|
Ukochany miał wrócić, a nie wrócił. Nie pomogły wróżby, uroki,
figurki. Zakochana kobieta uznała, że skoro tak, to zawiodły umiejętności wróżki
(bo innej możliwości nie ma). Domaga się od „szeptunki” z Lubyczy Królewskiej
zwrotu 20 tys. zł. Wróżka zaklina się, że pieniądze oddała
Mariola (imię zmienione) niechętnie wraca do tej historii. Ale
w końcu zgadza się mówić. Według niej było tak: chciała odzyskać mężczyznę, poza
którym świata nie widzi. Jako, że naturalne metody, jakich zazwyczaj używa płeć
piękna nie skutkowały, postanowiła szukać pomocy u wróżki. Nie byle jakiej. Ale
też trzeba dodać, że sprawa była skomplikowana. Bo ukochany beznadziejnie wpadł
w sidła innej. Zachodzi podejrzenie, że tamta zła kobieta rzuciła na ukochanego
urok lub zleciła to specjaliście. Tak więc pomysł, aby skorzystać z usług z
niezupełnie tego świata, był jak najbardziej słuszny.
Ma to po
babci, uczyłam się od szamanów Mariola cierpliwie studiowała oferty
wszelkiego rodzaju wróżek. Przyłożyła się do tej pracy i w końcu zdecydowała, że
jej szczęściu może dopomóc wróżka z Lubyczy Królewskiej, w branży znana jako
Lilith Black Moon. Istotnie, trudno o lepszy wybór. Na stronie internetowej
www.okulta.com.pl Lilith pisze o sobie tak: „Przychodzę, pomagam spełnić Wasze
życzenia i znikam tak samo niespodziewanie jak się pojawiłam. Tak jak bajkowa
znachorka, czarownica. Po kontakcie ze mną będziecie mieli świadomość, że
jeszcze dziś istnieją prawdziwe szeptunki i opowiecie ze zdumieniem o mnie
innym. Możecie mówić na mnie wiedźma”. I dodaje, że czerpie z doświadczeń
babki, która była „szeptunką”. Na wspomnianej stronie został zmieszczony
wywiad z Lilith, opatrzony tytułem „Ta która rozmawia z duchami”. Tekst pochodzi
z portalu: uroda-wdziek.pl. Autor tak przedstawia Lilith: „Jest jedną z
najpopularniejszych wróżek w Polsce i nie tylko. Prowadzi również doradztwo w
krajach Unii Europejskiej oraz USA. Najmłodsza z wróżek, która w szybkim czasie
zyskała popularność dzięki wysokiej sprawdzalności jej przepowiedni.
Kontrowersyjną rzeczą jest fakt, że także wysoką sprawdzalność mają jej rytuały,
zaś swoją wiedzę przywiozła z Ameryki Południowej, gdzie przez pół roku
przebywała u jednego z plemion szamanów kanaima”. Lilith wróży z kart
tarota, odczynia uroki, potrafi zaradzić w sprawach miłosnych, przepowiada
przyszłość. Oferuje m.in.: rytuał finansowy (wiadomo, żeby się wiodło), uroki
miłosne. Jej usługi nie są tanie, ale to nie dziwi. Za wróżbę „z dokładnością co
do dnia” (na dni 10) trzeba zapłacić 100 zł, wróżba na rok, na podstawie kart
tarota kosztuje 200 zł, wróżba poprzez komunikator Skype – 250 zł. Droższe
są rytuały. Klątwa kosztuje 600 zł, rozdzielenie dusz (również w przypadku
zmarłej osoby) – 600 zł. Rytuał przyciągający miłość (na konkretną osobę)
kosztuje 600 zł. Z kolei za seans spirytystyczny trzeba zapłacić 5 tys. zł
(maksymalna liczba osób przebywających w pomieszczeniu: 10). Lilith
sprzedaje amulety. Na przykład talizman przyciągający miłość wyceniła na 500 zł,
a torbę mojo – tylko dla kobiet – zapewniającą kontrolę nad mężczyzną 800 zł.
Nie ma natomiast ustalonego cennika, jeśli Lilith zleci się szukanie
zaginionych osób i rzeczy. W tym przypadku klient płaci „co łaska”.
