|
Pan Ryszard z Wisłowca (gm. Stary Zamość) nie wychodzi w pole bez
wideł. Podobnie jego małżonka. Ich sąsiadka dała sobie spokój z pieleniem
grządek, wywożeniem obornika i innymi robotami. Nie mają wątpliwości, że
zwierzę, które ostatnio widzieli nieopodal swoich gospodarstw to puma.
Drapieżnika szukała policja i myśliwi. Bez skutku
Pani Grażyna (prosi by nie podawać nazwiska) po raz pierwszy zobaczyła pumę dwa tygodnie temu. Duża, niczym jej pies (mieszaniec wilczura i bernardyna). Długi, gruby ogon. Rudy grzbiet i czarne obwódki wokół pyska i oczu - puma. Taka sama, jaką widziała w gazecie, którą kupiła kilka tygodni temu.
Zobaczyli, uwierzyli
- Byłam w polu. Pieliłam grządki. Wtedy ujrzałam ją po raz pierwszy. Leżała na ugorze sąsiadów. Zwrócona psykiem w moją stronę. Patrzyła na mnie. Ogromnie się wystraszyłam. Uciekłam – opowiada kobieta.
O tym, co zobaczyła, opowiedziała domownikom - mężowi, córce i zięciowi.
- Początkowo nie dawali wiary. Mówili, że chyba coś mi się przywidziało. Zdanie zmienili, kiedy sami ją zobaczyli. Jednego dnia sąsiadka, drugiego córka. Kilkadziesiąt metrów od naszego gospodarstwa – kontynuuje mieszkanka Wisłowca.
Na mieszkańców wsi, no może nie wszystkich, padł blady strach. Pani Grażyna boi się z domu wychodzić. O wypuszczaniu wnuków na podwórze nie ma mowy. Jeśli już trzeba krowę do sadu wyprowadzić to zabiera ze sobą widły. Tak na wszelki wypadek. Podobnie jej mąż Ryszard. Dla bezpieczeństwa. Mieszkającą po sąsiedzku Danutę Maziarczyk puma też nieźle wystraszyła.
- Byłam w polu. Układałam obornik na kupki. Wtedy to coś
przemknęło obok mnie. Duże, rude zwierzę, z długim ogonem. To nie mógł być pies
– zarzeka się gospodyni.
Mieszka sama, więc roboty ma sporo. Zwłaszcza w polu. Teraz zamiast pielić grzędy, czy wyrzucać obornik, krząta się koło domu.
- Co mi pozostało? Chwasty z chodnika wyrywam. Boję się - opowiada.
Odciśnięte w ziemi ślady sporych łap jakiegoś zwierzaka zauważyli też inni mieszkańcy wsi.
Pani Grażyna postanowiła działać. Powiadomiła policję. Najpierw zadzwoniła do najbliższej jednostki w Starym Zamościu. Telefonowała we wtorek (9 czerwca). Zgłoszenie owszem zostało przyjęte, ale posterunkowi nie spieszyli się z podjęciem jakichkolwiek działań.
- Dopytywali się, ale przyjechać, nie przyjechali – kwituje kobieta.
Miejscowi żartują, że gdyby tak przyczepić jej (znaczy się pumie) tablicę rejestracyjną, wtedy posterunkowi zareagowaliby błyskawicznie. Zwłaszcza ich szef, o którym mówią „nadgorliwy”.
- Niezarejestrowanym ciągnikiem lepiej na drogę nie wyjeżdżaj. Tak samo bez świateł. Mandat masz jak w banku - komentują.
Po radę do Garbuza
W środę (10 czerwca) pan Ryszard zniecierpliwiony opieszałością miejscowych stróżów prawa zadzwonił do Komendy Miejskiej Policji w Zamościu. Zrobił to rano. Przed południem w Wisłowcu było już dwóch funkcjonariuszy. Przyjechali razem z myśliwymi ze związku łowieckiego. Przepytali miejscowych, zrobili oględziny terenu. W opuszczonej stodole, położonej w odległości ok. 30 metrów od gospodarstwa K. znaleźli legowisko - odciśnięte na sianie ślady czyjejś obecności (najprawdopodobniej jakiejś zwierzyny). Było też coś jeszcze. Na piachu, blisko zabudowań, natrafili na ślady, odciśnięte łapy, całkiem sporego zwierzaka. By przekonać się, do kogo mogą należeć, o pomoc poproszono eksperta, Grzegorza Garbuza, dyrektora Zamojskiego Ogrodu Zoologicznego.
- Owszem, byłem w Wisłowcu. Oglądałem je. Cóż mogę powiedzieć… dziwne. Mogły należeć do pumy, ale równie dobrze mógł je pozostawić jakiś spory kot, np. ryś, albo duży pies. Jest taka prawidłowość, że po wyschnięciu piachu odciśnięte w nim ślady powiększają się – tłumaczy dyrektor Garbuz.
W to, że była to puma, dyrektor jakoś nie chce wierzyć.
- Mówi się, że od półtora roku po kraju krąży kot, który waży ok. 50 kg. Wychowany przez człowieka, czyli taki, który polować nie potrafi. Dziennie takie zwierzę zjada od 3 do 4 kilogramów mięsa. Gdzie go zdobędzie? Przecież nie na śmietniku. Polowałby na ptactwo domowe, psy, koty. A o takich przypadkach jakoś się nie słyszy – podkreśla dyrektor.
Puma, jak dodaje, to zwierzę, które doskonale się maskuje, które w terenie wcale nie jest tak łatwo wypatrzyć. A tym bardziej rozpoznać.
- Uwierzyłbym
swojej pracownicy i to tylko wtedy, gdyby zobaczyła pumę z odległości 15-20
metrów. W innych przypadkach byłbym raczej sceptyczny - dodaje.
Puma nie puma, policja zaleciła ostrożność.
- Zrobiliśmy to, co do nas należało. Zostały powiadomione
odpowiednie służby, związek łowiecki, inspektorat weterynaryjny. Myśliwi
obserwują teren. Nic więcej nie możemy zrobić. Gdyby ktoś widział zwierzę
przypominające pumę, powinien nas o tym powiadomić – mówi nadkom. Joanna Kopeć,
oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Zamościu.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|