R E K L A M A

Z I P

Sport | Wywiady | Zamośćtekst nadesłany22 maja 2018 FACEBOOK | 4539 Twitter E-mail Skopiuj link Skomentuj | 3 komentarze ()

Porządek musi być!

Fot. MKS Padwa Zamość

Rozmowa z Tomaszem Marcinem Czerwonką, trenerem Padwy Zamość.

*Jakie jest pierwsze Pańskie skojarzenie z kończącym się sezonem?
– Oprócz aspektu sportowego zaistniały nieoczekiwane, a jednocześnie przykre zdarzenia, które miały wpływ na nasze losy w tym sezonie. Mam tu na myśli śmierć nieodżałowanego kierownika zespołu Pana Stasia Całucha w przeddzień startu ligi oraz koszmarny wypadek Igora Radwańskiego. Odejście Stasia było dla mnie osobiście i dla chłopaków wielkim ciosem. Igor natomiast wrócił do nas po dłuższym pobycie w Warszawie i w krótkim czasie z zawodnika wzmacniającego zespół stał się rekonwalescentem walczącym o powrót na boisko. Ale równowaga musi być i mieliśmy w trakcie sezonu sympatyczne akcenty – ślub Szymona Fugiela i narodziny córki „Lukra” (Adriana Adamczuka – red.). Wracając do sportu, to nie jest dla mnie ważne, na którym miejscu zakończymy rywalizację w tym sezonie (rozmowa miała miejsce przed meczem z Orłem Przeworsk – red.). Możemy być na drugim, ale równie dobrze też na trzecim lub czwartym miejscu. Bez względu na to uważam, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty. Sukces to może jest za duże słowo, ale ten sezon trzeba oceniać na plus. W zeszłym roku byliśmy na szóstym miejscu, teraz jesteśmy wyżej. Poprawiliśmy się pod względem stylu gry, a to jest dla mnie najważniejsze. Idziemy do przodu, choć zawsze znajdą się są osoby, które będą chciały szybszych efektów.

* Wszyscy zawodnicy zasłużyli na piękne laurki?
– Na początku chcę podziękować wszystkim zawodnikom za pracę w tym sezonie. U niektórych podopiecznych widzę jednak większą chęć nauki, parcie na podniesienie swoich umiejętności, a u niektórych tego ognia, na jaki ich stać, zabrakło mi. Nie będę posiłkował się konkretnymi przykładami, ponieważ to zawodnicy powinni poznać moją opinię na swój temat. Ze wszystkimi mam do pogadania, zarówno na forum całej drużyny jak i indywidualnie. Na laurki absolutnie zasłużyli Maciek Maciąg – trener przygotowania fizycznego oraz Kamil Wójcik – fizjoterapeuta i Radek Radwański – kierownik zespołu.

* Ale ogólna ocena musi być pozytywna?
– Na to wygląda, choć zdaję sobie sprawę z tego, że niewiele zabrakło nam do pierwszego miejsca. Żadna z drużyn otwarcie nie przyznawała się do swoich ambicji, ale to przecież oczywiste, że perspektywa awansu dla wszystkich jest niezwykle kusząca. W głębi serca każdy chciał tego pierwszego miejsca. Poza tym bardzo zależy nam na ciągłym rozwoju. Skoro w zeszłym sezonie, jako niedoświadczony beniaminek, byliśmy w stanie ugrać szóste miejsce, to wiadomo, że teraz chcieliśmy wejść na wyższy stopień. Myślę, że to się udało i metoda małych kroków to dobre założenie.

* A łatwo nie było, ponieważ – trzeba to przyznać otwarcie – ubiegłoroczna kadra prezentowała nieco solidniej.
– Po odejściu Krzyśka Maroszka, Piotrka Styka ale też pozostałych zawodników z rocznika 1998 zamknęły się nam pewne warianty w ataku i nie byliśmy tak nieprzewidywalni. Ktoś może polemizować z moją opinią, bo powie, że przecież przed rundą finałową do zespołu doszedł Tomek Fugiel. A ja odpowiem zaskakująco, że ten ruch nas… osłabił.

