|
| O artykule |
Autor:
Kronika Tygodnia - Adam Jaworski
Data:
1.07.2008, 12:01
Zmiany:
1.07.2008, 12:01
Czytane:
260x
Komentarzy:
0 [sprawdź] |
|
|
|
Hasło dobrej roboty |
|
W Woli Dużej k. Biłgoraja jest
pomnik poświęcony junakom. To za ich wkład w budowę Linii Hutniczo-Siarkowej
(tak się wtedy nazywała). Jednak junacy nie tylko LHS budowali. Pracowali w
pegeerach, przy remoncie zamojskiej Starówki, wznosili domy... Można wyliczać
bez końca. Właśnie mija 50 rocznica powstania Ochotniczych Hufców Pracy
Przez jednych wyśmiewane, przez innych stawiane jako wzór dyscypliny i „dobrej roboty”. W ub. piątek była okazja, aby podsumować pół wieku działalności OHP. W sali Consulatus zamojskiego Ratusza spotkali się komendanci (byli i obecni) kadra. Komendant wojewódzki Piotr Gawryszczak wręczał okolicznościowe medale i podziękowania. A później były wspomnienia.
Cały naród buduje... w Zamościu
W roku 1980, w Zamościu miały się odbyć dożynki. Niezwykłe. Przygotowywano obchody ogólnopolskie z udziałem samego I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Edwarda Gierka. - Bo
Zamojszczyzna to zagłębie rolnicze – wyjaśnia Jan Kaźmierczuk, zamojski
komendant wojewódzki OHP w latach 1975-78, obecnie dyrektor Zespołu Szkół dla
Młodzieży, która kształci współczesnych junaków.
Radość z takiego obrotu sprawy była wielka, ale i ból głowy niemały.
- Stadionu nie było, Starówka się „sypała”, osiedle PR-5 dopiero się budowało, tak samo osiedle Kilińskiego. Były tylko osiedla Peowiaków i Orzeszkowej. Ale to drugie jeszcze niewykończone. Roboty huk - wspomina.
Rok 1980 to był także jubileusz Zamościa.
Właśnie wtedy przypadała czterechsetna rocznica założenia miasta.
O tym, że Zamość będzie gospodarzem ogólnopolskiego Święta Plonów, wiedziano rzecz jasna przynajmniej rok wcześniej. Ale i tak, wydawało się, że ogrom prac przerośnie możliwości władz miasta, ale też i województwa.
Od roku 1976 trwał niemal narodowy zryw, którego
efektem miał być remont zamojskiej Starówki.
Jan Kaźmierczuk w roku 1975 został Komendantem Wojewódzkim OHP w Zamościu. Na stanowisku dotrwał do roku 1978. Później przeszedł do pracy w Komitecie Wojewódzkim PZPR. Gorączka przygotowań do jubileuszu miasta oraz dożynek zastała go na pierwszej linii frontu robót.
- Nie było łatwo – wzdycha. – Proszę sobie wyobrazić, że w biurze OHP pracowały tylko trzy osoby. Oprócz mnie – Lucjan Pióro, mój zastępca oraz Stanisława Soboń, księgowa. I na nas spadł obowiązek zorganizowania bazy dla 1 500 osób, junaków z Zamojszczyzny, ale też tych, którzy przyjeżdżali pracować przy renowacji zabytków (ta akcja miała charakter ogólnopolski – przyp. red.). Zaczynaliśmy robotę o 8, w domu byliśmy o 24. Takie czasy.
Junacy wszystkich krajów...
Pierwszy problem pojawił się przy wyznaczaniu miejsca
kwaterunku junaków. Wolnych obiektów rzecz jasna nie było. Pozostawało jedyne
rozwiązanie: ustawić namioty. Te przekazało wojsko. Przy ul. Wiejskiej stanęło
150 namiotów 10-osobowych z wyposażeniem: po 1,5 tysiąca koców, prześcieradeł,
kołder, poduszek. I najważniejsze: 1,5 tys. „kanadyjek”, czyli łóżek polowych.
Dodatkowo komplety pościeli. Na terenie bazy zainstalowano setki umywalek,
toalet. W końcu należało też odpowiednio urządzić kuchnię. Junacy pracowali
latem, w zasadzie od roku 1976 do 1980.
