|
Podobno nie ma ludzi niezastąpionych. My takiego znamy. To Piotr
Łachno, kierownik schroniska dla bezdomnych psów. Nie powinien korzystać z
urlopów ani chorować, bo wtedy w Zamościu nie ma nikogo, kto mógłby się zająć
wyłapywaniem bezdomnych zwierzaków
Od 1 stycznia każdy obywatel
ma obowiązek powiadamiania najbliższego schroniska, straży gminnej lub policji o
porzuconych psach lub kotach (jeśli oczywiście będzie przestrzegał zapisów
znowelizowanej niedawno Ustawy o Ochronie Zwierząt). Pani Anna z Zamościa
jest praworządną obywatelką, ale przede wszystkim ma dobre serce. 11 lutego ok.
godz. 16 zauważyła błąkającą się po ul. Sikorskiego suczkę wilczura. – Była
sama, wyraźnie zagubiona, skomlała. Próbowałam się skontaktować z kierownikiem
schroniska, ale telefon nie odpowiadał. Zadzwoniłam na policję. Dyżurny przyjął
zgłoszenie. Potraktował sprawę poważnie. Rzetelnie zebrał informacje, odczułam,
że wie, co robi – opowiada Anna.
Jako że było bardzo zimno (ok. – 20 st.
C), a suka wyglądała na przemarzniętą, kobieta i jej mąż postanowili psinę
złapać i zabrać do domu. Założyli jej obrożę ze smyczą i zaprowadzili do swojego
mieszkania. Swojego psa zamknęli w pokoju, znajdzie zrobili legowisko w
przedpokoju. Czekali na wiadomość od oficera dyżurnego. – Wkrótce zadzwonił.
Poinformował nas, że nie ma kto przyjechać po suczkę, bo nie ma pana, który
zajmuje się odławianiem psów. Schronisko nie posiada żadnego pojazdu. Nikt nie
może przyjechać po zwierzę. Zapytał, czy na razie nie moglibyśmy się nią zająć.
Zdecydowaliśmy się sami zawieźć ją do schroniska. Baliśmy się, jak zniesie
podróż, ale była spokojna – opowiada kobieta.
Na pewno ktoś
przyjedzie Zgodnie z Ustawą o Ochronie Zwierząt, rady gmin mają
obowiązek co roku uchwalać program opieki nad bezdomnymi zwierzętami, a co za
tym idzie, rozwiązać też problem odławiania takich zwierząt. W Zamościu
wspomnianego programu jeszcze nie ma, ale jak zapewnia Roman Kozak, dyrektor
wydziału gospodarki komunalnej i ochrony środowiska w UM , będzie gotowy do
końca marca.
Nie znaczy to, że miasto Zamość ze swoich obowiązków się
nie wywiązuje. Zadania dotyczące zapewnienia opieki bezdomnym zwierzętom
powierzyło Ogrodowi Zoologicznemu w Zamościu, który nadzoruje Schronisko dla
Bezdomnych Psów. – Jeśli ktoś zauważy błąkającego się psa, powinien
powiadomić o tym Straż Miejską bądź policję. Te służby będą widziały, co z tym
zwierzęciem zrobić. Można też bezpośrednio skontaktować się ze schroniskiem.
Wtedy przyjedzie odpowiednia osoba, odłowi i zabierze psa. Może nie przyjedzie
natychmiast, bo to nie jest pogotowie, ale w ciągu godziny, czy jakiegoś
niedługiego czasu na pewno ktoś przyjedzie – przekonuje dyrektor Roman Kozak.
Człowiek niezastąpiony Odławianiem zwierząt i
usuwaniem padliny na terenie Zamościa zajmuje się tylko jeden człowiek – Piotr
Łachno, kierownik schroniska. Wykorzystuje do tych celów własny samochód. Często
pracuje po godzinach i w weekendy. Otrzymuje za to dodatek do pensji – 450 zł.
– Nie znam drugiej osoby, która zgodziłaby się pracować za taką stawkę.
Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby miasto wyłapywanie bezdomnych psów i usuwanie
padliny zleciło kilku różnym firmom. Tylko że kosztowałoby to znacznie drożej.
Za złapanie psa trzeba byłoby zapłacić ok. 100 - 120 zł – tłumaczy Grzegorz
Garbuz, dyrektor Ogrodu Zoologicznego w Zamościu.
Ale kto będzie
wyłapywał psy, jeśli Piotr Łachno np. zachoruje, albo wybierze się na urlop?
– Żadne schronisko nie zajmuje się odławianiem bezdomnych psów przez 24
godziny na dobę. Nie ma takiej konieczności. Bezdomne psy przywykły do tego, że
muszą sobie radzić w trudnych warunkach. Natychmiastowej interwencji trzeba w
sytuacji, gdy np. psa potrąci samochód. Ale wtedy zajmie się nim lekarz
weterynarii, z którym mamy podpisaną umowę – wyjaśnia Grzegorz Garbuz.
Inaczej widzi to Marta Pfeifer, zamojska radna i działaczka na rzecz ochrony
zwierząt. – Artykuł 6 ustawy o ochronie zwierząt zabrania wystawiania
zwierząt domowych i gospodarskich na działanie warunków atmosferycznych,
szkodliwych dla ich życia lub zdrowia. Jak można zza biurka stwierdzić, że
jakieś zwierzę jest bezdomne i przystosowane do trudnych warunków, skąd można
wiedzieć, czy nie jest ono ofiarą wypadku. To, że nie jest pokrwawione, nie
znaczy, że nie ma obrażeń wewnętrznych. Nie powinno być tak, że odławianiem
zwierząt zajmuje się tylko jeden człowiek. Każdy ma prawo do urlopu i bycia z
rodziną – mówi Marta Pfeifer.
R E K L A M A
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|