* Rzeczywiście, zaskoczył mnie Pan.
– Przyszedł do nas zawodnik o bardzo dużym, jak na drugą ligę, nazwisku. Tomek jeszcze w styczniu był w kadrze KPR Legionowo, zespołu z Superligi. Sytuacja tak się potoczyła, że rozwiązał swój kontrakt i postanowił wrócić w rodzinne strony. Wówczas jednak inni zawodnicy zaczęli oglądać się na Tomka w czasie spotkania. Brakowało wzięcia odpowiedzialności na siebie. Wystarczyło oddać piłkę do nowego zawodnika, licząc, że na pewno coś wymyśli. Tomek, owszem, dawał od siebie dużo, ale sam przecież nie był w stanie pociągnąć gry całego zespołu. Poza tym trzeba pamiętać, że w piłce ręcznej niezwykle ważne jest wypracowanie automatyzmu w grze, nauczenia się pewnych zachowań na boisku, a to wymaga czasu. Ten proces wkomponowywania młodszego Fugiela do zespołu nie zakończył się. Cały czas trwa i jeśli Tomek z nami zostanie to myślę, że w przyszłym sezonie pokaże pełnię swoich możliwości.

* Co w tym sezonie zaskoczyło Pana pozytywnie?
– Silnym punktem zespołu byli bramkarze. Karol Drabik przychodził do nas jako uznane nazwisko i były mecze, w których pokazywał swoją klasę. Ale warto pochwalić Rafała Bąka i Wojciecha Wnuka, którzy przy doświadczonym koledze rozwinęli się. Punktem zwrotnym było spotkanie z AZS Politechnika Świętokrzyska Kielce. Wówczas Karola zabrakło w kadrze meczowej z powodów osobistych, a Rafał i Wojtek zagrali naprawdę dobrze. A trzeba pamiętać, że dzięki tamtej wygranej zapewniliśmy sobie miejsce w grupie mistrzowskiej. Obaj nasi wychowankowie uwierzyli, że nie są zmiennikami Karola, a równorzędnymi zawodnikami. Dali radę, choć cały czas będę wymagał od nich jeszcze więcej. Stać ich na to.

* A co po stronie minusów?
– Jeśli chodzi o grę ofensywną to brakowało nam zawodnika z mocnym rzutem, oczywiście do czasu przyjścia Tomka Fugiela. Takim „rzutkiem” był w poprzednim sezonie Piotrek Styk. Obecność takiego zawodnika sprawia, że gra zespołu wygląda zupełnie inaczej. Tu chodzi o nowe warianty w grze pozycyjnej czy współpracę z kołowym. Nie odkryję też Ameryki gdy stwierdzę, że trochę nam brakowało centymetrów i „lewej ręki” na rozegraniu. Pod względem warunków fizycznych prezentowaliśmy się przeciętnie, a zespół żartobliwie określał siebie jako „armię chińską”.Praktycznie wszystkie zespoły przewyższały nas w tym aspekcie. Musieliśmy te swoje niedoskonałości równoważyć i myślę, że skutecznie w inny sposób.

* Oddzielny akapit należałoby poświęcić kibicom.
– Myślę, że akapit to jest za mało. Wielokrotnie już chwaliłem naszych kibiców i tak naprawdę to brakuje mi komplementów, jakich mógłbym jeszcze użyć. Nasi kibice są unikalnym zjawiskiem w skali całej ligi. Tego dopingu zazdroszczą nam wszystkie kluby, a myślę, że na wyższych szczeblach niektórzy też mogliby się od nas uczyć. W kulisowych rozmowach zawodnicy przeciwnych drużyn zazdroszczą nam wsparcia trybun. Świetny klimat wokół zamojskiej piłki ręcznej stał się nawet jednym z argumentów podczas luźnych rozmów z potencjalnymi nowymi zawodnikami. Myślę, że piłkarze ręczni bardzo zwracają na to uwagę.

* Może poda Pan jakieś nazwiska?
– Jeszcze jest na to za wcześnie. Sezon tak na dobrą sprawę jeszcze się nie zakończył. Mogę tylko powiedzieć, że nasz pomysł na drużynę opiera się na wychowankach Padwy, a także zawodnikach, którzy rozwijali się u nas, a potem przeszli do innych klubów. Jeśli chcieć zebrać naszych zawodników rozsianych po klubach Superligi i pierwszej ligi to zbierze się całkiem pokaźna grupka.

