 1936 r. sporządził swego rodzaju testament polityczny.

„Pracowałem całe życie z robotnikami. Im zawdzięczam, że praca moja nie poszła na marne, ku nim z ostatnią myślą się zwracam, żegnając się z nimi. Mam nadzieję niezłomną, że życie ich stanie się lżejsze, że będą silni i zdrowi moralnie, że urzeczywistnią wspólne ideały. Żegnam towarzyszy i przyjaciół, z którymi tyle współpracowałem wspólnie, i proszę ich o życzliwą pamięć dla tych wspólnych wysiłków. Wszystkich proszę o przebaczenie mych błędów i niepamiętanie cierpień, które im w życiu wyrządziłem. Myśl o śmierci dawno już jest dla mnie początkiem wyzwolenia” - pisał.

Pochowany został na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. (PAP)

Józef Krzyk

 

jkrz/ dki/

(PAP)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%