|
- To nieprawda, co o nas mówią - niepokoi się Isa (czyli Jezus). -
Gdybyśmy kochali wojnę, nie uciekalibyśmy z Czeczenii. Nie do wszystkich
polskich sąsiadów ta prosta prawda dociera. W Lubyczy Królewskiej Czeczenom się
za bardzo nie ufa. „Nowi” np. kąpią się w jednej części zalewu, tubylcy
ostrożnie trzymają się swoich rewirów. Na razie...
W Lubyczy Królewskiej jest 150
obywateli Czeczenii. Przyjechały całe rodziny z dziećmi. Pomysł, aby ulokować
ich w internacie Zespołu Szkół nr 6 był znakomity. Tak przynajmniej uważa
Krzysztof Chyżyński, rzecznik prasowy starostwa w Tomaszowie Lubelskim.
Szkoła podlega starostwu i powiat od pewnego czasu nie za
bardzo wiedział jak zagospodarować obiekt. Bo większość pokoi w internacie od
dawna świeci pustkami. A budynek trzeba ogrzewać, remontować. Dlatego staroście
Janowi Kowalczykowi kamień spadł z serca, gdy udało się znaleźć firmę, która
przystosowała obiekt do nowych potrzeb i sprowadziła do Lubyczy uchodźców z
Czeczenii. W dodatku, płaci kilkanaście tysięcy miesięcznie za wynajem
pomieszczeń.
Oficjalnie, każdy z obcokrajowców pozostaje pod specjalnym nadzorem Urzędu do spraw Cudzoziemców. Ale o sprawy bytowe (zakwaterowanie, wyżywienie) dba firma pośrednicząca - PHU Polonia sp. z o.o. Administruje częścią obiektu, w którym jest Ośrodek dla Uchodźców. Oczywiście wszystkie koszty utrzymania Ośrodka pokrywa Skarb Państwa.
- Zatrudniamy trzy osoby na umowę o pracę, dwie - na umowę
zlecenie. Wynajmujemy też firmę ochroniarską. Kilka osób pracujących w ośrodku
zatrudnia Urząd do spraw Cudzoziemców - mówi Mirosław Sokal, prezes PHU Polonia.
Czeczeńcy przybyli do Lubyczy pod koniec czerwca
br. Było ich ok. 170. Teraz jest ok. 150. Z różnych powodów dziękowali za
gościnę. Nie mieli opieki lekarskiej, chcieli przenieść się do ośrodków, w
których są ich krewni. Ci, którzy mieli oszczędności przywiezione z Czeczenii,
wyjechali do innych miast. Wynajęli mieszkania.
Z obecności cudzoziemców cieszy się wójt Lubyczy Królewskiej, Jerzy Głąb. Bo kilka osób z gminy znalazło pracę. Cieszyłby się bardziej, gdyby lubelska firma kupowała warzywa, owoce, mięso itp. od miejscowych rolników, czy choćby robiła zakupy w miejscowych sklepach. Ale mówi się trudno.
W totka nie grają, z bronią nie chodzą
W Lubyczy Królewskiej mieszkają 1 924 osoby. Z czego żyją?
Jak to przy granicy. Da się zaoszczędzić na paliwie, bo można kupić choćby w
nieodległej Rawie Ruskiej. Podobnie, jeśli chodzi o papierosy, alkohol. Zresztą,
co tu dużo mówić o używkach, skoro niejeden po masło, olej, smalec itd. itp.
jeździ na Ukrainę, albo kupuje od Ukraińców na miejscu. Miejscowi w cuda raczej
nie wierzą. W to, że los się do nich nagle uśmiechnie - też nie za bardzo.
Jedyna w Lubyczy Królewskiej kolektura LOTTO mieści się w budynku, który swoim wyglądem zdecydowanie nie przypomina oazy szczęścia. Owszem, jak jest kumulacja, próbujących szczęścia przybywa, ale bez przesady. Z klientów, LOTTO nie dałoby się utrzymać. Dochód, skromny wprawdzie, ale jednak, przynosi handel m.in.: odzieżą i obuwiem.
- Czeczeni? Nie, oni w lotka nie grają. Rzadko tutaj zaglądają. Kilka razy zdarzyło się, że kupowali buty dla dzieci. Najtańsze - mówi sprzedawczyni.
Obcych zdecydowanie częściej można spotkać w Ciuchlandzie.
- Przychodzą. Nie powiem, mili ludzie. Grzeczni,
niczego złego o nich nie można powiedzieć. Kupują ubrania, po złotówce. Zakupy
robią raczej niewielkie. Głównie interesują ich ciuszki dla dzieci - wyjaśnia
ekspedientka.