Przed sądem Mariola wspomina, że gdy zwróciła się o
pomoc do Lilith (a działo się to jeszcze w 2008 roku), była na skraju załamania
nerwowego. – Tonący brzytwy się chwyta – mówi Mariola. Twierdzi, że
wróżka z Lubyczy ją wykorzystała. Ukochany miał do niej wrócić po upływie 1,5
miesiąca, a do dzisiaj nie zapukał do drzwi. Nie pomogły odczyniane przez
Lilith uroki. Mariola twierdzi, że na konto Lilith wpłaciła ok. 20 tys. zł.
Wyznaje, że gdy zorientowała się, iż – jak podkreśla – została oszukana,
postanowiła upomnieć się o zwrot pieniędzy. Mało tego, w Internecie na forach
wyczytała, że takich osób jak ona jest więcej. Dzieliły się opiniami o Lilith
(sprawdziliśmy, są też pochlebne – przyp. red.). Chciała je nakłonić do
wystąpienia przeciwko Lilith z pozwem zbiorowym, ale nie znalazła chętnych.
Szeptunką z Lubyczy zainteresowała się redakcja tygodnika „Fakty i
Mity”. Powstał tekst pt. „Siostra Lucyfera”. Przytoczono m.in. niepochlebne
opinie na temat Lilith. Reportaż telewizyjny o wróżce postanowił zrealizować
Leszek Ciechoński. Wybrał się do Lubyczy z asystentką, która podawała się za
kobietę potrzebującą pomocy w odzyskaniu ukochanego. Pojechała też z nimi
Mariola. Ciechoński mówi, że sfilmował rytuały odprawiane przez Lilith (wróżka
utrzymuje, że rytuału nie było, posługiwała się tylko kartami, co zostało
nagrane), później przyznał się, że jest dziennikarzem, usiłował z wróżką
porozmawiać, ale się nie udało. To za sprawą ostrej reakcji Marioli, której
nerwy puściły, weszła do mieszkania Lilith i żądała oddania pieniędzy. Wróżka
wezwała policję. Zawiadomiła prokuraturę, wniosła pozew do sądu. Oskarżała m.in.
o naruszenie miru domowego, ale pomyślnego dla Lilith rezultatu tych sądowych
potyczek brak. Lilith pozwała też „Fakty i Mity”. I w tym przypadku nie odniosła
sukcesu. Oficjalnie, autorką tekstu o Lilith była niejaka Anna Tarczyńska.
Tylko, że w czasie procesu Lilith dowiedziała się, iż to tylko pseudonim.
Natomiast z publikacji w „Rzeczpospolitej” wynika, że tym pseudonimem posługuje
się Grzegorz Piotrowski, „zabójca księdza Popiełuszki”. W „Faktach i Mitach”
związkom gazety z Piotrowskim zaprzeczają. – Taki człowiek u nas nie
pracuje. Wydaliśmy oświadczenie w tej sprawie – mówi Adam Cioch, zastępca
redaktora naczelnego „Faktów i Mitów”. Lilith usłyszała w sądzie, że powinna
pozwać Annę Tarczyńską. Czyli kogo, skoro ktoś taki nie istnieje?
Spodziewanych skutków (odszkodowanie lub choćby przeprosiny) nie przyniósł
również proces, jaki wróżka wytoczyła jednemu z tygodników regionalnych. Sąd
uznał, że publikacja nie przyniosła wróżce ujmy.
Klientka jakaś
podejrzana Lilith przyznaje, że wobec zarzutów, jakie stawia jej
była klientka jest bezsilna i sama już nie wie, co w tej sytuacji począć. Końca
męki nie widzi, nie ma pojęcia co przyniesie przyszłość. Tym bardziej, że pod
koniec ub. roku warszawski sąd przyznał Marioli odszkodowanie (20 tys. zł).
