|
Powstańcy z oddziału majora Żalpłachty-Zapałowicza dotarli do Tyszowiec w nocy, 17 maja 1863 r. Witano ich serdecznie. Z procesją, księdzem i chorągwiami. Wśród powstańców była kobieta - Lucyna Skrzyńska - 19-letnia blondynka o ujmującym spojrzeniu
W połowie maja 1863 r. z Galicji na Zamojszczyznę wkroczył oddział powstańców, którym dowodził 29-letni major, Jan Żalpłachta pseudonim „Zapałowicz”. Ten młody jeszcze człowiek, w armii austriackiej dorobił się stopnia porucznika artylerii. Kiedy wybuchło powstanie styczniowe, wystąpił z wojska i zaciągnął się do oddziału Leona Czechowskiego. Służył u niego w stopniu majora, jako dowódca batalionu. Po klęsce Czechowskiego w bitwie pod Ciosmami, Żalpłachta dotarł w Biłgorajskie, gdzie sformował własny, około 300-osobowy oddział ochotników. W okolicach Krasnobrodu przyłączyła się do niego licząca około 300 zbrojnych kompania Jana Czerwińskiego. Dołączyła także grupa kosynierów, prowadzona przez sołtysa z Godziszewa - Pawła Paradę, a w okolicach Dzierążni 140-osobowy oddział podolaków Leszka Wiśniewskiego. W sumie, pod komendą mjr. Żalpłachty- Zapałowicza było około 1 000 zbrojnych powstańców. Po kilkudniowym marszu dotarli oni nocą, 17 maja do Tyszowiec, małego miasteczka nad Huczwą. Tak oto w swoich wspomnieniach zdarzenie to odnotował Feliks Riedel, wówczas 13-letni uczeń szkoły powszechnej, który porzucił rodzinny dom i przyłączył się do powstańców:
„Jest to miasteczko małe,
troszkę na wzgórku nad małą rzeczką, lecz ma mieszkańców swych bardzo zacnych i
wielkich, prawych Polaków. O jakąś ćwierć mili od miasta, wyszło nam całe miasto
naprzeciw z chorągwiami, a księża na przedzie ze święconą wodą. Gdy cały obóz
szedł się do kupy, pobłogosławił nas pokropiwszy święconą wodą z radością w
miasto wprowadzili.
Na rynku na cztery części
wojsko się rozeszło i poskładawszy w kozły broń wzięło się do pokarmu, który nam
mieszkańcy pod dostatkiem przygotowali. Brzmią mi do dziś dnia te słowa ich
powtarzane: „ Bogu dzięki, żeście panowie już raz przecież do nas przyszli, boć
my od kilku miesięcy z upragnieniem wyglądaliśmy was”. Po porządnym obiedzie
nasza kompania miała pozwolony spoczynek, wolno było na pół spać jednym okiem,
gdyż za daniem znaku wszystko już miało stać w porządku. Podczas tego dowódca
poszedł z kilkoma rekrutować w mieście, lecz cóż było rekrutować, kiedy tu każdy
szedł dobrowolnie, bo co to za powstaniec przemocą wzięty. Inni zaś z naszych
poszli do pobliskich stawów się kąpać”.
Riedel wspomina dalej, że gdy wojacy kąpali się w stawie, na przedmieścia Tyszowiec dotarł zagon Kozaków. Spowodowało to pospieszny wymarsz z miasta. Wkrótce okazało się, że Kozacy to szpica wojsk rosyjskich, wysłanych przeciw powstańcom z twierdzy zamojskiej. Oto dalsza część wspomnień młodocianego powstańca:
„Ci, co przybiegli już z kąpieli zaraz oznajmili
Zapałowiczowi, jak się rzecz ma. On bynajmniej nie trwożąc kazał nam na drogę
porozdawać po 2 bułki. Żydzi i Żydówki biegali pomiędzy szeregami z gorącymi
bułkami. Przyjął Zapałowicz do obozu syna burmistrza, za co się nieszczęśliwy
miał z pyszna, gdy Moskale do miasta przyszli - wspomina Riedel.
Powstańcy spiesznie opuszczali Tyszowce (oprócz żywności, tyszowianie wyekwipowali ich na drogę litrami słodkiej wódki - miętówki). Kierowali się ku lasom turkowickim, atakowani i ostrzeliwani co jakiś czas przez Kozaków. Marsz po odsłoniętych błoniach nie obył się bez strat. Zginęło 4 powstańców, 11 zostało rannych.
Bij w imię Boga
O
świcie, 18 maja rozpoczął się bój. Moskale pod dowództwem pułkowników Grzegorza
Emanowa i Emila Szelkinga podciągnęli pod Tyszowce działa i rozpoczęli ostrzał
lasu. Na szczęście niecelny. Potem nastąpiło natarcie. Bój był krwawy. Powstańcy
kilkakrotnie odpierali szturm. W decydujący momencie do walki wkroczyli
kosynierzy, prowadzeni przez starego Żmudzina, majora Władysława (uczestnika
powstania listopadowego, węgierskiego oraz walk niepodległościowych we
Włoszech). Uderzenie kosynierów było śmiałe i brawurowe. Załamało natarcie
wrogów. Rosjanie wycofali się ze stratami. Strzelanina trwała jeszcze o zmroku.