Co wie o Czeczenach? W sumie
niewiele. O jednym jednak słyszała. A mianowicie, że Czeczeni mają w zwyczaju
wielokrotnie się żenić. W Polsce to rzecz niedozwolona, bigamia jest karana.
Mieszkanki Lubyczy zachodzą w głowę, jak też czeczeńskie kobiety dzielą się mężem.
- Chyba, że jest jakiś podział. Jedna żona do prania, gotowania, sprzątania, wychowywania dzieci, a druga - dla rozrywki? - zastanawiają się.
Co jednak, jeśli żon jest więcej niż dwie? Tutaj już trudno tak klarownie określić zakres obowiązków.
Barmana w jednym z lokali też Czeczeni nieszczególnie obchodzą. I niech tak zostanie, bo nie zamierza się z nimi zaprzyjaźniać. Dlaczego? Dużo złego o nich słyszał. Że ciągle z nimi kłopoty, że skorzy do awantur, że chętnie sięgają po broń. Nic więc dziwnego, że na obcych we wsi patrzy podejrzliwie.
Marek Czerenko, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Tomaszowie Lubelskim: - Nie było żadnych skarg na cudzoziemców. Na razie wszystko jest w porządku.
Lubyckie klimaty
Wójt Jerzy Głąb zdradza większe zainteresowanie tematem Czeczenów. Podobnie jak każdym innym zagadnieniem, byleby związanym z życiem gminy.
Jerzy Głąb popatruje na internat, w którym mieszkają uchodźcy. Ale uwagę ma podzielną.
- Jadzia! - pokrzykuje i macha w stronę przechodzącej kilkadziesiąt metrów dalej kobiety. Ta posłusznie, niemal truchtem zmierza w kierunku pierwszego w gminie.
- A przedziałek nie za duży? - Głąb wskazuje na rozcięcie na przodzie spódnicy. Zaraz jednak przechodzi do rzeczy, czyli do spraw służbowych. A wracając do tematu Czeczeńców,
podkreśla, że czas najwyższy, aby pokazać obcym trochę naszej kultury.
Wójt myśli o jakimś wieczorku zapoznawczym, czy podobnym wydarzeniu, w czasie którego Czeczeni mogliby jak największej liczbie mieszkańców zaprezentować siebie, swoje zwyczaje, może ludowe pieśni.
- No, coś trzeba z nimi zrobić - powiada wójt. I niechybnie ma rację, bo jak dotychczas, społeczność czeczeńska żyje trochę na uboczu i co tu dużo mówić, może się czuć trochę zaniedbana. A przecież nie o to chodzi. Trzeba byłoby pokazać cudzoziemcom choćby, na czym polega polska gościnność.
Niestety, na razie nie jest z tym najlepiej.
Czeczeńcy próbowali sprzedawać na targu produkty spożywcze, jakie dostają z Lublina. Ceny ustalili na poziomie bardzo korzystnym. Czy to masło, mleko czy ryby w puszce byli gotowi oddawać za złotówkę. Bo tyle akurat kosztuje w promocji sztuka odzieży w ciuchlandzie. Ale na skutek interwencji władz gminnych oraz stacjonujących w Lubyczy funkcjonariuszy Straży Granicznej, Czeczeńcy zaprzestali handlu.
- Jeśli nie mogą zjeść, mają za dużo, to niech oddadzą potrzebującym. U nas takich nie brakuje. Nie mogą handlować - przekonuje wójt Głąb.
- A czego im zabraniać? - denerwuje się Władysław Klimek, mieszkaniec Lubyczy. Ośrodek dla uchodźców znajduje się na tej samej ulicy, przy której jest dom Klimka. Stąd często ma okazję spotykać cudzoziemców. Jednak długo w pamięci zachowa takie spotkanie: na przystanku czekał na autobus; oczekiwały też Czeczenki.
- Jedna trzymała na ręku dziecko. Tylko szmatką przykryte. To co się dziwić, że Czeczeńcy sobie od ust odejmą, żeby tylko dzieci ubrać - zamyśla się Klimek. U niego w domu zostały ubrania po wnuczkach, więc niewiele myśląc zapakował je do reklamówki i zaniósł do ośrodka.
- Ci ludzie, gdyby nie musieli, nie przyjeżdżaliby do
Polski. Uciekali ze swojego kraju, bo tam nic dobrego ich nie czekało - mówi
małżonka p. Władysława - Janina.
Gdy myśli o
Czeczeńcach, wspomina czasy okupacji: wysiedlenia, strach, śmierć bliskich.