Lilith: - Odwołałam się od tego wyroku. Pieniądze oddałam wcześniej (13 tys.
zł). Ale ona nie powiedziała o tym w sądzie. Dlaczego Lilith dobrowolnie
miała zwrócić pieniądze? Jak tłumaczy, powód tego jest bardzo prosty. Gdy
zorientowała się, że Mariola jak szalona zamawia świadczone przez wróżkę usługi
(uroki itp.), przelewa pieniądze, zapaliło jej się w głowie ostrzegawcze
światełko. Bo wiele już widziała, ale żeby w takim tempie płacić aż tyle? Lilith
pojęła, że ma do czynienia z osobą nie w pełni myślącą racjonalnie. Lilith
opowiada, jak to z czystej ludzkiej życzliwości próbowała Marioli pomóc. Lilith
i były partner Marioli, mieli opłacić jej wycieczkę do Włoch. Według Lilith,
Mariola, owszem we Włoszech wypoczęła, ale po powrocie zaatakowała (ofiarami
byli były partner Marioli oraz Lilith; Mariola miała kierować pod ich adresem
nawet groźby, ukochanego nachodziła). Ze zdwojoną siłą. Lilith jest pewna,
że prędzej czy później sąd przyzna jej rację. Mariola cieszy się sądowym
wyrokiem i czeka na skutek, jaki powinny przynieść działania komornika. A
twierdzeniom, jakoby na koszt Lilith i swojego byłego ukochanego pojechała
regenerować siły w słonecznej Italii, zaprzecza. Tak samo jak i innym
informacjom, jakie rozpowszechnia Lilith. Z tych wynika, że Mariola zajęła się
wróżeniem, bo najwidoczniej uznała, że to dobry sposób na życie.
Z wróżką trzeba delikatnie Wydawać by się mogło, że
jak na specjalistkę od wróżb, odczyniania i rzucania uroków przystało, Lilith
powinna sięgnąć do arsenału swoich umiejętności i pozbyć się kłopotów, np.
miotając klątwy. Dlaczego tego nie czyni? – Niech pan będzie poważny –
wzdycha Lilith. W ogromnym błędzie byłby jednak ten, kto chciałby wróżkę
lekceważyć. Leszek Ciechoński opowiada, jak wracał z Lubyczy Królewskiej.
Jechał samochodem. Został zatrzymany przez policję. Zapłacił mandat (kilkaset
złotych). Podszedł do sprawy spokojnie, pomyślał, że to tylko pech. Owszem,
zrealizował reportaż, tylko że ten nie został nigdy wyemitowany w TVP. Kto
chce wierzyć, niech wierzy, a kto nie wierzy, niech weźmie ten reportażowy
przypadek pod rozwagę. Dla wielu będzie to znak (i całkiem słusznie), że wróżka
z Lubyczy Królewskiej jednak całkiem mocy nie straciła. Nawet jak klątw nie
rzuca, osobom jej niezbyt przyjaznym, przytrafiają się rzeczy raczej mało
przyjemne.
Żadna z niej diablica Lilith – w
tradycji hebrajskiej to imię nałożnicy samego Lucyfera. Ale są też
interpretacje, według których miała to być prawdziwa pierwsza żona Adama. Nie za
bardzo im się układało, ale i tak zdołali spłodzić przynajmniej kilka (niektórzy
liczą w setkach, a nawet tysiącach) stworzeń, raczej nieszczególnie ciekawych.
Lilith zdecydowanie kojarzona jest jako postać demoniczna. W twórczości I.B.
Singera sama występuje jako bezecnica, a jeśli nie – to z pewnością takie są jej
dzieci (dokładnie nie wiadomo, które z nich to pokłosie permanentnej chuci,
jakiej oddawała się z Lucyferem, ale nie tylko). Z tego powodu Lilith z
Lubyczy kojarzona jest z mocami piekielnymi, a w wymiarze doczesnym z Zakonem
Lucyfera. Wróżka z Lubyczy zaprzecza, jakoby te związki miały być w jakiś sposób
sformalizowane. Choć o środowisku Zakonu Lucyfera wie. Imię przybrała, ze
względu na pewne ciało astralne (podobno tylko wirtualne), ale za to owiane
całkiem przyzwoitą, ze względów ezoterycznych, legendą.
* Ze strachu
przed klątwą autor artykułu uznał, że lepiej swojego nazwiska nie ujawniać.
R E K L A M A
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|