|
Podczas tegorocznego koncertu „Granica 803”, który 30 sierpnia odbył
się w Dołhobyczowie o 17 metrów zmniejszyła się odległość między sektorami z
publicznością polską i ukraińską. Rok temu dzielił je 20-metrowy pas zaoranej
ziemi oraz kordon ukraińskich pograniczników
W minioną sobotę po obydwu stronach
granicy Dołhobyczów - Uhrynów bawiło się około 10 tys. osób. Koncertowe
miasteczko rozlokowano na kilkunastu hektarach. Po stronie polskiej - wzdłuż
drogi z centrum Dołhobyczowa w kierunku granicy państwa. Wielką scenę postawiono
w tym samym miejscu, co przed rokiem - tuż obok polskiego i ukraińskiego słupa
granicznego o nr 803.
Ks. Stefan Batruch, prezes Fundacji Kultury Duchowej Pogranicza w Lublinie, główny organizator dołhobyczowskiego festiwalu, ubolewa, że nie udało się dojść do porozumienia w sprawie wspólnego sektora dla Polaków i Ukraińców.
-
Ukraińcy się zgodzili, a przedstawiciele polskiego MSZ i MSWiA - nie. Powołano
się na anachroniczne przepisy, że tylko wiza i paszport uprawniają do
przekroczenia granicy. Przecież ten koncert to wyjątkowa sytuacja. Przepisy z
Schengen nie przewidują jednak wyjątków. W ubiegłym roku różni politycy
obiecywali, że zrobią wszystko, aby podczas tegorocznego koncertu Polacy i
Ukraińcy bawili się razem. Okazało się, że to tylko puste słowa. Apeluję więc do
przedstawicieli MSZ i MSWiA, aby nie odkładać na później spraw związanych z
granicą polsko-ukraińską. Są pilne i wymagają natychmiastowego rozwiązania.
W tym roku przed sceną koncertową zabrakło jednego z
ważniejszych elementów scenografii. Miały nią być elementy mostu pojednania,
podobnego do tego sprzed roku. Ulewne deszcze oraz silny porywisty wiatr w
przeddzień i w dniu koncertu opóźniły budowę sceny. Na zbudowanie mostu zabrakło
już czasu.
Ulewa sprawiła, że na rozmokłym polu Dżygałów trudno było zorganizować wielki polowy parking. Wydzielone miejsca zmniejszono z 6 do 2 ha.
- Tu jest zbyt grząsko, część samochodów trzeba będzie zaparkować na ulicach Dołhobyczowa. Ale to kawał drogi stąd. Zwłaszcza starsi ludzie będą mieli kłopoty z dojściem - kilka godzin przed koncertem martwił się Stanisław Staszczuk, sekretarz Urzędu Gminy w Dołhobyczowie.
Obawy o kłopoty komunikacyjne i zakorkowanie Dołhobyczowa okazały się przedwczesne. Niepewne prognozy pogody w przededniu festiwalu zatrzymały w domach wielu z tych, którzy zamierzali przyjechać na koncerty „Granica 803”.
Świat nie kończy się w Dołhobyczowie
Ks. Stefan Batruch przekonuje, że to dobrze, że przygraniczna impreza jest organizowana.
- I to, co najmniej z dwóch powodów. Z mojego doświadczenia wynika, że wielu ludzi nie wierzy w to, że w przygranicznych regionach można cokolwiek zrobić. Miejscowi żyją tutaj w przekonaniu, że nie ma dla nich żadnej nadziei. To absurd. Te tereny powinny się rozwijać. Jest jeszcze jeden, nie mniej ważny powód. Potrzeba zbliżenia dwóch społeczność, które na co dzień żyją obok siebie, ale z powodu granicy, nie mogą się spotykać - tłumaczy ks. Batruch.
Dla księdza grekokatolickiego z Łucka na Wołyniu koncert „Granica 803” jest okazją do spotkania ludzi co najmniej dwóch narodów i wielu różnych kultur.
- To daje możliwość podzielenia się
myślami i przeżyciami, wspólnego rozwiązywania problemów. To spotkanie właśnie
służy temu, aby szukać tego, co nas łączy, a nie tego, co dzieli - mówi duchowny
z Łucka.
Podobnie uważa 24-letni Oleg, student pedagogiki z Drohobycza:
- Taki wspólny koncert daje
nadzieję, że w naszych wzajemnych relacjach wiele może się zmienić na dobre.
Zwykli ludzie myślą inaczej niż politycy. To prawda, że w naszej wspólnej
historii było wiele złego, ale i sporo dobrego. Owszem, trzeba znać naszą
wspólną przeszłość. Jaka by ona nie była. Żyjemy w Europie, więc pomimo różnic
powinniśmy szukać porozumienia.
19-latka z Hrubieszowa uważa, że jej pokolenie inaczej patrzy na wzajemne relacje Polaków i Ukraińców niż dzisiejsi 50-latkowie i ludzie starszego pokolenia.
