|
Pani Lucyna z wioski pod Zamościem nigdy nie przypuszczała, że kiedy wyśle paczkę pocztową, stanie się przestępcą. Przesyłka adresowana była do córki w Japonii i nie była bynajmniej wypełniona bronią lub narkotykami. – A broń mnie Panie Boże! – oburza się kobieta. – Zwykłe skrzypki, rupiecie z urwanymi strunami tam były
Służby państwowe 73-letnią panią Lucyną zainteresowały się w ubiegłym roku. Dokładnie dwadzieścia minut po godzinie pierwszej w nocy, 13 marca, w piątek.
- I jak tu nie wierzyć w przesądy – kręci głową kobieta.
Właśnie wtedy funkcjonariusze Urzędu Celnego w oddziale pocztowym w Warszawie rozpoczęli rewizję paczki, którą pani Lucyna wysłała z Zamościa. Paczka adresowana była do jej córki, która od kilkunastu lat mieszka w Japonii.
Celnicy wyjęli z paczki słodycze (to dla dwóch wnuków - samurajów, jak ich nazywa pani Lucyna) i kilkanaście paczek polskich przypraw, głównie pieprzu i majeranku (dla córki, aby nie zapomniała smaku domowej kuchni). Z pudełka o wadze 2 kilogramy i 80 gramów wyciągnęli też dwie sztuki starych skrzypiec z urwanymi strunami. Pani Lucyna nie kryła zresztą, co jest w środku przesyłki. Wyraźnie, drukowanymi literami, na wierzchu paczki napisała: instrumenty muzyczne. Ich wartość określiła na 2 tys. zł.
- Takie tam rupiecie z urwanymi strunami. Córka jest skrzypaczką, zięć wiolonczelistą, a na dodatek złotą rączką. Naprawiłby skrzypki i wnuki miałyby na czym grać – mówi pani Lucyna.
To właśnie te skrzypce postawiły na nogi sztab ludzi, a ją samą doprowadziły przed oblicze prokuratora.
Copy of Stradivarius
Celnicy we wnętrzu jednego instrumentu odkryli bowiem papierową nalepkę: „Jul. Heninr. Zimmermann. Leipzig. ST. Peretersburg. Moskau. No 40.26”. We wnętrzu drugich skrzypiec była nalepka: „Copy of Antonius Stradivarius. Made in Germany. Meinel und Herold Musikinstrumentenfabrik Klingenthal”. Nabrali podejrzeń, że właśnie drogą pocztową wywożone za granicę zostają dobra narodowe. Koordynator do spraw ochrony zabytków urzędu pocztowego nakazał zabezpieczyć instrumenty, celem podania ich szczegółowym badaniom. Powołano trzyosobowy zespół biegłych, w którym znalazł się ekspert Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zespół zawyrokował,
że instrumenty to zabytki. Może nie pierwszej klasy, ale jednak. Pierwsze
skrzypce (z nalepką Jul. Heninr. Zimmermann. Leipzig. ST. Peretersburg) według
ich oceny pochodzą z Niemiec i powstały pod koniec XIX wieku lub na początku XX
wieku. Drugie także wyprodukowano w Niemczech, lecz nieco później.
Prawdopodobnie w drugim ćwierćwieczu XX wieku, czyli najprawdopodobniej w
okresie międzywojennym.
„Obiekty są zabytkami ruchomymi. Zgodnie z przepisami ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami wymagają uzyskania pozwolenia na wywóz właściwego wojewódzkiego konserwatora zabytków albo Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego” - napisali eksperci.
Funkcjonariusze celni o sprawie
powiadomili policję, bo wywóz zabytków poza granice kraju to przestępstwo.
Pani Lucyna o trwającym postępowaniu jeszcze nic nie widziała. Czekała na telefon od córki i podziękowania za przesłanie instrumentów i oczywiście przypraw. Córka zadzwoniła po dwóch - trzech tygodniach. Zamiast dziękować mamie za zaangażowanie zapytała: „Mamo, gdzie te skrzypki?”.
Pani Lucyna, choć z własnego doświadczenia życiowego wiedziała, że nasz narodowy operator pocztowy z terminowością dostaw jest na bakier, to jednak wielotygodniową zwłoką sama była zdziwiona. Postanowiła sprawdzić w zamojskim urzędzie pocztowym, jak się rzeczy mają. I ewentualnie zareklamować usługę.
- Na poczcie początkowo nie za bardzo byli zorientowani, co się dzieje z moją przesyłką. Dopiero później powiedzieli, że skrzypce zatrzymano w urzędzie celnym w Warszawie. Kazali mi czekać. Przyprawy i słodycze na szczęcie puścili wolno – relacjonuje pani Lucyna.