Wprawdzie firmy nadzorujące remont zabytkowych obiektów nie dopuszczały ochotników do robót specjalistycznych, ale do innych – owszem. Junacy bardzo dobrze spisywali się przy wszelkiego rodzaju rozbiórkach, wywożeniu gruzu, śmieci, wykopach.
- Przygotowywali front robót – precyzuje Kaźmierczuk.
- Pracowali nie tylko na Starówce. Dzięki tej akcji z okazji jubileuszu miasta, wiele osób w Polsce dowiedziało się, że takie miasto jak Zamość istnieje. To była najlepsza reklama dla całego regionu - dopowiada Lucjan Pióro (on z kolei był komendatem OHP w latach 1978-82).
Wiadomo, że nie samą pracą junak żyje. Po fajrancie były
więc organizowane dyskoteki, wieczorki itp. Do pracy w Zamościu przyjeżdżali też
młodzi ludzie z zagranicy.
I nie tylko z krajów socjalistycznych. Przybywali Francuzi, Niemcy, Włosi, Szwedzi, Portugalczycy. Słowem - cała Europa.
- Nie było żadnych konfliktów
między poszczególnymi nacjami – zastrzega Kaźmierczuk.
Co nie znaczy, że obcokrajowcy nie przysparzali kłopotów.
Szwedzi i ich koledzy z Norwegii trochę za bardzo lubili piwo. Za to Niemcy byli bardzo zdyscyplinowani. To była jedyna grupa, która szła na piwo ze swoim opiekunem. Wypijali razem po kuflu i karnie wracali do obozu.
Niełatwo było zapanować nad Francuzami. Był
taki zwyczaj, że obcokrajowcy organizowali swoje wieczory narodowe.
Przygotowywali program artystyczny, ale też tego dnia kuchnia miała wydawać
posiłki, przygotowane według oryginalnych przepisów.
Co tu dużo mówić, wieczór francuski budził spore obawy.
Kaźmierczuk: – Nie, nie chodziło o to, że ktoś się struje
jedzeniem. Ale na taką kolację przychodzili przecież przedstawiciele władz
miasta, województwa, partyjni. Nie wolno ich było obrazić. A Francuzi – wiadomo
– żaby jedzą, ślimaki. Pilnowaliśmy, żeby na kolację tego nie było, ale się nie
udało.
Pracujące pod nadzorem francuskiej młodzieży kucharki przyrządziły „makaron w sosie grzybowym”. Wszystkim smakowało. Po jakimś czasie Francuzi przyznali się, że grzybów nie było. Ucztę przypłaciły życiem zamojskie ślimaki winniczki.
Za to nikt Francuzów nie ukarał. O wiele ciężej było znieść ich upodobanie do serów z pleśnią. Serków topionych od razu nie jedli. Zostawiali je sobie na później. Jak spuchły, dopiero wtedy ich zdaniem nadawały się do spożycia. Smród w namiotach był straszny.
Bułgaria
buduje Szczebrzeszyn
Skąd jednak w ówczesnym PRL wzięli się „junacy” zza żelaznej kurtyny? Sprawa jest prosta. Kaźmierczuk wyjaśnia, że Komenda Główna OHP współpracowała z wieloma organizacjami młodzieżowymi na Zachodzie. My przyjmowaliśmy młodzież z zagranicy i w zamian junacy z Polski wyjeżdżali do pracy na Zachód.
Przy
wypłacie wynagrodzeń obowiązywał przelicznik dolarowy. Jasne, że takie wojaże
bardziej opłaciły się naszym, niż obcokrajowcom. W relacjach z państwami bloku
socjalistycznego, nie było to już takie atrakcyjne, co nie znaczy, że brakowało
chętnych do wyjazdu. Gości z zagranicy przyjmowały wszystkie komendy OHP.
Kaźmierczuk: - Muszę przyznać, że na robocie najlepiej znali się ci z ZSRR. I byli najbardziej zdyscyplinowani. Nadawali się do każdej pracy. Fachowcy.
Pobyt junaków z zagranicy skrzętnie opisywali dziennikarze. I tak, np. było w przypadku 30 Bułgarów (chłopcy i dziewczęta) z Tołbuchina, którzy pracowali przy budowie szkoły w Szczebrzeszynie. Inwestycja była strategiczna. W tej szkole właśnie miała odbyć się inauguracja roku szkolnego. Impreza centralna! W roku 1985 „Sztandar Ludu” (organ prasowy Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Lublinie) sprawdził jak spisują się Bułgarzy.