* Nie byłoby tłumów w hali OSiR gdyby nie dobra, efektowna gra dla zespołu.
– Oczywiście, że tak. Przecież kibic nie będzie delektował się samym pobytem w hali, ale liczy też na widowisko. A tak się składało, że my byliśmy w stanie dostarczyć widowni wielkie emocje. To są ludzie, którzy uczą się piłki ręcznej i zwyczajnie lubią sport. Wymagają od nas odpowiedniego poziomu sportowego. Gdybyśmy nie byli w stanie sprostać tym oczekiwaniom, to na naszych meczach przychodziłaby garstka ludzi. Rodzina i przyjaciele – to wszystko.

* Dobre mecze rozbudziły apetyty na awans. Docierały do Pana głosy zawodu, że tego awansu w tym sezonie nie będzie?
– Zupełnie nie wiem dlaczego już przed rozpoczęciem ligi zespoły przeciwne zaczęły stawiać nas w roli głównego faworyta do awansu. Z jednej strony taka opinia raduje, bo świadczy o tym, że rywale doceniają naszą pracę ale z drugiej granie z taką łatką nie jest zbyt komfortowe. Jeśli jednak popatrzymy na nasz przypadek chłodnym okiem, to można dojść do wniosku, że na awans było w tym roku za wcześnie. Uważam, że nie byliśmy w tym roku na to gotowi. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy nasza sytuacja kadrowa zmieni się do tego stopnia, że będę mógł mówić, że walczymy o awans.

* Być może uczucie zawodu wzięło się z tego, że niewiele w tym roku zabrakło?
– Raptem kilka punktów. Można sobie pogdybać, ale na wyjazd do AZS UJK Kielce (przegrana 20:23 – red.) pojechaliśmy bez kilku podstawowych zawodników. Przegraliśmy, ale było bardzo blisko. Do tego w trzech meczach doszło do serii rzutów karnych, a w tym przypadku też traci się co najmniej jeden punkt. Gdyby to wszystko zsumować to być może udałoby się zajść wyżej. Zdecydowały szczegóły, a te składają się z drobnostek, pojedynczych zachowań, łutu szczęścia czy niewykorzystanych pojedynczych okazji. Patrzę jednak też na to z innej strony. Być może zabrakło też jeszcze bardziej wytężonej pracy zawodników i mojej na treningach czy większej koncentracji. Każdy z nas powinien też w głębi serca ocenić czy dał z siebie absolutnie wszystko. Nie jest to oczywiście zarzut, a chęć zmobilizowania siebie do wyciągnięcia wniosków w przyszłości.

* Po ciężkim sezonie zawodników i Pana czeka długa laba?
– W żadnym przypadku. Okres roztrenowania potrwa do końca maja, a zespół juniorów będzie trenował pod moim okiem także w czerwcu. W lipcu nie będzie treningów, ale u mnie pojawią się inne zajęcia, oczywiście związane z piłką ręczną. Do zajęć szkoleniowych wrócimy w sierpniu.

* Czyli wniosek z tego, że czasu prawdziwego lenistwa będzie miał Pan niewiele. Czasem nie ten natłok obowiązków nie nuży?
– Niech odpowiedzią na to pytanie będzie fakt, że w tym mija 20 lat, odkąd pracuję jako trener piłki ręcznej w Zamościu. To jest moja pasja i nie mam zamiaru tego w żaden sposób ograniczać.

* Jak to się zaczęło?
– W 1998 roku jako początkujący trener objąłem drużynę dziewcząt w UKS III LO Zamość. Po dwóch latach zameldowaliśmy się w półfinale mistrzostw Polski juniorek. Potem pracowałem z chłopcami. Z rocznikami 1989, 1990 i 1991 osiągnęliśmy finał MP młodzików, a także półfinały w juniorach młodszych i juniorach. Z tej grupy wyróżnił się Jakub Kłoda, który w ostatnim sezonie grał w superligowej Stali Mielec i Paweł Puszkarski, obecnie zawodnik Czuwaju Przemyśl. Z rocznikiem 1998 grę w kategoriach młodzieżowych zakończyliśmy plasując się w najlepszej szesnastce w kraju w wieku juniora. Generalnie za swoje duże osiągnięcie w dotychczasowej pracy uważam doprowadzenie wszystkich zespołów do ostatniego etapu kategorii młodzieżowych i to, że dobra gra każdego z zespołów pozwalała na zajęcie miejsca w czołowej „szesnastce” w Polsce.