Ten bój powstańcy wygrali. Zdobyli trzy armaty, które jednak zniszczyli z powodu
braku amunicji. Przydały się za to 173 zdobyczne karabiny. Straty Rosjan
wynosiły około 60 ludzi, straty powstańców 17 zabitych i 25 rannych. Wśród
zabitych był osławiony i powszechnie lubiany major Władysław, który do
powstańczej kompanii wstąpił z trzema synami i siedmioma wnukami. Rannych, przy
blasku świec, opatrywali lekarze Stanisław Czerkawski i Juwenal Niewiadomski.
Odpoczynek powstańców nie trwał długo. Dowódcy
spodziewając się dalszych ataków zarządzili wymarsz. 19 maja stanęli pod
Tuczapami, na wzgórzu między Mołożowem, Starą Wsią i Miętkiem. Tu rozegrał się
następny etap bitwy. Moskale po godzinnym ostrzale ruszyli z atakiem. Szala
zwycięstwa przechylała się raz na jedną, raz na drugą stronę. Lasu opanowanego
przez powstańców broniły wszystkie formacje: kawalerzyści, strzelcy, rośli
gwardziści, kosynierzy i ledwie obyta z bronią młodzież zwana ptasznikami, która
raziła wroga z broni myśliwskiej. Momentami walczono na bagnety.
W folwarku w Mołożowie założono prowizoryczny szpital. I
tam wdarł się oddział kozacki. Od rannego doktora Juwenala Niewiadomskiego
Kozacy zażądali pieniędzy. Oddał im kieszonkową teczkę z banknotami, tzw.
pugilares. Nie uchroniło to jego życia. Kozacy zadźgali go bagnetem. Pokłuto
bagnetami i rozsiekano pałaszami pozostałych rannych. Ciężko poraniono
dzierżawcę ekonomówki Kwiatkowskiego, jego żonę, córkę (relacje mówią, że
poobcinano im piersi), a także gorzelnianego. Budynek podpalono. Moskale
ostrzelali także dwór w Tuczapach, rabując i brutalnie bijąc sędziwego
dziedzica, Karola Tuszyńskiego.
Sytuacja powstańców
komplikowała się. Z trudem dawali odpór kolejnym atakom, tym bardziej, że ich
szeregi topniały, a Moskali przybywało, bowiem od Zamościa nadchodziły kolejne
posiłki Rosjan. Sytuację na linii obrony skomplikowało także postępowanie Leszka
Wiśniewskiego, który opuścił partię Zapałowicza i na czele 90 ludzi wycofał się
za Bug, nie informując o swoim posunięciu dowódcy. W niewielkim lasku, olszynie
zostawił jedynie 40-osobowy oddział.
Zapałowicz, obawiając się okrążenia przez Rosjan, zdecydował się na odwrót. Dla osłaniania cofających się, pozostawił na tyłach około 150 ludzi różnej broni, którzy z niesłychaną odwagą odpierali kolejne ataki. Około godziny siódmej wieczorem strzały zaczęły cichnąć. Powstańcy opuszczali plac boju. Rannych ewakuowano na noszach zrobionych naprędce z drzewców kos. Część jednak została na placu boju (ranni bali się odpowiadać na zawołania powstańców, obawiając się prowokacji Kozaków). Partia Zapałowicza została całkowicie rozbita. Nocą resztki oddziału opuściły las tuczapski, szły ku lasom turkowickim i tarnawackim, cofały się ku granicy.
Tajemnice
Fulgentyny
A Lucyna? Wiadomo, że urodziła się 18 lutego 1844 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim. Była córką Antoniego Skrzyńskiego i Zofii z Narzuchowskich. Ojciec był właścicielem majątku w Czajęcicach, w Świętokrzyskiem. W powstaniu listopadowym służył w lekkiej kawalerii, Krakusach. Za to car skonfiskował mu majątek. Antoni wraz z rodziną przeniósł się do Ostrowca Świętokrzyskiego. Córkę Lucynę wysłał na edukację do sióstr Wizytek w Lublinie.
„Mając 14 lat przysięgłam choremu Ojcu, że
pomszczę wyrządzoną krzywdę. Mając lat 18 należałam do ruchu przygotowawczego, a
1863 r. brałam czynny udział w powstaniu pod komendantem Wiśniewskim” – napisała
w 1930 roku, w swoim życiorysie.