„Pracują ofiarnie i wydajnie” – zanotowała
reporterka, która swój tekst opatrzyła tytułem: „Przykład dobrej roboty”
(niestety, towarzyszom sztuki drukarskiej robota się nie udała – w tytułowej
czcionce rozmazała się farba). Ale mniejsza o drukarzy. Dziennikarka przywołała
opinię komendanta hufca biłgorajskiego (to do niego przyjechali Bułgarzy)
Jerzego Klechy. A ten opowiadał jak to chłopcy z Tołbuchina układają płyty
chodnikowe na placu, a dziewczyny czyszczą i malują ogrodzenia. Bułgarki tak się
w robocie zapamiętały, że szorując metalowy płot już pierwszego dnia zdarły
wszystkie szczotki druciane.
Bułgarzy narzekali na
jadłospis. Bo karmiono ich m.in. kapuśniakiem, czerwonym barszczem, kwaśnym
żytnim chlebem. Wspomnieli też, że serwowane są im zupy bezmięsne, a takich nie
zwykli jadać (u nas kryzys chyba był jednak większy niż w bratniej Bułgarii).
Były też optymistyczne wiadomości. Nadia Momczewa została obozową Miss
Biłgoraja.
Ona i jej przyjaciele zgodnie
twierdzili, że „przyjechaliby jeszcze raz. Rozumieją jednak, że inni też chcą tu
przyjechać. Do brygady pracy wakacyjnej w Polsce wybrano po 1-2 najlepszych
komsomolców z różnych szkół”.
Podobnie jak w Bułgarii, komsomolców doceniono też w Polsce.
„W
nagrodę za solidną pracę Komitet Miejsko-Gminny PZPR udostępnia grupie autokar
na wycieczki” – zaznaczyła autorka tekstu.
Inna sprawa, że najwidoczniej uznano, iż lepiej, jeśli Bułgarzy będą podróżować niż pracować. To przynajmniej pozwoli ograniczyć straty w narzędziach (nieszczęsne druciane szczotki).
Błędy i wypaczenia
Chyba z wydajnością pracy junaków nie zawsze było tak różowo, jak opisywano. To znaczy częściej nie było, niż było.
Biłgorajski hufiec, ten sam, który przyjął Bułgarów, działał głównie w kooperatywie z Biłgorajskim Przedsiębiorstwem Budowlanym. To w nim głównie pracowali junacy, ta firma im płaciła (wynagrodzenia refundowało państwo), to przedsiębiorstwo utrzymywało internat, w którym mieszkali junacy.
A na tych zawsze można było liczyć. Bo jak mówił w roku
1982, w wywiadzie dla „Sztandaru Ludu” Jerzy Klecha: „Junacy to pewna część
załogi, taka która nie nawali”. Podopieczni OHP stanowili 1/10 część załogi PPB.
W ciągu 10 lat wypracowali 100 mln zł. Dla porównania, Jerzy Klecha zarabiał ok.
6 tys. zł miesięcznie.
Młodociany zarabiał 40 proc. najniższego wynagrodzenia – 1 280 zł, a pełnoletni był opłacany według najniższej grupy zaszeregowania w budownictwie. Jego pensja wynosiła 3,2 tys. zł. W sumie niewiele. Ale trzeba zaznaczyć, że BPB pokrywało większą część kosztów wyżywienia junaka. Ten z kolei był obciążony kosztami zakupu munduru. A one w porównaniu z płacami były niebagatelne – mundur kosztował junaka ok. 3,5 tys. zł (więcej niż pensja pełnoletniego), a i tak była to tylko połowa ceny. Pozostałe 3,5 tys. zł płaciła Komenda Główna OHP.
Z
czasem BPB zaczęło się wycofywać z dotowania OHP. W „Sztandarze Ludu” i
„Sztandarze Młodych” kłopoty biłgorajskiego hufca oraz im podobnych opisywano
dosyć oględnie. Wspominano o zasadach zarządzania opartych na „nożycach
oszczędnościowych” i „twardym pieniądzu”. Natomiast Jerzy Klecha domagał się
zmian. Przekonywał, że idea OHP wcale się „nie przeżyła, ale została wypaczona”.
