|
10 lat temu w Zamościu był Jan Paweł II 12-letnia dziewczynka jest
przestraszona. Ma lakierki, a wolałaby buty na koturnach. Jest ubrana w
dziecięcą sukienkę (granatową w białe kwiatki), która jej się nie podoba. Nie
chciałaby też mieć rudych włosów i buzi w piegach. Nie chciała zakładać swoich
dużych niemodnych okularów. Ale musiała. Martwi się, że Ojciec Święty
przestraszy się, gdy ją zobaczy. O ile jej się uda do niego podejść. Bo trzeba
pokonać schody przy ołtarzu. Jest przekonana, że z nich spadnie
Papież już jest na miejscu celebry, przed kościołem pw. Matki Bożej Królowej Polski. Dziewczynka powoli pokonuje kolejne stopnie schodów. Niestety, o tym, żeby chociaż zdjąć te paskudne okulary, mowy nie ma. Pilnują jej idący obok. W końcu staje przed Janem Pawłem II. Przyklęka, całuje papieski pierścień, wypowiada formułę powitania, prosi o błogosławieństwo dla dzieci, szczególnie tych z Wiosek Dziecięcych SOS. Przekazuje też dar - rzeźbę (dłoń, a na niej dziecko). Jest bardzo zdziwiona, że Papież nie uciekł na jej widok, ale też całkiem nieźle sobie ze wszystkim poradziła. Chce się gdzieś schować. I tutaj niespodzianka. Ojciec Święty gładzi dłonią jej włosy. Coś do niej mówi. I już jest zupełnie spokojna. Przestaje się martwić, uśmiecha się. Tak naprawdę, dla niej dopiero teraz zaczyna się to, co najważniejsze, prawdziwe spotkanie z Ojcem Świętym Janem Pawłem II.
Dlaczego ja? Nie
wiem...
Ta ruda, piegowata, przestraszona dziewczynka to Sylwia Kopuła z Wioski Dziecięcej SOS w Biłgoraju. Dzisiaj nazywa się Sylwia Kopuła-Lis. Mieszka w Krakowie. W Nowej Hucie ma galerię - Centrum Fantazji Artystycznej.
- Czy pamiętam tamten dzień?
Pewnie, nigdy nie zapomnę - śmieje się Sylwia. I dodaje: - Niczego podobnego do
tej pory nie przeżyłam.
To już nie jest tamta
12-latka. Piegów nie ma, włosy ciemne, nie nosi okularów. Od tamtego czasu
upłynęło 10 lat! To prawie połowa jej życia. Tak innego. Do szkoły średniej
chodziła już w Lublinie (Liceum Plastyczne), mieszkała w Lubelskim Domu
Młodzieży SOS. Zrobiła dyplom i wyjechała do Krakowa. Ma firmę, nie narzeka.
Ale, gdy wraca pamięcią do roku 1999, odzywa się w niej tamta, tak niepewna
siebie, zagubiona, a później tak przeszczęśliwa dziewczynka.
Zimą 1999 roku już było wiadomo, że w czerwcu Papież-Polak, Jan Paweł II odwiedzi Zamość. W Wiosce Dziecięcej SOS w Biłgoraju zastanawiali się, kogo też wysłać do Zamościa, które z dzieci będzie do tego najbardziej odpowiednie.
Sylwia: - Nawet nie przypuszczałam, że to
ja zostanę wybrana. Uczyłam się dobrze, świadectwo z czerwonym paskiem, ale
wcale nie byłam najlepsza. Poza tym, jak ja wyglądałam! W szkole miałam
pseudonim „Pipi” (to od Pippi Langstrump, bohaterki książki Astrid Lindgren). I
trochę taka byłam, nie tylko z wyglądu. Jakoś lepiej czułam się w spodniach, niż
w sukienkach, a i na drzewo lubiłam wskoczyć.
Była mocno zdziwiona, że to właśnie ona została wytypowana do tego, aby bezpośrednio spotkać się z Papieżem. Na początku nie bardzo w to wierzyła. Później, gdy już nie było co do tego żadnych wątpliwości, była co prawda przestraszona, ale bardzo szczęśliwa i co tu dużo mówić, dumna. Bo możliwość spotkania z Ojcem Świętym to niesamowite wyróżnienie. Dla niektórych to marzenie życia. Niestety, bardzo by chciała, ale za nic nie może sobie przypomnieć tego, co powiedział jej Ojciec Święty. Musiało to jednak być coś dobrego, ciepłego. Już nie była tak zagubiona, strach minął. Cieszyła się, że jest.