* Jakim trenerem Pan jest? Dobrym wujkiem czy surowym kapralem?
– Ewoluuję. Zaczynałem od tej drugiej wersji.

* Butelki latały po szatni?
– I to nie raz. Zbierałem od sędziów kartki różnego koloru. Miałem „przyjaciół” wśród arbitrów, którym już na sam mój widok zapalała się czerwona lampka.

* A jak jest teraz?
– Uspokoiłem się i wydaję się, że idzie to w dobrą stronę. Muszę bardzo głęboko sięgnąć pamięcią, żeby przypomnieć sobie sytuację, w której straciłem nad sobą panowanie. Podobnie jest na odprawach czy pomeczowej analizie. Staram się rzeczowo podejść do sprawy, bez zbędnych emocjonalnych fajerwerków. Wiem, że zawodnicy różnorodnie reagują na bodźce. Do jednego trzeba podejść na spokojnie, inny z kolei zrozumie, gdy się na niego krzyknie lub rzuci wulgaryzmem, a jeszcze inny zrozumie intencje trenera bez słowa. Cały czas się uczę tych zachowań. Generalnie staram się też cały czas rozwijać. Mylę się i często mam wątpliwości czy dobrze zrobiłem, ale sądzę, że to zdrowy objaw.

* A jak się zawodnik Panu sprzeciwi?
– Wszystko zależy od kontekstu sytuacji i użytych słów i argumentów. Jeśli to ma przynieść dobry skutek dla drużyny to jestem w stanie przyjąć do wiadomości słowa krytyki.

* Życie trenera to życie na walizkach. Wyobraża Pan sobie sytuację, w której wyjeżdża Pan z Zamościa i pracuje w innym klubie?
– Każdy – zarówno zawodnik jak i trener – ma swoje marzenia i ambicje. W moim przypadku jedne i drugie związane są z Padwą.

* Proszę powiedzieć, ile czasu spędza Pan na treningach i meczach?
– Rachunek jest prosty. Nigdy nie trenowałem z żadnym zespołem rzadziej niż cztery razy w tygodniu. Do tego dochodzą mecze w weekendy i turnieje. Przez 20 ostatnich lat nie miałem wolnego sierpnia i wolnych ferii zimowych, a przecież jestem nauczycielem i w tych okresach w naszym zawodzie nie przychodzi się do pracy. Wszystko w domu, łącznie z urlopem żony, jest podporządkowane pod mój kalendarz treningowy.

* Żona cierpliwie znosi minusy związane z Pańską nieobecnością?
– Ania jest moim pierwszym kibicem. Zawsze wspierała mnie w tym co robię, wiedziała, że to jest moja pasja i to jest dla mnie ważne. Od kiedy Padwa zaczęła występować w rozgrywkach seniorskich żona nie przepuściła ani jednego meczu w Zamościu. Zrobiła tym na mnie wielkie wrażenie i bardzo to doceniam. Następni są moi rodzice, którzy przychodzą do hali OSiR tak często jak jest to tylko możliwe.

* No ale przecież wiadomo, że nie samą piłką ręczną człowiek żyje. Jeśli relaks to…?
– W kuchni. Bardzo lubię gotować, relaksuję się przy tym. Nie boję się duszenia, pieczenia, nawet proste ciasto przygotuję. Gotowanie dla rodziny sprawia mi wielką radość. W czasie 21-letniego małżeństwa zdążyłem przerobić masę potraw i dań.

* Wszystkie wychodzą?
– Największy problem mam z pizzą. Podchodziłem do tego tematu trzykrotnie, aż w końcu dałem sobie spokój. Za trzecim razem żona i synowie nawet pochwalili mój wypiek, ale sądzę, że podstępnie, żebym się zniechęcał. Skończyło się na tym, że jeżeli pojawia się u nas pizza, to przynosi ją dostawca.