Janina Klimek: - Gdyby mi ktoś wtedy rękę podał. Oni są w trochę podobnej sytuacji. Musieli uciekać z ojczyzny. Dobrze, że znaleźli spokojny kąt u nas. My w czasie wojny nie mieliśmy tyle szczęścia. Nie było gdzie uciekać.
Może Allah pomoże
Bohdan jest w lubyckim ośrodku sam. Przyjechał z Groznego, podobnie jak większość jego rodaków. W Czeczenii zostali jego krewni. Bohdan nie narzeka, ale co tutaj dużo mówić, doskwiera mu samotność. Adlan martwi się, że oszczędności przeznacza głównie na
opłacenie rachunków za telefon. Dzwoni do bliskich w Czeczenii.
Ale o wiele gorsza od samotności jest bezczynność. Czeczeni
cierpliwie wydeptują chodniki, albo dla odmiany leżą na trawie, w cieniu drzew.
Czasami grają w piłkę. Z utęsknieniem czekają, aż rozpocznie się kurs języka
polskiego. Będzie jakieś zajęcie, poza tym mają nadzieję, że dzięki znajomości
języka uda im się znaleźć pracę. Jakąkolwiek, byle tylko czymś się zająć.
Na razie jednak Adlan, Tamerlan, Kjure, Alek, Isa,
wszyscy czas zabijają głównie rozmowami. O tym, co przeżyli w Czeczenii. Bez
końca mogą opowiadać o rosyjskich bombach spadających na Grozne, Isa pokazuje
blizny po odłamkach i pociskach. Walczył, dopóki nie został ciężko ranny w nogę.
Kjure, to imię w języku czeczeńskim oznacza orła. Kjure nie rozstaje się z przedmiotem, który przypomina różaniec. To tesbich.
- Może mieć 33 kulki lub 99 - wyjaśnia Tomasz Miśkiewicz, przewodniczący Muzułmańskiego Związku Religijnego w Polsce.
Kjure modli się do Boga o szybki powrót do kraju. Już wolnego i spokojnego. I o zdrowie dla swojego synka (chłopiec wymaga opieki lekarzy specjalistów).
Uchodźcy, jak przystało na muzułmanów, modlą się kilka razy dziennie. W internacie jedno z pomieszczeń przekształcono w kaplicę. Młody Czeczen prowadzi modlitwę. Nasz mułła - powiadają o nim, choć tak naprawdę nie jest duchownym. No i jest młody.
- Ale umnyj - cieszy się Kjure.
Czeczenom doskwiera też brak baraniny.
- Choć, gdyby były pieniądze, to i baran by się znalazł - zauważa Kjure.
Są w Lubyczy już od miesiąca, ale w tym
czasie tylko raz było im dane skosztować baraniny.
Wieprzowiny za nic nie wezmą do ust.
Nie zrobi tego żaden muzułmanin. I żaden nie pojmuje, jak my możemy zajadać się szynkami, kiełbasami itd. Dla muzułmanina nie ma bardziej nieczystego stworzenia do świnki. Dlaczego? Bo jest podejrzana z kilku przynajmniej względów. Po pierwsze: żyje w chlewie, czyli miejscu z definicji delikatnie rzecz ujmując niehigienicznym. Po drugie - zjada każde świństwo. Po trzecie wreszcie - świnia, jak to świnia - niemoralnie się prowadzi.
- Tak jest. W przeciwieństwie do świń, wśród baranów i owiec nie dochodzi do aktów kazirodczych. Przynajmniej w pierwszym pokoleniu - zauważa Miśkiewicz.
Lekarstw jak na lekarstwo
Zamiłowanie do wieprzowiny, to jedna z niewielu polskich osobliwości, z którymi nie bardzo radzą sobie Czeczeńcy. Ale są i poważniejsze niedogodności. Jeden telewizor, ciasne kuchnie, wspólne prysznice i wanny. To jeszcze da się znieść.
Ale i innych kłopotów nie
brakuje. Zaczynając od tych najmniejszego kalibru: niby są dorosłymi, wolnymi
ludźmi, ale bez zgody pracowników ochrony ośrodka, nie mogą nikogo do siebie
zaprosić. Dalej - muszą meldować się w ośrodku przed godz. 22. Gdyby przyszli po
wyznaczonym terminie, nie mieliby gdzie nocować. Nikt nie otworzyłby im drzwi.
Niektórzy wprawdzie kupili w Polsce samochody, ale pieniądze przysłali im krewni (m.in. z Austrii). Większość nie ma jednak oszczędności, ani bogatych rodzin. Brak pieniędzy doskwiera. Każdy Czeczeniec ma zapewniony wikt - żywność jest przywożona z Lublina. Poza tym każdy otrzymuje kieszonkowe - 70 zł miesięcznie.