Tutaj jest Polska
Jest 12 czerwca 1999 roku. Na dworze skwar. Przed kościołem pw. Matki Bożej Królowej Polski ponad 200 tys. wiernych. Przybyli z całej Lubelszczyzny, z całej Polski, ale nie brakuje też wiernych z zagranicy, w tym np. z Ukrainy, ale też z Białorusi, Włoch, Czech. W tłumie powiewają flagi USA. - Pomni trudnej i wielkiej przeszłości dziejowej,
przynosimy tu zarazem nasz skomplikowany, ale i przepojony mocną nadzieją dzień
dzisiejszy - tak na placu celebry witał Ojca Świętego ówczesny ordynariusz
diecezji zamojsko-lubaczowskiej, ks. bp prof. Jan Śrutwa.
„Mocni nadzieją” - takie było hasło diecezji
zamojsko-lubaczowskiej, przyjęte na czas wizyty Ojca Świętego. I o tej właśnie
nadziei jako jednym, poza wiarą i miłością, z filarów chrześcijaństwa mówił ks.
bp Jan Śrutwa. Ale miał też na myśli nadzieję, która pozwoliła mieszkańcom
Zamojszczyzny przetrwać najgorsze. Z tą samą nadzieją czekano na utworzenie
diecezji zamojsko-lubaczowskiej. Długo, bo aż do roku 1992.
Ks. bp prof. Jan Śrutwa przypomina, że Papież Jan Paweł II przyjechał do Zamościa po pierwsze dlatego, że chciał. A po drugie - przyjechał, ponieważ tutaj już była nowa diecezja.
- W 1992 roku Zamość został też wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ale nie można tego porównywać z utworzeniem diecezji. Wpisanie miasta na listę UNESCO wiąże się może ze stroną finansową, z pewnymi oczekiwaniami, ale utworzenie diecezji było sprawą o wiele ważniejszą. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. To zaprocentowało po siedmiu latach, właśnie wizytą Jana Pawła II. Wizytą 1000-lecia! - wyjaśnia ks. bp Jan Śrutwa.
Ks. bp Jan Śrutwa był odpowiedzialny za organizację i przebieg tego wydarzenia. Już w kwietniu Stolica Apostolska poinformowała, że Ojciec Święty jest przygotowany do pielgrzymki. Już wtedy były dopracowane teksty.
- Ale to, co Ojciec Święty powiedział w Zamościu, było szczególnie piękne - mówi ks. bp Jan Śrutwa.
- Tu z wyjątkową mocą przemawia błękit
nieba, zieleń lasów i pól, srebro jezior i rzek. Tutaj śpiew ptaków brzmi
szczególnie znajomo, po polsku - tak mówił Jan Paweł II do wiernych.
Przypominał o konieczności szacunku dla środowiska naturalnego. Działania przeciwne burzą porządek wprowadzony przez Boga. Natomiast „wszelkie działanie, które sprzeciwia się temu porządkowi nieuchronnie uderza w samego człowieka. Ojciec Święty przekonywał, że przyroda to dar, dany nam od Boga. Gdy Ojciec Święty mówił, zaczął padać deszcz. Jan Paweł II przerwał i podkreślił, że również ten deszcz jest Darem Bożym.
-
I po kilku minutach przestało padać. A przecież była burza, ale ominęła miasto -
przypomina ks. bp Jan Śrutwa.
Ojciec Święty mówił też o tym, że mamy „powinność korzystania z tego daru (przyrody - przyp. red.) w duchu wdzięczności i szacunku”. Również do życia ludzkiego.
- Czy można przeciwstawiać się niszczeniu świata, jeśli w imię dobrobytu i wygody dopuszcza się zagładę nienarodzonych, prowokowaną śmierć starych i chorych, a w imię postępu prowadzone są niedopuszczalne zabiegi i manipulacje u początków życia ludzkiego? - pytanie z jakim Ojciec Święty zwrócił się do wiernych 10 lat temu, ciągle pozostaje aktualne.
- Wyjałowiona ziemia nie daje plonów. - Papież powiedział to, o czym najlepiej wiedzą rolnicy, a więc ci, którzy są na Zamojszczyźnie grupą najliczniejszą.
I o nich upomniał się Jan Paweł II : - Wiem, że w dobie przemian społecznych i gospodarczych nie brak problemów, które często boleśnie nękają polską wieś. Trzeba, aby w procesie reform sprawy rolników były dostrzegane i rozwiązywane w duchu społecznej sprawiedliwości. Mówię o tym na Zamojszczyźnie, gdzie od wieków podnoszona była sprawa chłopska.