Te skrzypeczki rzecz nabyta
Pani Lucyna zna się na nutach. I prostą melodię na skrzypkach potrafi zagrać. Mimo swoich 73 lat działa w miejscowym chórze. Wychowała się przecież na muzyce orkiestry włościańskiej Namysłowskich, której trzon tworzyli chłopi z okolicznych wsi. Umiłowanie do muzyki wpajała też od najmłodszych lat córce. Posłała ją do „Namysłowiaków”. Potem do państwowej szkoły muzycznej w Lublinie, a następnie na studia muzyczne do Poznania. Grosza na jej edukację muzyczną nie żałowała. Kiedy córka studiowała, przyjechała do Poznania ekipa japońskiej telewizji. Szukali talentów. Córka znalazła się w gronie tych, którym zaproponowano wyjazd do Japonii i kontynuowanie tam nauki.
- Ona, smarkula powiedziała, że nie ma nic do
stracenia. Po dwóch latach zdała egzamin i została tam na stałe. Poznała
Japończyka, wiolonczelistę. Wyszła za mąż. Mają dwóch chłopaków. To moi
wnuczkowie, takie małe samuraje – pani Lucyna w wielkim skrócie relacjonuje
karierę córki.
Sama córka pani Lucyny, kiedy tylko
dowiedziała się o powodach zatrzymania skrzypiec, napisała do Urzędu Celnego w
Warszawie list. Nie kryła, że jest oburzona sytuacją. Wyjaśniała, że dla niej
jako skrzypaczki - zawodowego muzyka - skrzypce są nie tylko narzędziem pracy,
ale także wielką pasją. W dalszej części listu szczegółowo wyjaśniała, w jaki
sposób weszła w posiadanie „zaaresztowanych” instrumentów.
Otóż, dwie pary skrzypiec kupiła na internetowej aukcji
Allegro. Było to na przełomie lutego i marca. Według jej oceny, pierwszy
instrument jest kopią stradivariusa, wykonaną w niemieckiej fabryce instrumentów
muzycznych Heinel & Herold. Zapłaciła za nie 610 zł. Drugi instrument też
jest kopią, zrobioną fabrycznie w jednej z wielu manufaktur noszących imię
Juliusa Heninricha Zimmermanna, znanego rosyjskiego lutnika. Ten instrument
zakupiła za 1 190 zł.
„Domyślałam się, że powodem
zatrzymania tych instrumentów jest podejrzenie o ich wyjątkowej wartości, jako
okazów muzealnych czy wręcz bezcennych dóbr kultury narodowej. Moim zadaniem nie
przedstawiają one wartości muzealnej czy zabytkowej. Jedynie kolekcjonerską bądź
sentymentalną. Już sama cena skrzypiec budzi wątpliwości, co do ich znacznej
wartości...” - argumentowała w liście wysłanym z Japonii.
W korespondencji przyznała, że ponoć zdarzają się historie
zupełnie nieświadomych właścicieli posiadających rzekomo prawdziwe perły sztuki,
wykonane przez historycznych mistrzów. Ona jednak podaje w wątpliwość
prawdziwość takich sytuacji. W każdym razie, w swojej przeszło 20-letniej
karierze zawodowego muzyka nie spotkała się ze zdarzeniem tego typu. Znając
bowiem takie historie, każdy sprzedający na internetowej aukcji przed
wystawieniem posiadanych instrumentów niewątpliwie zdobywa wiedzę z
profesjonalnego źródła na temat ich rzeczywistej wartości.
„Nikt przy zdrowych zmysłach nie sprzedawałby bezcennych
okazów poniżej ich wartości. A porównywanie ze sobą oryginału i kopii na
jakimkolwiek poziomie byłoby wręcz obrazą dla tego pierwszego. Nie mam tutaj
wątpliwości, iż zatrzymane oba instrumenty nie są oryginałami własnoręcznie
wykonanymi przez uznanej klasy lutników, a jedynie kopiami ustalonymi według
wzoru, wykonanymi przez robotników fabrycznych i powielanymi w tysiącach
egzemplarzy” – wyłuszczyła to, co leżało jej na sercu.
Zdeklarowała jednocześnie pomoc, aby organy państwowe mogły wyjaśnić nieporozumienie. Zobowiązała się dopełnić wszystkich formalności, jeśli ze swojej niewiedzy nie zrobiła tego do tej pory. Na poparcie legalności zakupu dołączyła wydruki z internetowej aukcji, wraz ze zdjęciami rzeczonych skrzypiec oraz ich ceną. Podpięła również korespondencję mailową ze sprzedającymi.
Alle gro
Policja poprosiła właścicieli Allegro o udostępnienie
danych osób wskazanych przez córkę pani Lucyny. Osoby te zostały przesłuchane.
