|
W błędzie jest ten, kto myśli, że pływanie kajakiem to nudne zajęcie.
Podczas dwóch spływów kajakowych na Ukrainie, byłem świadkiem między innymi
powodziowej klęski w zachodniej części kraju naszych sąsiadów
Na początku lipca wyprawiamy się
na rzeki Wołynia. Z Zamościa wyruszam z ponad dwudziestoosobową ekipą kajakarzy.
Oprócz najliczniejszej reprezentacji z Górnego Śląska, są także wodniacy z
Zamościa, Torunia, Gniezna, Bydgoszczy i Słupska. Przed nami dwutygodniowy spływ
Korczykiem, Słuczą, Horyniem, Styrem i Ikwą. W sumie, do przewiosłowania mamy
258 km.
„Polakowi Wołyń - jeśli w ogóle o nim słyszał - kojarzy się głównie z krzyżami na grobach naszych rodaków, którzy zginęli z rąk ukraińskich nacjonalistów. Taka była istotnie najczarniejsza karta tej ziemi. Ale Wołyń to także wspaniałe, choć niedobrze zachowane zabytki architektury, to pamiątki po władających tu niegdyś książęcych rodach: Ostrogskich, Wiśniowieckich, Czartoryskich i Radziwiłłów, to także wspomnienia dawniejszej i nowszej historii, zarówno tej tragicznej, jak i chwalebnej. To wreszcie urocze krajobrazy Wyżyny Wołyńskiej i Podolskiej. Słowem nieznany, choć bliski kraj” - w swoim najnowszym przewodniku po Wołyniu pisze Grzegorz Rąkowski, miłośnik kresów wschodnich.
Konwojem złożonym
z czterech busów odprawiamy się przez przejście graniczne w Zosinie. Przez
Hrebenne byłoby znacznie bliżej, ale o kilka godzin dłuższy czas oczekiwania na
odprawę, skłania nas do wyboru dłuższej trasy. W Czerwonogradzie dołącza do nas
siedmioro wodniaków z miejscowego klubu kajakowego. W pełnym składzie jedziemy
przez Równe, w kierunku Korca. Do pokonania mamy jakieś 500 km. Spora część
trasy wiedzie drogami, których stan przypomina nasze zapomniane przez Boga i
urzędników drogi gminne. Przed II wojną światową Korzec był miastem najbardziej
wysuniętym na wschód Polski.
Następnego dnia rano krótka odprawa przed zejściem na wodę i kilkanaście kajaków rusza na pierwszy etap.
Kilka godzin później okazało się, że był to jeden z najkrótszych, ale najcięższych etapów.
- Trzeba było pokonać ponad 20 zawałów (powalonych na rzece drzew i innych przeszkód). Przepłynęliśmy tylko połowę etapu, drugą połowę trzeba było dźwigać ważący około 20 kg kajak, tyle było tzw. przenosek - mówi kajakarz z Torunia.
Pogoda także dała wodniakom w kość. Dopadły ich dwie burze. Ci najbardziej przemoczeni myśleli tylko o tym, aby jak najszybciej płynąć do przodu. Ostatnich kajakarzy wyłapujemy na moście w Ujściu, tuż przed godz. 20. Pierwsi przypłynęli trzy godziny wcześniej. Wszyscy są zmęczeni, przemoczeni i zziębnięci. Na rozgrzanie Siergiej z Czerwonogradu podaje każdemu kubek gorącego mleka, kieliszek własnego samogonu i kawałek sała (miękka, solona słonina) z chlebem.
Order Lenina za mleko
W Ujściu, gdzie nocujemy, przed II wojną światową mieściła się baza Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP). -
Po jednej stronie rzeczki kosiliśmy zboże, a po drugiej bolszewicy - wspomina
Hanna Szewczuk, 79-latka z Ujścia. - Przez granicę nie było wolno nawet
rozmawiać. Pilnowali nas i Polacy, i Sowieci. Po godz. 9 wieczorem młodzieży nie
wolno było chodzić po wsi. Był to tzw. komendancki czas. Jeżeli wówczas złapano
kogoś wałęsającego się po wsi, do rana przesiedział w areszcie. Może to
nadmierny rygor, ale porządek był. Teraz knajp we wsi narobili ze sześć. Pijana
młodzież szwenda się po wsi, i nikt się tym nie interesuje.
Hanna Szewczuk pamięta, że w ich wsi Polacy jeszcze przed 17 września przygotowywali się do napaści Sowietów.