Mocni
Nadzieją
Ówczesny wiceprezydent Zamościa Krzysztof Zwolan witał Papieża już na lotnisku w Mokrem. To on odpowiadał za przygotowanie miasta do wizyty Ojca Świętego. I właśnie tak został przedstawiony Papieżowi przez ks. bp. prof. Jana Śrutwę, ordynariusza diecezji zamojsko-lubaczowskiej.
- Dziękuję - powiedział Papież, gdy podszedł do niego Krzysztof Zwolan.
- Jeszcze nie widział, a już dziękuje - pomyślał Zwolan i, co tu dużo mówić, wcale nie było mu lekko. Modlił się, żeby jakoś się udało. Bo najlepiej wiedział, że nie wszystko było zrobione tak, jak należy. Były wprawdzie deklaracje, że miasta, które odwiedzi Papież, dostaną finansowe wsparcie z budżetu państwa, ale w zasadzie na obietnicach się skończyło.
- Musieliśmy sami znaleźć na
wszystko pieniądze. Nie wystarczyło na to, żeby wyremontować np. całą ulicę
Szczebrzeską, nowa nawierzchnia została położona tylko na jednej stronie. Papież
jechał z Mokrego do Zamościa właśnie tą stroną, gdzie był nowy asfalt, ale z
powrotem... Policjanci kierujący ruchem się pomylili i papamobile pojechał tą
częścią jezdni, w której były dziury. Jakoś udało się wyremontować fasady
kamienic na Rynku Wielkim. Przynajmniej od tej strony, od której mógł oglądać je
Ojciec Święty - opowiada Zwolan.
Przed papieską
wizytą władze miasta apelowały do mieszkańców, których posesje znajdowały się
przy trasie przejazdu, aby je posprzątali i o ile to możliwe, odpowiednio
udekorowali. Z tym Krzysztof Zwolan miał prawdziwe utrapienie. Jednak mieszkańcy
Zamościa, ale też Płoskiego, stanęli na wysokości zadania. Co więcej, przy
drogach, którymi przejeżdżał papamobile, stały tłumy wiernych. To była najlepsza
oprawa do przyjęcia Ojca Świętego.
Zmartwienie miał też Stanisław Juszczak ze Złojca, nauczyciel w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Zamościu. To jemu powierzono wykonanie tronu - fotela, na który zasiądzie Ojciec Święty.
- Zostałem poinformowany co do wymiarów, jakie powinien mieć fotel. Czasu zostało niewiele. Starałem się jak mogłem - opowiada.
Stanisław Juszczak wykonał mebel z drewna jesionowego i dębowego oraz z gruszy i czereśni.
Gdy ustalano szczegóły wizyty Jana Pawła II w Zamościu, stanęła sprawa ołtarza. O tym, kto ołtarz zaprojektuje, decydował konkurs. Wygrała architekt z Zamościa, Maria Gmyz.
Wstępnie
oceniano kilka lokalizacji, m.in. w Mokrem, obok szpitala „papieskiego”, a także
przy kościele pw. Matki Bożej Królowej Polski. Zdecydowano się na ten ostatni
wariant. Ołtarz miał być niedrogi, nie powinien dominować, chodziło o to, aby
wkomponował się w architekturę kościoła. Obiekt miał służyć modlitewnej
atmosferze, nie powinien rozpraszać wiernych. I taki był.
Krytyk literacki Paweł Hertz tak to opisał: „Najbardziej pouczające i najpiękniejsze w moim odczuciu, było spotkanie z Papieżem w Zamościu. Urzekła mnie tam skromność dekoracji, dzięki czemu bardziej można było się skupić na tym, co Papież mówi”.
Maria Gmyz: -
Ołtarz był najważniejszym projektem w moim życiu. To był jeden z najtańszych, o
ile nie najtańszy ołtarz w Polsce. W innych były specjalne windy, my
zastosowaliśmy pochylnię. Dostaliśmy sporo darowizn, drewno przekazały
nadleśnictwa, pomagały osoby prywatne. Wykorzystałam motyw schodów zamojskiego
Ratusza, chciałam, aby ołtarz był utożsamiany z Zamościem.
Po wizycie Ojca Świętego każdy z wiernych chciał mieć coś na pamiątkę. Pielgrzymi zrywali wykładziny, zabierali kwiaty.