* Czyli kuchnia to Pańskie królestwo?
– Nie tylko. Generalnie nie stronię od zajęć domowych. Mam hopla, choć moi bliscy używają znacznie mocniejszych określeń, na punkcie sprzątania. Lubię, gdy jest porządek, gdy rzeczy są poukładane w kosteczkę.

* Czyli jak przed meczem zawodnicy w szatni zrobią bałagan, to od razu lecą gromy?
– Szatnia to jest ich królestwo i nie wnikam jakie porządki tam panują.

* Dał się Pan poznać znajomym także jako wytrawny grzybiarz.
– O tak! Gdy kończy się sezon grzybowy, to nie mogę doczekać się następnego. To jest mój konik. Myślę, że gdyby ktoś jeszcze zabrał mnie na ryby, to już całkowicie byłbym w domu gościem. Lubię pochodzić sobie po lesie, pomyśleć w samotności. Relaksuję się też na spacerach z pieskiem. O piątej rano.

* Zdecydowana większość ludzi o tej porze relaksuje się w łóżku.
– Ale ja absolutnie się nie przymuszam do tego. Mój zegar biologiczny skonstruowany jest w ten sposób, że nie mam problemów ze wstawaniem wcześnie rano. Jestem typem skowronka – rano aktywny, za to wieczorem jest problem. Gdy czasem chcę obejrzeć jakiś mecz o godz. 21., to muszę walczyć ze sobą, aby dotrwać do końca. Oglądam na siedząco. Gdy się położę, to jest już pozamiatane. Dobrze że my nie gramy w tych godzinach.

* I tak dzień w dzień wychodzi Pan z tym pieskiem?
– Z reguły tak. Gdy na życzenie jednego z moich synów pojawił się w domu czworonóg to ustaliliśmy, że to tata chodzi rano na spacery. Gdybym musiał zmuszać się do wczesnego wstawania to pewnie bym się wykpił. Zmuszanie się do rzeczy, które i tak trzeba robić nie ma sensu. Trzeba to zaakceptować i polubić.

* Pracę też?
– Pracę przede wszystkim. Uważam się za prawdziwego szczęściarza pod tym względem. Odkąd pamiętam chciałem pracować w szkole. Mam wielką satysfakcję ze swojej pracy (Marcin Czerwonka pracuje w III Liceum Ogólnokształcącym w Zamościu – red.), a wiem, że to rzadkie zjawisko. Do tego dochodzi piłka ręczna, której poświęciłem łącznie 30 lat życia. Doceniam to co mam i cieszę się z tego.

* Czy wśród trenerów jest ktoś, kogo mógłby Pan określić mianem wzoru do naśladowania?
– Trudno wzorować się na trenerach, których widzi się w telewizji czy podczas rzadkich wyjazdów na mecze. Wielu moich kolegów, z którymi szkoliłem się na kursach trenerskich, mogli terminować u boku naprawdę doświadczonych szkoleniowców. Ja takiej możliwości nie miałem, ale nie stanowi to dla mnie kłopotu. Teraz pracuję na własny rachunek i opracowałem własną ścieżkę rozwoju. Oczywiście, że często mam wątpliwości ale moim zdaniem dopóki one się będą pojawiać dopóki będę szedł do przodu. Staram się cały czas rozwijać i jako trener naprawdę nie mam żadnych kompleksów.

Rozmawiał Piotr Orzechowski.