Chciał powrotu do źródeł, czyli „by OHP spełniał głównie funkcję wychowawczą”, a
nie produkcyjną. „Nie chcemy być organizacją od zapewniania frekwencji na
imprezach ruchu młodzieżowego i nie tylko (OHP podlegał Federacji Związku
Socjalistycznej Młodzieży Polskiej – przyp. red.), nie chcemy być organizacją od
czynów społecznych. Wolimy być w którymś z resortów, np. resorcie oświaty czy w
MON”. Na zmiany trzeba było jednak poczekać.
Tymczasem Jerzy Klecha alarmował, że w BPB nie ma
instruktorów zawodu, brakuje obuwia roboczego dla junaków, „chłopcy przywożą z
domów stare buty, ale jak tak dalej pójdzie zimą nie będą mieli w czym wyjść do
pracy”.
I pomyśleć, że w ten sposób potraktowano
junaków, którzy pracowali społecznie, aby przekazywać pieniądze np. na
pomnik-szpital Matki Polki w Łodzi, w podobny sposób zarabiali na organizację
festiwalu „Moskwa 85”.
Klecha przekonywał, że ważniejsze od norm, wskaźników itd. jest również to, iż w OHP mają szansę kształcić się ci, którzy bez pomocy przedsiębiorstw czy wręcz państwa nie mają szans na ukończenie nawet szkoły podstawowej. Klecha zapewniał, że OHP utworzono w tym celu, aby „nadrabiać niedoróbki oświaty. Bo jakże inaczej określić fakt, że przychodzi do hufca młody człowiek, który ma 23 lata i ukończone tylko 5 klas szkoły podstawowej?”.
Junak, ale inny
Nie ma już Biłgorajskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego. A hufiec jest.
- Są podpisane umowy np. z rzemieślnikami.
I tam kształcą się i pracują młodzi ludzie. Nie ma już jednak hufca
stacjonarnego. Nasi uczniowie przychodzą do pracy, do szkoły i wracają do domów.
Nie ma środków na utrzymanie internatu – mówi Jerzy Klecha, od 10 lat już na
emeryturze (teraz jest dyrektorem zamojskiego Zarządu Okręgu Polskiego Związku
Wędkarskiego). Podobna sytuacja jest w Tomaszowie Lubelskim.
W Zamościu hufiec działa, choć też nie ma już wielu firm,
które zatrudniały junaków (m.in. Kombinat Budownictwa Komunalnego). Współcześni
junacy uczą się w gimnazjum, a starsi zdobywają również zawód (pracują m.in. dla
Stalproduktu, jest też Gospodarstwo Pomocnicze OHP). Mieszkają w internacie.
Kształceniem zajmuje się Zespół Szkół dla Młodzieży. Można powiedzieć, że szkoła
świadczy usługi dla OHP, bo założyło ją Zamojskie Stowarzyszenie Edukacji i
Pomocy Socjalnej Młodzieży.
Nie ocalał hufiec w Hrubieszowie, choć była to najstarsza tego typu placówka na Zamojszczyźnie i jedna z pierwszych w Polsce (OHP w Hrubieszowie działał od końca lat 50.).
- Szkoda – martwi się Kaźmierczuk. – Naprawdę nie we wszystkich rodzinach interesują się losem dzieci. Bywa, że niektórych nie stać na kształcenie, nawet na poziomie zawodówki. OHP jest ciągle jedną z niewielu instytucji, która może młodym ludziom pomóc.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|
Informacje opublikowane przez INTERNAUTÓW nie podlegają cenzurze. Właściciele i redakcja Roztocze Online (www.roztocze.net) nie odpowiadają za treść zamieszczonych materiałów, tekstów i komentarzy! Jeżeli zawartość nie jest sygnowana "Roztocze.net" lub "Roztocze Online" to głowna treść tej strony jest kopią znalezioną w sieci internet.
Kopie stron internetowych zamieszczane w serwisie roztocze.net są dokonywane za zgodą autorów lub właścicieli, serwis roztocze.net nie jest w żaden sposób związany z autorami takich strony i nie odpowiada za ich treść. |
dodaj komentarz |
|