- Wykopano okopy, workami z piaskiem zabezpieczono okna posterunku pograniczników. Gdy czerwonoarmiści szli nawałą ze wschodu, żołnierz na posterunku w Ujściu strzelał z karabinu maszynowego, aż mu się naboje skończyły. Potem uciekł - ciągnie dalej opowieść pani Hanna.
Widziała to, mieszkała w chacie, w sąsiedztwie posterunku KOP. Potem ojciec kazał matce i dzieciom zejść do lochu.
- Czerwonoarmiści
przypatrywali się wszystkim jeńcom uważnie, jeżeli ktoś był ostrzyżony i nie
umiał mówić po rosyjsku, trafił do niewoli, a strażnicy z koszar KOP od razu na
Sybir - mówi 79-latka z Ujścia.
Hanna Szewczuk po zmianie granic pozostała w ZSRR. 16 lat przepracowała w pobliskim kołchozie. Karmiła i doiła 15 krów. Pracę rozpoczynała o 4 rano, do domu wracała nawet o 1 w nocy. Dwie godziny snu musiało jej wystarczyć. Kierownictwo kołchozu doceniło jej wysiłek, pani Hanna została odznaczona Orderem Lenina. Przez kolejne 10 lat pracowała jako listonosz. Czasami miała tyle poczty do doręczenia, że nie mogła udźwignąć torby. Swój rejon objeżdżała dwa razy dziennie. Po tej pracy pozostała jej przepuklina. Obecnie musi się utrzymać z 719 hrywien (około 370 zł) renty.
Porwanie na
żarty
Następnego dnia kajakarze wypływają
Słuczą do Sosnowego (21 km). Samochody mają do pokonania trasę prawie trzy razy
dłuższą. W większości drogami, które podobne są do poligonowych tras
samochodowo-czołgowych. W Sosnowym rozbijamy obóz pod mostem. Słucz jest tu
podobna do Dniestru – rozlewa się szeroko. Wiatr od przodu nie pozwala szybko
płynąć, kajakiem rzuca na wszystkie strony. Trzeba się pilnować, aby nie ustawić
go w poprzek nurtu. Wtedy wywrotka pewna.
Kolejny etap to 28 km Słuczą do Berezna. Przepiękna polana nad samą rzeką okazuje się dla nas nieosiągalna - samochody zagrzebują się na piaszczystej drodze, jeden za drugim. Z pomocą przychodzi nam kierowca ciężarowego gruzawika. Ciężki pojazd na dużych kołach bez trudu po kolei wyciąga wszystkie zakopane busy. Ale obozowisko musimy przenieść. Rozbijamy się w brzozowym lasku, kilkadziesiąt metrów od rzeki, nieopodal małego przydrożnego stawu. Wieczorem mamy nieproszonych gości. Kilkunastoletnim audi przyjechało trzech młodych mężczyzn, wszyscy podpici. Koniecznie chcieli integrować się ze spływowiczami. Po kilku kieliszkach dali spokój i pojechali w swoją stronę. Wrócili wczesnym rankiem następnego dnia. Nie zdążyli wytrzeźwieć. Nadal pili i przyglądali się, jak zwijamy obozowisko.
- Wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałem, dlaczego jeden z
nich nalega, abym podyktował mu numer mojego telefonu komórkowego. To, co stało
się potem, wiele wyjaśnia - opowiada Sławek z Truskawca, nasz spływowy lekarz i
tłumacz jednocześnie. Sławek jest traumatologiem, pracuje w szpitalu w
Drohobyczu.
Nasze obciążone bagażami samochody nie mogą wyjechać po stromej skarpie na drogę. Musimy wysiąść i stumetrowy odcinek pokonać pieszo. Gdy ostatni kajakarze dochodzą do konwoju, zza ich pleców, z piskiem opon na drogę wyjeżdża audi. Samochód nie zatrzymuje się. Po chwili okazuje się, że brakuje jednego spływowicza. Niedługo potem Sławek odbiera telefon. Najpierw jemu, potem komandorowi rzedną miny.
- Mamy waszego kajakarza. Oddamy go wam za 100 dolarów -
powiedział do słuchawki jeden z mężczyzn, którzy odjechali w audi.
Nie pomogły prośby i tłumaczenia, że porwanie uczestnika międzynarodowego spływu może ich kosztować znacznie więcej niż 100 dolarów. Rozłączali się i dzwonili jeszcze kilka razy. Nie chcieli ustąpić.