- Chcieliśmy, żeby to wszystko zostało, ale nie mogliśmy nic zrobić. W końcu ks. bp Jan Śrutwa powiedział: „niech biorą, to jest dopełnienie tego, co się tutaj stało”. Wierni każdy element ołtarza, miejsca gdzie był Papież traktowali jak relikwię - opowiada Maria Gmyz. - Zerwali nawet litery znad ołtarza, te które tworzyły napis „MOCNI NADZIEJĄ”.
Zdarza się tylko
raz
Stefan Kot, rolnik z Mołodiatycz (gm. Trzeszczany) tak wspomina to, co się wydarzyło przed 10 laty.
- Spotkałem się z ks. kanclerzem diecezji zamojsko-lubaczowskiej Franciszkiem Greniukiem. Już wtedy było wiadomo, że Ojciec Święty przyjedzie do Zamościa. Właśnie od ks. kanclerza Franciszka Greniuka dowiedziałem się, że modlitwę będą czytać osoby świeckie, przedstawiciele różnych zawodów. Zapytałem, czy będzie też czytał jakiś rolnik. A ks. Greniuk na to, że nie.
- A to bardzo źle - tak
powiedziałem ks. kanclerzowi. - Zamojszczyzna rolnictwem stoi i nie godzi się,
żeby rolników zabrakło. Ksiądz Greniuk zastanowił się, nic nie odpowiedział. A
po jakimś czasie dowiedziałem się, że to ja będę czytał modlitwę za rolników.
Stefan Kot był tym trochę zdziwiony, bo jak uważa, jest z pewnością więcej osób bardziej od niego zasłużonych, czy to dla rolnictwa, czy też dla Kościoła. Ale wybór przyjął. I z niecierpliwością wyczekiwał 12 czerwca. Noc przed wizytą w Zamościu Ojca Świętego spał dobrze. Więcej emocji przeżył, gdy już dojechał do Zamościa, zobaczył przed jakim tłumem przyjdzie mu wystąpić.
- Trema? Pewnie że była - przyznaje.
Za nic by sobie nie podarował, gdyby na
przykład się pomylił, czy opuścił jakiś fragment tekstu. Tymczasem na plac przed
kościołem ciągle przychodzili pielgrzymi. Później Stefan Kot, jak wszyscy
wyczekiwał komunikatu, że Ojciec Święty jest już w Zamościu. Niemal do ostatniej
chwili był pełen obaw, że do wizyty nie dojdzie. Bo przecież już każdy wiedział,
że rano Papież nie czuł się najlepiej, że upadł, stąd opatrunek na czole. A
przecież przed przyjazdem do Zamościa był w Sandomierzu.
W końcu do wiernych zgromadzonych przed kościołem dotarła wiadomość, że śmigłowiec, którym podróżował Ojciec Święty wylądował na lotnisku w Mokrem. Stefan Kot: - Pamiętam z tego dnia każdą minutę, każdą sekundę.
Szczególnie utkwił mu w pamięci moment, gdy Papież miał już wyjeżdżać. Jeszcze wierni śpiewali pieśni, Ojciec Święty słuchał, ale w końcu powiedział, że musi wyjeżdżać.
- Był taki żal, że spotkanie z Ojcem Świętym trwało tak bardzo krótko - opowiada Stefan Kot.
Wierni na placu śpiewali, życzyli „zdrowia, szczęścia i błogosławieństwa”, ale wszyscy czuli chyba to samo. Że skończyło się coś, co w ich życiu, w historii miasta, regionu zdarzyło się tylko raz i pewnie już nigdy się nie powtórzy.
Alicja Saturska odpowiadała za oprawę
muzyczną: - Z pewnością każdy na swój sposób przeżył wizytę Ojca Świętego. Myślę
jednak, że to spotkanie z Papieżem nas duchowo umocniło.
Stefan Kot: - Tego nie da się zapomnieć. Nigdy. Mam jedno marzenie, chciałbym kiedyś pojechać do Rzymu i tam pomodlić się z Papieżem, podziękować Panu Bogu za łaski. Bo nic bez przyczyny się nie dzieje.
Na ścianie w mieszkaniu Sylwii wisi zdjęcie, a przy nim
różaniec. Fotografia jest bezcenna, to pamiątka ze spotkania z Ojcem Świętym,
Papieżem Janem Pawłem II. Sylwia przyznaje, że wspomnienia związane z wizytą
Ojca Świętego w Zamościu towarzyszą jej przez całe życie. Chwile załamania
przeżyła w dniu śmierci Jana Pawła II. Trzasnęła drzwiami, wybiegła na ulicę.
Później, jak wielu innych, zapaliła świeczkę, modliła się w kościele.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|