- Owszem, należy pamiętać o historii. Z tym, że dla nas nie
są to tak bolesne doświadczenia, jak dla naszych dziadków czy rodziców. Sądzę
jednak, że ciągłe grzebanie się w przeszłości, świadczy o tym, że nie potrafimy
się skupić na rozwiązywaniu aktualnych problemów.
Dla starosty hrubieszowskiego problemem są ślimaczące się plany budowy przejścia granicznego Dołhobyczów - Uhrynów. Józef Kuropatwa cieszy się z tego, że sobotnia impreza jest dla powiatu darmową promocją, ale nie tylko.
- Może dzięki temu zostaną przyśpieszone prace
nad planowanym przejściem. Wojewoda lubelski zabezpieczy na ten cel w
przyszłorocznym budżecie ok. 41 mln zł. Prawdopodobnie tegoroczna „Granica 803”
jest ostatnią imprezą w tym miejscu. Mam nadzieję, że za rok na terenie
koncertowego miasteczka, będą pracowały koparki. - przekonuje starosta
Kuropatwa.
Burmistrz Zbigniew Dolecki także liczy na korzyści, jakie z bliskości planowanego przejścia granicznego w Dołhobyczowie może mieć również Hrubieszów.
- Poprawi się infrastruktura, znacząco wzrośnie ruch kołowy. Zatrudnieni tutaj celnicy i pogranicznicy będą musieli gdzieś mieszkać. W Hrubieszowie mamy znakomitą sieć przedszkoli i szkół - zachwala burmistrz Hrubieszowa.
Myrosław z Sokala liczył, że podczas „Granicy 803” spotka w Dołhobyczowie kogoś z rodziny.
- Mam w Polsce wielu krewnych, może ktoś z nich także tu przyjechał. Nie mam wizy, więc nie będę mógł wejść na waszą stronę i spotkać się z rodziną. Może ktoś z nich będzie miał przy sobie paszport i spotkamy się po naszej stronie – marzył 42-latek z Sokala.
Energetyzujący zestaw muzyczny
W tym roku w koncercie „Granica 803” wystąpiła reprezentacja czołówki polskiej i ukraińskiej sceny muzycznej. Rozpoczął świętujący w tym roku 25-lecie działalności „T.Love”. Muńkowi Staszczykowi i jego kolegom udało się rozkołysać i rozbawić zziębniętą publiczność. - Występ na tym koncercie to dla mnie miła
sprawa. Muzyka zawsze łączy ludzi, a wtedy nie jest ważne: skąd jesteś, jaki
masz kolor skóry i w co wierzysz. Wspólny koncert przy granicy to dobry pomysł -
uważa lider „T.Love”.
Kiedy zapowiedziano występ ukraińskiego zespołu „Tartak” przed sceną podniosła się nieopisana wrzawa, zwłaszcza wśród ukraińskiej części publiczności. To zespól rockowy z Łucka eksperymentujący z rapem, hard-core’m, funkiem, współczesnym bitem. Nie stroni on także od muzyki tradycyjnej.
- To jedno z najciekawszych odkryć ukraińskiej sceny hip-hopowej ostatnich lat - napisano o „Tartaku” na ukraińskim portalu internetowym.
Niespełna
półgodzinny występ „Tartaka” jest jak erupcja wulkanu. Niezwykle energetyczny
wokalista Saszko Położynskyj (jest także didżejem i prezenterem radiowym w
Łucku) rozgrzał niemal do czerwoności publiczność zgromadzoną pod sceną.
W kołyszącym się tłumie wśród biało - czerwonych i niebiesko - żółtych chorągiewek powiewało kilka flag gruzińskich.
- Dobrze byłoby, gdyby podobne festiwale udało się
zorganizować na naszej wschodniej granicy z Rosją. Może wtedy doszłoby do
ocieplenia relacji pomiędzy naszymi państwami - uważa Igor Pełych, prezenter
ukraińskiego kanału telewizyjnego ACC. W tym roku po raz drugi, tym razem z
Moniką Richardson, prezenterką programu „Europa da się lubić” poprowadził
koncert „Granica 803”.
Polski sektor publiczności
żywiołowo zareagował, gdy na scenie pojawiła się „Kayah”. Jej przeboje „Anioł
wiedział”, „Testosteron”, „Śpij kochany, śpij” czy finałowy „Prawy do lewego”
śpiewała razem z wokalistką także ukraińska część widowni.
Popowo-rockowy „Okean Elzy” stroił się ponad pół godziny, a coraz niższa temperatura coraz bardziej wszystkim dawała się we znaki.
- Wiem, że jest zimno, ale poczekajcie chwilę. Oni są
wyjątkowymi profesjonalistami. Chcą dla was zagrać muzykę najwyższej próby.
Przytulcie się do siebie nawzajem, a na pewno będzie wam cieplej - uspokajał
zniecierpliwioną publiczność Igor Pełych.
Na ten
występ czekali zarówno ukraińscy jak i polscy fani rocka. „Okean Elzy”
koncertował już wcześniej w Polsce. Sława Wakarczuk, niezwykle spontaniczny i
ruchliwy wokalista „Okeanu” skupiał na sobie uwagę głównie nastolatek. Nie
oszczędzał się także gitarzysta Petro Czerniawski, dwie z licznych solówek
przypłacił zerwaniem strun.