- To dlatego
sprzedajemy jedzenie. Pieniędzy nam nie wystarcza - tłumaczy Layla Arsaeva.
Cierpi na nerwicę, a lekarstwa kosztują. Na domiar złego, w lubyckim ośrodku
zdrowia nie ma specjalistów, którzy potrafiliby jej pomóc. Trzeba będzie jeździć
do Zamościa, a może i Lublina. Tylko nie za bardzo jest za co.
Adlan: - Nie jest dobrze, bo nie znamy języka. Nie zawsze potrafimy wytłumaczyć lekarzom, na co chorujemy.
Kłopoty ze zdrowiem ma też Tanziła. W jednym oku „minus
11”. A okularów brak.
Bohdan opowiada o kilkuosobowej rodzinie, która niedawno wyjechała z Lubyczy: - Mieli chore dziecko. Tutaj dowiedzieli się, że lekarze nie będą go leczyli. Co mieli robić? Czekać na śmierć? Wyjechali. Podobno są już w Austrii.
Isa ma się dobrze - Dobrze, nikt do nas nie strzela. I tylko, ale
może aż tyle nam się poprawiło - mówią Czeczeńcy. Chcieliby zostać w Polsce.
Niektórzy nie mieliby nic przeciwko temu, aby przyjąć polskie obywatelstwo. Nie
wszyscy jednak będą mieli tutaj łatwe życie.
Isa Abubakarow jest zdecydowanie najbardziej znanym Czeczeńcem w Lubyczy. Jeśli ktoś go nie widział, to z pewnością o nim słyszał. Bo Isa ma to, czego nie ma żaden inny. A mianowicie dwie żony.
- U nas to normalne - mówi Isa i pokazuje dokumenty, w których czarno na białym stoi, że istotnie żony są dwie: Khutmat i Anzela, a dzieci dziewięcioro.
- I tylko dwie dziewczynki - śmieje się Isa.
Najmłodsza
jest Petimat, przyszła na świat w 2007 roku. Poza tym są jeszcze Usman
(najstarszy, urodził się w 1993 roku), Suleyman, Khamzat, Iharadat (też płci
żeńskiej), Lom-Ali, Muhammad, Alkhast, Umak Ur.
Czy
żony nie są zazdrosne? Isa nigdy się nad tym poważnie nie zastanawiał. Bo w
Islamie, a Isa to dobry muzułmanin, wielożeństwo jest sprawą jak najbardziej
dopuszczalną. Święta Księga Islamu - Koran wspomina wprawdzie o tym, że można
mieć nie więcej niż cztery żony, ale w tym przypadku chodzi o względy
praktyczne. Limit został ustalony w obawie, że mężczyzna nie utrzyma większej
rodziny.
Tomasz Miśkiewicz wyjaśnia, że dopuszczalność wielu żon, choć nam wydaje się czymś nienaturalnym, ma wiele zalet. Choćby taką, iż nie czyni z kolejnych kochanek nałożnic. Gdy kobieta jest w ciąży, mężczyzna musi się ożenić. Kobieta zyskuje męża, a dziecko - ojca. W przypadku rozwodu, dzieci zostają z ojcem.
W islamie
szanuje się głowę rodziny i jej żywiciela.
Isa na ten przykład, choć szczodrze obdarowany latoroślami, jak każdy mężczyzna, musi mieć swój kąt. - Ujut, komnatę znaczy - dookreśla.
W
Czeczenii był spawaczem. Na etacie nigdy nie pracował, jednak tego co zarobił,
na życie z powodzeniem wystarczało. A nawet jak były kłopoty, to od czego są
przyjaciele.
- Bo trzeba być człowiekiem - powiada Isa.
Fundament, na którym zbudował rodzinę, może ulec zniszczeniu. Gdyby w końcu uzyskał polskie obywatelstwo, musiałby chyba zrezygnować z jednej z żon. A na to się nie zanosi, bo Isa chce mieć trzecią małżonkę i ją również uszczęśliwić potomstwem. Ale żony podpatrują polskie zwyczaje i zastanawiają się nad swoim losem.
- Czy to możliwe, aby czeczeńska kobieta mogła mieć więcej niż jednego męża?
- Możliwe - zgodnie odpowiadają Khutmat i Anzela. Isa jest wyraźnie zaskoczony, ale jeszcze zachowuje zimną krew, spogląda na kobiety z ukosa.
- Możliwe, ale niedozwolone - pospiesznie dodają żony.
I pomyśleć, miesiąc temu, jeszcze w Czeczenii, do
głowy by im nie przyszło, żeby kombinować na temat małżeństwa.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|