Pierwszy z mężczyzn, obywatel Gdyni, nie krył zdziwienia, że jego skromną osobą
interesują się stróże prawa. Wyjaśniał, że skrzypce niegdyś należały do jego
matki. On nie ma drygu do muzyki, więc postanowił je sprzedać.
Drugi z mężczyzn, mieszkaniec Śląska stwierdził, że „słoń
nadepnął mu na ucho”, więc na graniu się nie zna. Zna się natomiast na robieniu
biznesu w Internecie, czyli wyszukaniu na portalu takim jak Allegro okazji
handlowych. Skrzypce kupił kilka tygodni wcześniej, bo uznał, że są w okazyjnej
cenie. Potem wystawił je na sprzedaż, dokładając kilkaset złotych swojego
narzutu. Ze sprzedażą nie miał problemu.
Policjanci przesłuchali też samą panią Lucynę.
- A skąd ja miałam wiedzieć, czy te skrzypki mają 50 czy 80 lat? Wiedziałam, że to nie żadne stradivariusy, bo tych sprzedano w świecie zaledwie sześć. Dlaczego akurat mnie, babinie ze wsi, miało przydarzyć się takie szczęście – mówi pani Lucyna. Wyjaśnia, że na Internecie się nie zna. Całą transakcję załatwiała córka. Ona miała tylko za skrzypce zapłacić, przepakować z dwóch przesyłek w jedną i odesłać do Japonii.
- Pytali policjanci, dlaczego córka
sama tych skrzypiec nie kupiła. A po co wciągać ludzi, gdzie córka mieszka? Może
nie chcieliby sprzedawać skrzypiec gdyby wiedzieli, że muszą wysłać je do
Japonii. I chciałam jeszcze dorzucić do tej paczki tych słodyczy i przypraw –
mówi kobieta.
Prokurator postawił pani Lucynie zarzut, że „13 marca 2009 r. usiłowała wywieźć za granicę bez pozwolenia właściwego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków lub Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego zabytki w postaci dwóch sztuk skrzypiec w ten sposób, że wysłała je do mieszkającej w Japonii (tu imię i nazwisko) w przesyłce, którą nadała w Urzędzie Pocztowym w Zamościu, lecz dokonanie nie nastąpiło z uwagi na ujawnienie skrzypiec podczas rewizji celnej i zatrzymanie przesyłki”. Czyli dopuściła się naruszenia przepisów ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Przestępstwo poważne. Można trafić za kratki nawet na pięć lat.
- Stara baba jestem. Przepisów nie znam. Gdybym wiedziała,
że trzeba dopełnić jakichś formalności, to bym dopełniła. Jak mi Bóg miły. Nie
ukrywałam, co i gdzie wysyłałam. Skąd miałam wiedzieć, że trzeba uzyskiwać
jakieś zgody. Na poczcie powinni mi o tym powiedzieć – mówi kobieta.
Anna Górska, kierownik do spraw kontroli Centrum Pocztowego Oddziału Regionalnego w Zamościu, ul. Kościuszki (tu wysłano przesyłkę), przypadkiem pani Lucyny jest zaskoczona. Tłumaczy jednak, że z wewnętrznych przepisów wynika, iż do Japonii nie można wysyłać jedynie mięsa i produktów mięsnych. I tego pilnują jej pracownicy.
- O instrumentach nie ma ani słowa. Jeśli chodzi o inne ograniczenia, klient musi być sam zorientowany co można, a czego nie można wysyłać - mówi Anna Górska. Deklaruje, że sprawą zainteresuje kierownictwo Poczty Polskiej, aby uczuliło pracowników przy okienkach, by zwracali uwagę także na dobra narodowe typu instrumenty, obrazy, książki, gdy klienci chcą je wysłać pocztą za granicę.
Grzywna do zapłaty,
skrzypce do zwrotu
Sąd Rejonowy w Zamościu, który rozpoznawał sprawę, ze zrozumieniem starał się podejść do sytuacji, w jakiej znalazła się starsza kobieta. Zmienił kwalifikację czynu z winy umyślnej na nieumyślną (maksymalna kara więzienia do dwóch lat). Umorzyć sprawy – jak uzasadnił - z przyczyn proceduralnych nie mógł. Skazać musiał. Nie chciał zasądzać kary ograniczenia wolności, bo nie godzi się, aby w wieku 73 lat kobieta „ganiała” z miotłą po ulicach. Wybrał grzywnę – 600 zł. Odstąpił od zasądzenia nawiązki na cel społeczny, związany z ochroną zabytków. Zwrócił skrzypce.
- Czekam na nie do tej pory, bo w tym
tygod-niu minie rok, jak siedzą w areszcie – mówi kobieta, która na stare lata
została przestępcą.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|