Tuż przed północą na scenę wyszedł „Karimski Klub”. To międzynarodowa grupa muzyczna czerpiąca z wielu kultur i gatunków muzycznych m.in. drum and bass, r’n’b, nujaz, rap, muzyki afrykańskiej oraz brzmień słowiańskich. Od założyciela i lidera zespołu Karima Martusewicza pochodzi nazwa zespołu. Gdy temperatura spadła poniżej 10 st. C, po polskiej stronie przed sceną pozostała garstka najbardziej wytrzymałych. Po ukraińskiej - publiczność także znacząco się przerzedziła. Tylko nieliczni z kilkutysięcznej widowni dotrwali do występu hiphopowego Boomboxu z Ukrainy.
Bez
wizy ani rusz
23-letni Taras ze Lwowa dwa tygodnie temu dowiedział się od znajomych, że przed rokiem w Dołhobyczowie była fantastyczna impreza. Na tegoroczny „Kordon 803” przyjechał razem z dziewczyną.
- Teraz też było dobrze: koncerty znanych zespołów, dużo
młodzieży. Złe jest tylko to, że wy możecie przejść na naszą stronę granicy
mając przy sobie paszport, a my musimy starać się o wizy – narzekał.
Sobotnia impreza to nie tylko wspólne modlitwy i słuchanie koncertu. Po polskiej stronie nie brakowało chętnych, którzy zdecydowali się na przekroczenie granicy. Było to możliwe dzięki tymczasowym punktom kontroli granicznej. Polskie i ukraińskie służby graniczne prowadziły odprawę w trzech polowych namiotach.
- Polakom wystarczył ważny paszport.
Obywatele Ukrainy musieli mieć paszport oraz wizę - mówi chor. Dariusz
Siennicki, rzecznik prasowy komendanta Nadbużańskiego Oddziału Straży
Granicznej. - To jest nie tylko granica Polski, ale także Unii Europejskiej.
Można ją więc przekraczać tylko na podstawie paszportu i wizy.
Polacy chętnie odwiedzili pobliski Uhrynów. Tuż przy granicy urządzono piknikowe miasteczko. Można było tam spróbować przeróżnych specjałów ukraińskiej kuchni. Zawiedzeni byli ci, którzy nie mogli przenieść przez granicę tańszych ukraińskich papierosów, ani czegoś „mocniejszego”. Na terenie całego miasteczka koncertowego obowiązywał zakaz picia napojów alkoholowych.
Najważniejszy pierwszy
krok
Katia jest dziennikarką z Łucka (współpracuje z zespołem „Tartak”). Tydzień czekała na wizę.
- Załatwianie formalności wizowych jest niezwykle uciążliwe. Chciałabym, aby właśnie to się zmieniło. Wtedy przyjazd do waszego kraju byłby dla Ukraińców znacznie łatwiejszy – wyznaje.
Marek, 29 latek z Zamościa jest bardziej sceptyczny.
- Koncert na granicy to tylko wspólna zabawa. Niech nikt nie myśli, że takie imprezy doprowadzą do zniesienia wiz dla Ukraińców, którzy zechcą do nas przyjechać.
- Od czegoś trzeba zacząć - przekonuje Monika Richardson. - Jeszcze w ubiegłym roku publiczność polską od ukraińskiej dzielił ponad 20 metrowy pas ziemi. A teraz to zaledwie wąski przesmyk. Może ks. Stefan zorganizuje jeszcze jedną, dwie imprezy i na kolejnych Polacy będą się bawili razem z Ukraińcami.
- Nie możemy się przecież separować
od Ukraińców granicą z zasiekami. To byłaby powtórka z muru berlińskiego. Tyle
lat już żyjemy obok siebie, powinniśmy więc żyć w przyjaźni. Może stereotypy o
relacjach polsko - ukraińskich nadal są żywe, ale na tych terenach
przygranicznych, w większych miastach, dalej na Zachód tego już nie ma - uważa
24 - letnia studentka z woj. małopolskiego.
Jerzy Hoffman, który razem z Bohadanem Stupką (odtwórcą roli Bohdana Chmielnickiego w filmie Ogniem i mieczem) w Dołhobyczowie odebrał Nagrodę Pojednania (laur z maków i bławatów) przekonuje, że dobrosąsiedzkie współżycie obydwu naszych narodów jest absolutnie niezbędne.
- Należy pamiętać o słowach powtarzanych wielokrotnie przez Jerzego Giedroyca (twórcę i redaktora paryskiej „Kultury”), że nie ma wolnej Polski bez wolnej i niepodległej Ukrainy - przypomina reżyser „Ogniem i mieczem”. Od 4 lat przygotowywał nowy film „Ukraina - dzieje narodu „.
- Podczas imprezy pogoda spłatała figla. Było zimno, mokro. Ale warto było tu przyjechać. Oprócz sporej porcji dobrej muzyki, mogłam poznać także kilka osób zza naszej wschodniej granicy. Mam nadzieję, że ta znajomość przetrwa po tej imprezie - mówi 24-letnia Monika z Lublina.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|