|
Przyjechali do Hrubieszowa z najodleglejszych zakątków Polski i
świata. Jedni mają po 30 lat, inni ukończyli 70 lat i więcej. Prawie 400
absolwentów Gimnazjum i Liceum im. ks. Stanisława Staszica w Hrubieszowie, w
ubiegły weekend świętowało 90-lecie szkoły
Gimnazjum im. ks. Stanisława Staszica w Hrubieszowie utworzono w 1918 r. Od początku było związane z postacią ks. Stanisława Staszica. Ponad 100 lat wcześniej, właśnie dzięki staraniom Staszica, w podominikańskim klasztorze w Hrubieszowie powstała szkoła podwydziałowa, a ks. Staszic z własnej kieszeni opłacał jednego z nauczycieli. Potem utworzono tam szkołę wydziałową, funkcjonowała aż do odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r.
- Nauka w budynkach obecnego „Staszica” trwa nieprzerwanie od 198 lat – podkreśla Alicja Borkowska, dyrektor Zespołu Szkół nr 2 im. ks. Stanisława Staszica w Hrubieszowie.
Ostatni z tego rocznika
Początki hrubieszowskiego „Staszica” pamięta najstarszy uczestnik jubileuszowego spotkania, które z okazji 90-lecia Gimnazjum i Liceum odbyło się w Hrubieszowie. 88-letni Tadeusz Panasiewicz z Warszawy hrubieszowskie liceum kończył w 1939 roku. Na jubileusz do Hrubieszowa przyjechał wbrew przestrogom swojej rodziny.
-
Ostrzegali, że taki szmat drogi autobusem to dla mnie zbyt duży wysiłek, że mogę
nie wrócić. Odpowiedziałem, że dojadę i wrócę bez kłopotu. Nie mogłem przepuścić
takiej okazji. Musiałem przyjechać do Hrubieszowa, mimo że na spotkanie z
kolegami ze szkolnej ławy nie mam co liczyć – mówi Tadeusz Panasiewicz.
W 1946 r. Panasiewicz wyjechał do Lublina, tam skończył szkołę średnią i studia na KUL. Na jubileuszowy zjazd do Hrubieszowa Panasiewicz przywiózł pękatą kopertę odbitek ze starych fotografii. Na jednej: hrubieszowscy licealiści w paradnych mundurach, na zabawie w 20 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Na innej fotografii 14-letni Panasiewicz razem ze swoim zastępem harcerzy maszeruje w Spale przed prezydentem RP, Ignacym Mościckim. Kolejna fotografia: przejazd furmankami na szkolną majówkę do kompleksu leśnego w Jarosławcu (przed II wojną światową majątek ten należał do Towarzystwa Rolniczego Hrubieszowskiego). Na większości odbitek umundurowani gimnazjaliści i licealiści hrubieszowskiego „Staszica”.
- Pozostały mi tylko zdjęcia. Nie słyszałem, aby żył jeszcze któryś z moich szkolnych kolegów – mówi najstarszy uczestnik jubileuszowego spotkania w „Staszicu”.