Zatrzymaliśmy milicyjny radiowóz. Przypadkowo przejeżdżał obok naszego konwoju. Nie zdążyliśmy milicjantom opowiedzieć do końca o zajściu, a na drodze pojawił się samochód, którym uprowadzono nam kajakarza z Torunia.
Ostatecznie „porywacze” zadowolili się butelką samogonu i pętem polskiej kiełbasy. Milicjanci ich puścili, torunianin wsiadł do ich auta dobrowolnie, nikt go nie zmuszał.
- Najedliśmy się strachu, ale na szczęście to był tylko żart. Durny, ale żart - komentuje Sławek.
Pech wlecze się za nami 14 lipca docieramy do Beresteczka. Gdy
rozbijamy obozowisko, od południowej strony szybko sunie ku nam wielka,
granatowa chmura. Chwilę po tym, jak stanął ostatni namiot, z nieba lunęło tak,
jakby ktoś chlusnął wodą z tysięcy wiader. Rozpogodziło się dopiero następnego
dnia rano. Rada Starszych spływu decyduje, że nie płyniemy. Cały dzień
poświęcamy na zwiedzanie Kozackich Mogił i na suszenie mokrych ubrań oraz
namiotów. Wycieczka się udała, namioty i ubrania wyschły. Tyle, że na krótko. W
nocy znowu ulewa, tym razem zaciągnęło się na kilka dni. Nie ma rady, trzeba
płynąć dalej.
W Targowicy nad Styrem kolejny pech.
Na wertepach drogi wojewódzkiej urywa się nam koło w przyczepie kempingowej.
Szczęście w nieszczęściu. Stało się to tuż przed miejscem, gdzie zaplanowaliśmy
bazę. Wyprawa po części zamienne do Łucka trwa niemal pół dnia. Nocą trzeba
naprawić koło, aby następnego dnia rano ruszyć dalej za kajakarzami.
W Łucku leje. Bazę mamy na niewielkiej polanie, przy brzegu Styru. Nad rzekę przychodzi wielu mieszkańców Łucka. Ta część miasta nie cieszy się dobrą sławą. Między drzewami zauważyliśmy nawet radiowóz łuckiej drogówki. Milicjanci przyjechali na krótki odpoczynek.
Pięciodniowe oberwanie chmury
Po tygodniu odpoczynku w Polsce wyruszamy nad Dniestr. Ten spływ ma większe wzięcie niż rzeki Wołynia. Z Zamościa na ukraińskie Podole wyjeżdża z nami prawie czterdziestu kajakarzy z Lublina i okolic, ale także z Białegostoku, Bielska-Białej, Łodzi, Nysy, Krakowa, Warszawy, Szczecina, Poznania, Bytomia, Żagania.
- Na spływ Dniestrem wybrałam się z uwagi na rewelacyjny program imprezy. Żadne biuro podróży nie proponuje tak ciekawej wyprawy. Łączy ona w sobie spływ kajakami przez malowniczy kanion Dniestru oraz zwiedzanie niezwykle interesujących miejsc, powiązanych z historią Polski, jak choćby Kamieniec Podolski, Zbaraż, Chocim, Okopy św. Trójcy oraz wiele innych - mówi Irena Kauczor z podwarszawskiego Piaseczna.
- Rzeki na wschodzie Europy są znacznie
ciekawsze do uprawiania turystyki kajakowej niż te na zachodzie, tam prawie
wszystkie zmeliorowano - dodaje Agnieszka Szczaus ze Szczecina.
Z Zamościa do Halicza wyruszamy wczesnym rankiem, 26 lipca. Wtedy jeszcze w Polsce nic nie wiadomo o klęsce powodzi, jaka dotknęła zachodnią Ukrainę. Po ośmiu godzinach jazdy fatalnymi ukraińskimi drogami przez Zosin, Czerwonograd, Lwów, docieramy do halickiego rejonu. Kilkadziesiąt kilometrów przed Haliczem, na niebie zaczynają się kłębić ciemne, ołowiane chmury. W miarę jak jedziemy w głąb Ukrainy, niepokojąco gęstnieją i ciemnieją. Ciemnogranatowe niebo raz za razem przecinają błyskawice. Jest niemal pewne, że będzie intensywnie lało i to co najmniej kilka dni. W Bursztynie mamy krótki postój. W przydrożnym barze trwa wesele. Weselnych gości zainteresowało to, dokąd jedziemy z kajakami. Gdy ktoś z nas odpowiada: „na Dniestr”, patrzą na nas ze zdziwieniem.