Jerzy Kowalczyk z
portalu www.powstanie1863.muzeumhistoriikielc.pl wygrzebał w archiwach, że
sztuki wojennej Lucynę nauczył były rotmistrz armii rosyjskiej, Jan Jagniński,
który służył u Langiewicza jako instruktor wojskowy i dowódca oddziału
kawalerii. Dzięki niemu opanowała sztukę fechtunku i posługiwania się bronią
palną, a także technikę walki podjazdowej. Podczas powstania styczniowego
posługiwała się pseudonimem-imieniem „Fulgentyna”. U boku Langiewicza brała
prawdopodobnie udział w walce pod Bodzentynem. Z partią Żalpłachty-Zapałowicza
dotarła na Zamojszczyznę. Podczas potyczki pod Tyszowcami została ranna w
łopatkę. Dostała się do niewoli, do twierdzy zamojskiej.
„W potyczce pod Tyszowcami zostałam ranna, skąd przez
pułkownika rosyjskiego Emanowa zostałam aresztowana i zabrana do szpitala. W
Zamościu po 5 miesiącach zabrali mnie do niewoli, gdzie przebyłam siedem
miesięcy - a skąd za staraniem obywateli Jana Rudnickiego i Adolfa Rakowskiego,
którzy poręczyli swoim majątkiem, zwolniona zostałam przez gubernatora
Chruszczowa, gdyż groził mi Sybir” – napisała po latach w swoim życiorysie.
Kilka lat później wyszła za mąż za urzędnika
Henryka Żukowskiego, z którym przeżyła 32 lata. Podczas pierwszej wojny
światowej pracowała w szpitalu okręgowym w Lublinie. Wiadomo też, że w okresie
międzywojennym mieszkała w Lublinie przy ul. Niecałej 8/19. Żyła w ciężkich
warunkach materialnych. Utrzymywała się z emerytury, jako weteranka powstań
narodowych. W 1924 r. otrzymała honorowy stopień ppor. weterana. Pięć lat
później brała udział w zjeździe weteranów 1863 r. w Poznaniu, gdzie została
udekorowana medalem Bolesława Chrobrego. Była też na kolejnym zjeździe weteranów
w Warszawie, gdzie odznaczono ją Krzyżem Niepodległości i Krzyżem 70-lecia
powstania styczniowego. Należała do grupy 53 żyjących weteranów, którzy 22
stycznia 1938 roku zostali odznaczeni przez Prezydenta RP Krzyżem Oficerskim
Orderu Odrodzenia Polski. Odznaczenie do klapy mundury przypinał jej osobiście
Marszałek Rydz-Śmigły. Miała już wtedy 95 lat.
Lucyna była osobą tajemniczą. Marcin Faliński, jej
praprawnuk, który od wielu lat dokumentuje jej życie opowiada, że praprababce
nie brakowało fantazji. Po Lublinie i Ostrowcu Świętokrzyskim jeździła małą
bryczką, sama powożąc. Według rodzinnych przekazów, lubiła hulaszcze życie.
Miała licznych adoratorów. Ze względu na jej urodę, ale i powierzchowność,
szeptano o jej romansach.
Z rodziną nie utrzymywała raczej bliższych kontaktów. Jedynie w Ostrowcu Świętokrzyskim odwiedzała bliskich - Piotra Celestyna Falińskiego i jego żonę Franciszkę Paulinę Falińską ze Skrzyńskich, właścicieli dużego zakładu stolarskiego, który znajdował się w rejonie ówczesnych koszar armii rosyjskiej.
Piotr był synem Józefa, urzędnika rodem z Radomia, wnukiem Stanisława, powstańca listopadowego, który wyjechał na Wielką Emigrację do Paryża. Franciszka Paulina, miała być zaś owocem wielkiej, acz niespełnionej miłości Lucyny. Mówiło się nawet, że ojciec dziewczynki miał być księdzem. Czy tak było rzeczywiście? Tajemnica ta dziś ginie w otchłani historii.
- W
rodzinnych przekazach praprababcia Lucyna nie była nigdy zamężna. Co do jej
tajemniczych miłosnych spraw to coś jest na rzeczy. Moja prababcia Franciszka ma
w metryce imię ojca Aleksander. Nie ma natomiast wpisanego imienia matki. Jest
to rzecz niezwykle rzadka. Nie ma tego imienia także w dokumentach
przedwojennych, rosyjskich. Choć prababcia Franciszka urodziła się we wsi
Sarnówek, parafii Sienno, to w kancelarii parafialnej także nie ma na ten temat
żadnych informacji. Czy to nie jest dziwne – pyta Marcin Faliński, który wciąż
poszukuje wszelkich dokumentów i wspomnień dotyczących swojej bohaterskiej
praprababki.
Lucyna zmarła 5 lutego 1944 r. w Lublinie, na dwa tygodnie przed setnymi urodzinami. Pochowano ją w użyczonym grobie, który znajduje się na cmentarzu przy ulicy Lipowej w Lublinie.
Dziękuję panu Marcinowi
Falińskiemu za pomoc w napisaniu tej publikacji. Przy opisie bitwy pod
Tyszowcami i Tuczapami korzystałem z pracy Eligiusza Kozłowskiego „Zapomniane
wspomnienia”.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|