Autor: tekst nadesłany
R E K L A M A    B A N N E R   I
Komentarze publikowane poniżej, są elementem bezpłatnej usługi świadczonej na rzecz użytkowników serwisu. Redakcja roztocze.net nie ponosi odpowiedzialności za treść i stylistykę komentarzy. Naruszenia prawa należy zgłaszać na adres redakcji dostępny na stronie KONTAKT. Jednocześnie informujemy że korzystając z naszych stron pozostajesz anonimowy tak długo, aż sam nie zdecydujesz inaczej. Twoje dane osobowe w postaci Adresu IP są zapisywane dopiero wtedy gdy zostawiasz w roztocze.net swój komentarz. PRZECHOWYWANIE DANYCH: Twoje dane osobowe przechowujemy jedynie tak długo, jak jest to rozsądnie uznane za konieczne do realizacji celów, dla którego zostały zgromadzone, lub do zachowania zgodności z obowiązującymi przepisami prawa dotyczącymi raportowania. PRZEKAZANIE DANYCH: Zgodnie z obowiązującym prawem Twoje dane możemy przekazywać podmiotom uprawnionym do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa np. sądy lub organy ścigania – oczywiście tylko gdy wystąpią z żądaniem w oparciu o stosowną podstawę prawną. ZMIANA I USUNIĘCIE DANYCH: Każdy użytkownik ma prawo w każdej chwili do uzyskania informacji o swoich danych, możliwość ich poprawiania (jeśli jest to technicznie możliwe) oraz usunięcia poprzez przesłanie odpowiedniej informacji za pomocą poczty elektronicznej na adres: redakcja@roztocze.net. Roztocze.net zapisuje na Twoim urządzeniu pliki cookie, więcej na ten temat możesz przeczytać na stronie PLIKI COOKIE. Więcej informacji o przetwarzaniu Twoich danych możesz przeczytać na stronie POLITYKA PRYWATNOŚCI
KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
Poniżej uruchomiliśmy nowe narzędzie do komentowania. Proponujemy to rozwiązanie, aby ograniczyć podszywanie się pod użytkowników oraz hejt. Uruchamiamy je na razie w formie testów, ale jeśli spełni oczekiwania zastąpi obecnie dostępne komentarze. Zapraszamy do testowania.

Dodaj komentarz

UWAGA!!! Informujemy że korzystając z naszych stron pozostajesz anonimowy tak długo, aż sam nie zdecydujesz inaczej. Twoje dane osobowe w postaci Adresu IP są zapisywane dopiero wtedy gdy zostawiasz w roztocze.net swój komentarz. PRZECHOWYWANIE DANYCH: Twoje dane osobowe przechowujemy jedynie tak długo, jak jest to rozsądnie uznane za konieczne do realizacji celów, dla którego zostały zgromadzone, lub do zachowania zgodności z obowiązującymi przepisami prawa dotyczącymi raportowania. PRZEKAZANIE DANYCH: Zgodnie z obowiązującym prawem Twoje dane możemy przekazywać podmiotom uprawnionym do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa np. sądy lub organy ścigania – oczywiście tylko gdy wystąpią z żądaniem w oparciu o stosowną podstawę prawną. ZMIANA I USUNIĘCIE DANYCH: Każdy użytkownik ma prawo w każdej chwili do uzyskania informacji o swoich danych, możliwość ich poprawiania (jeśli jest to technicznie możliwe) oraz usunięcia poprzez przesłanie odpowiedniej informacji za pomocą poczty elektronicznej na adres: redakcja@roztocze.net.
KJL
Czy będzie jakiś poczęstunek napojem ...
kibic
A konkretnie Barnor Bright, grywał nawe...
Prezes
Pomocnik z Ghany na testach w Hetmanie...
KL
Byle jakie szybkie żarcie dla motłochu...
Doping
Nie ma i nie będzie (klask, klask), nie...
roman2
Typowy chłop ze wsi maluje pasy a psy ...
stara mapa
moze wg nich Lublin jest na Roztoczu :D...
L
Zamieszczenie informacji o Kongresie Św...
Marek
A możne atrapę prawdziwej zebry, nogam...
Który stopień jest najgroźniejszy pie...
klon
Temat spalarni śmieci też ucichł. Czy...
Parafianka
A poza tym, dlaczego na plakacie jest ż...
Parafianka
Na miłość boską, tylko nie straszcie...
Mirek
"Wg. wpisu" - czy pan Robert Moteka nie ...
Komentarze publikowane powyżej, są elementem bezpłatnej usługi świadczonej na rzecz użytkowników serwisu. Redakcja roztocze.net nie ponosi odpowiedzialności za treść i stylistykę komentarzy. Naruszenia prawa należy zgłaszać na adres redakcji dostępny na stronie KONTAKT
R E K L A M A    B A N N E R    II
R E K L A M A B A N N E R III
Copyright © 2018 Fundacja im. Bernardo Morando. Wszelkie Prawa Zastrzeżone
ARCHIWUM lata 2000-2010 ROCZNIKI 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018
Lokalny Informator Edukacyjny
Lokalny Informator Edukacyjny