- Wy extrema? Tam wielka woda. Nie pozwolą
wam płynąć. Samochody nie dojeżdżają do Halicza. Miasto jest zalane wodą.
Milicja nikogo nie puszcza - opowiada jeden z nich.
Mimo przestróg, decydujemy się jechać dalej. Chcemy na własne oczy sprawdzić, jak wygląda sytuacja. Tuż przed Haliczem zatrzymuje nas patrol milicji.
- Nie wjedziecie do miasta, tam powódź. Zawracajcie! - mówi jeden z milicjantów.
Lesław Flaga,
komandor spływu tłumaczy im, że na peryferiach Halicza czekają na nas ukraińscy
kajakarze, z którymi umówiliśmy się na spływ Dniestrem. Milicjanci puszczają nas
warunkowo. Na „dojazdówce” do Halicza nie widać jeszcze rozmiarów powodzi. Z
wody wystają podtopione pojedyncze budynki. Im bliżej miasta, robi się coraz
groźniej. Rozlewiska powiększają się. Aż trudno sobie wyobrazić, co dzieje się w
centrum Halicza, położonego w kotlinie tuż obok Dniestru. Od haliczan
dowiadujemy się, że miejsce, w którym planowaliśmy naszą pierwszą bazę jest
całkowicie zalane. Znad powierzchni wody widać jedynie czubki kilkumetrowych
drzew.
Obozowisko rozbijamy na przedmieściu Halicza, na placu, tuż obok nieczynnego od roku baru „Lotos”. Kilka godzin wcześniej namioty rozstawiło tam kilkudziesięciu ukraińskich kajakarzy, z którymi mieliśmy płynąć Dniestrem.
- Przeczekamy tutaj noc, do rana woda może opadnie - większość z nas myśli naiwnie.
Nie doceniliśmy
żywiołu
Resztki złudzeń opadają, gdy w nocy obok naszego obozowiska z hukiem przejeżdżają wielkie wojskowe amfibie na gąsienicach. Od świtu do centrum miasta można dojechać tylko nimi lub na naczepie wielkiej ciężarówki. W zalanym wodą Haliczu takie samochody pełnią rolę podmiejskiego autobusu.
Mimo trudnej sytuacji Borys
Góra, szef ukraińskich kajakarzy, decyduje się jednak zejść na wodę
katamaranami. Ukraińcy będą próbowali rozlewiskami dopłynąć do głównego nurtu
Dniestru, a potem rzeką do odległej o ponad 25 km wsi Dołhe. Tam mieliśmy mieć
pierwszą wspólną bazę. Ukraińcy od kilku lat pływają katamaranami po górskich
rzekach w Karpatach, Gorganach, a nawet na Kaukazie. Są przekonani, że z
wezbranym Dniestrem także sobie poradzą. Potem zadzwonili z Dołhego i
powiedzieli, że rezygnują z dalszej wyprawy.
W naszej grupie chcą płynąć niemal wszyscy. Nikt nie zdaje sobie sprawy z potęgi żywiołu, jaki nam zagraża. Kilkanaście kajaków wodujemy na powodziowych rozlewiskach przed Haliczem.
- Płynęliśmy kajakami obok zalanych wodą domów, ludzie wołali o pomoc. To było niesamowite przeżycie - mówi Stanisław Białczyk, kajakarz z Nysy.
- Pierwszy raz w
życiu płynęłam zalanymi wodą ulicami miasta. Mijaliśmy brodzące w niej
samochody. Gdybym komukolwiek z moich znajomych powiedziała, że ledwie uniknęłam
zderzenia kajaka z autem, nie uwierzyłby – mówi młoda kajakarka z Warszawy.
Im bliżej było do Dniestru, tym żywioł stawał się coraz groźniejszy.
- Nam udało się dotrzeć do mostu łączącego centrum Halicza z przedmieściem. Ze strachem patrzyliśmy na kotłujące się pod mostem wody Dniestru. Szczególnie przerażające były zanurzone w tej kipieli przewody linii energetycznej. Zwisały ze słupów przechylonych przez rwącą rzekę. Myślę, że wtedy nie tylko mnie dopadł zwyczajny, ludzki strach – wyznaje Agnieszka Szczaus.
- Poziom wody w Dniestrze
wzrósł o jakieś 6-7 m. Głównym nurtem rzeka płynęła z prędkością ponad 25 km/h,
czyli co najmniej cztery razy szybciej niż normalnie. Na powierzchni woda niosła
potężne kłody powalonych drzew, martwe zwierzęta gospodarskie. Rezygnacja z
pływania i powrót do bazy były jedynym rozsądnym rozwiązaniem - zapewnia
Mirosław Lelek z Żagania, wicekomandor spływu.
27
lipca przed południem obok naszej bazy przejeżdża kawalkada kilku luksusowych
samochodów terenowych. W oknie jednego z nich widać twarz prezydenta Ukrainy,
Wiktora Juszczenki. Osobiście przyjechał, aby zapoznać się z rozmiarami klęski.
Jeszcze tego samego dnia do naszego obozu docierają coraz bardziej niepokojące wieści. Z kilkunastu mostów na Dniestrze, którymi musiałby się przemieścić konwój z obsługą spływu, tylko jeden jest przejezdny. Decydujemy jednogłoś- nie: nie wracamy do Polski przed czasem, ale z terenów powodziowych przenosimy się na bezpieczne rzeki na Wołyniu.
Na dodatek: złodziej
Wieczorem okazuje się, że w Haliczu będziemy musieli pozostać jeszcze jeden dzień. Podczas występu spływowego iluzjonisty jednemu z kierowców busów skradziono saszetkę z dokumentami i pieniędzmi. Złodziej nie musiał się zbytnio trudzić. Drzwi do samochodu miał otwarte na oścież, spływowicze w tym czasie z zapartym tchem oglądali popisy magika. Rabuś podjechał do obozowiska na rowerze, wszedł do busa i zabrał saszetkę. Zauważyliśmy go dopiero wtedy, gdy odjeżdżał w pośpiechu. Pogoń okazała się bezskuteczna. Kilku mieszkańców sąsiedztwa naszego obozowiska pomaga nam ustalić, kim mógł być złodziej.
- Niechby chociaż
dokumenty wam podrzucił, abyście mogli jechać dalej. Przecież to międzynarodowy
spływ, a tu taki wstyd! Przez jedną taką czarną owcę! - martwi się Ludmiła.
Wezwaliśmy milicję. Kierowca musi otrzymać od nich
zaświadczenie o kradzieży dokumentów. Inaczej w konsulacie nie wydadzą mu
tymczasowego paszportu i nie będzie mógł powrócić z Ukrainy do Polski. Na
milicjantów czekamy do północy. Przywożą ich dopiero następnego dnia rano, na
przyczepie wielkiego ciężarowego Biełaza. W nocy nie mogli do nas dojechać,
radiowóz zapewne utknąłby w wodzie.
Na komisariacie okradziony kierowca rozpoznaje złodzieja na jednej z fotografii. Kilka dni wcześniej wyszedł on z więzienia, gdzie siedział za inną kradzież.
- To wyjątkowo podłe bydlę! - macha ręką komendant
halickiego posterunku milicji. - Nie ukrywam, że szanse na odzyskanie dokumentów
macie znikome. Najpewniej zabrał z saszetki pieniądze. Resztę pewnie wyrzucił do
wody, albo spalił, aby zatrzeć za sobą ślady.
Tuż przed naszym odjazdem z Halicza miejscowi przyprowadzili rower, którym
uciekał złodziej. Porzucił go w krzakach, po przejechaniu niespełna kilometra.
Saszetki, ani dokumentów nie było w pobliżu.
Po trzech dniach postoju, na zalanych przedmieściach Halicza ruszamy w kierunku Czerwonogradu. Popływamy Styrem, Sołokiją, Ratą i Bugiem. Są mniej atrakcyjne niż Dniestr, ale znacznie bardziej bezpieczne. Dzień po wyjeździe z Halicza zadzwoniliśmy do jednego z mieszkańców sąsiedztwa naszej halickiej bazy, powiedział, że poziom wody na Dniestrze znowu się podniósł. Pod wodą znalazło się także miejsce naszego przymusowego biwakowania.
-
Mieszkańcy terenów zalanych wodami wezbranego Dniestru mają znacznie
poważniejsze powody do zmartwień. A że pozostał niedosyt? Cóż, będzie okazja do
powrotu na Podole za dwa, trzy lata, gdy sytuacja wróci do normy - mówi
nauczycielka ze Szczecina.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|