Dzwonek za dwie paczki
„sportów”
Ryszard Ważny, absolwent z 1963 r., tak zapamiętał swoje pierwsze kroki w „Staszicu”:
„W murach tej uczelni przetrwał duch dawnej klasztornej dyscypliny, który współgrał z surowością i siermiężnością czasów rozkwitającego PRL – wspomina Ryszard Ważny. - We wrześ- niu tego roku minie 49 lat, kiedy, jako ośmioklasista przekroczyłem mury tej szkoły. Wtedy wyglądała tak: szara, przysadzista, rozłożysta, jednopiętrowa, małe okna utopione w grubych murach, długie korytarze, błotniste podwórze. W prawym rogu murowana latryna, blisko niej stał drewniany internat, w którym oprócz uczniów mieszkał stróż Leon „Wiciechalera” z żoną. Nie pamiętam jego nazwiska, a przezwisko wzięło się stąd, że on i jego żona mówili lwowskim bałakiem i z właściwym mu zaśpiewem oraz akcentem jako przerywnika używali słów „wiecie” i „cholera”. „Wiciechalera” był uczynny. Za „dziękuję” nareperował wywalone przez uczniów w internacie bezpieczniki. Za dwie paczki „sportów” (papierosy) dwie minuty wcześniej ręcznym dzwonkiem obwieścił koniec lekcji, gdy czasem zastępował woźnego Wątróbkę. Maria Nemetti, profesorka łaciny, komentowała to tak: Nie tylko starożytni nie umieli wytłumaczyć sobie pewnych zjawisk, dzisiaj też zdarzają się zagadki. Mój zegarek nigdy się nie spóźnia, jest dokładny, co do sekundy, a teraz proszę, u mnie powinna być jeszcze lekcja, a woźny już dzwoni na przerwę. No, ale dzwonek jest dzwonkiem. Koniec zajęć, valete discipuli!”.
Porzućcie wszelką nadzieję
Piotr Spyra został uczniem „Staszica” we wrześ- niu 1998 r.
„Grube mury dawnego klasztoru dodawały szkole pewnego uroku, tajemniczości i majestatu. Naprawdę czułem się dumny, że będę się tam uczył. Mimo tego, że podobno trzeba było mieć dużo odwagi i samozaparcia, żeby chcieć się uczyć w „Staszicu”. Pamiętam, obok głównego wejścia jakiś desperat wywiesił napis zaczerpnięty z „Boskiej komedii” Dantego: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że cztery lata w tej szkole mogą być ciężkie i wyjątkowe zarazem” – wspomina Piotr Spyra, obecnie alumn w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Zamojsko-Lubaczowskiej.
O wysokim poziomie nauki i ostrym rygorze w „Staszicu” od dawna krążyły po Hrubieszowie różne opowieści.
- Gdy ja się uczyłem, na początku lat 60. ubiegłego stulecia, zabronione były: zabawy poza szkołą, chodzenie do kawiarni, zbyt późne spacery po mieście, a także barwne stroje i makijaż u 17-, 18- letnich panienek. Pewnego razu czarne brwi jednej z uczennic wzbudziły podejrzenie dyrektora. Poślinił palec, potarł nim jej brwi. Danusia zrobiła sobie modną wówczas hennę. Dyrektor ogłosił na apelu: Danka wróci na lekcje jak odrosną jej brwi. Szkoła jest miejscem dla uczennic, a nie panien na wydaniu! – opowiada Ryszard Ważny, dziennikarz i radiowiec.
- Prawdą jest, że uczniowie
gimnazjum i liceum ze „Staszica” najpóźniej o ósmej wieczorem musieli być w
domu. Po tej godzinie nie wolno było im chodzić na spacery po Hrubieszowie. O
odwiedzaniu jakiegokolwiek lokalu nie mogło być mowy – zapewnia Tadeusz
Panasiewicz.
Alicja Onisk została uczennicą hrubieszowskiego liceum w 1957 roku, obecnie jest emerytowaną polonistką ze „Staszica” (w latach 1990-1997) była zastępcą dyrektora w tej szkole.
- Gdy byłam uczennicą, za brak tarczy groziło wyrzucenie ze szkoły. Nasze ubiory i - obowiązkowo - granatowe berety były często sprawdzane, również poza szkołą. Cały czas mieliśmy być licealistami, rozpoznawalnymi wśród mieszkańców Hrubieszowa – wspomina Alicja Onisk.
Jak zakuć książkę telefoniczną
„Staszic” od zawsze słynął z wysokiego poziomu nauczania. Według jednej z bardziej współczesnych plotek, pewnego razu uczniom miejscowego „ekonomika” i „Staszica” kazano się nauczyć na pamięć książki telefonicznej. Uczeń „ekonomika” zapytał wtedy: „Po co?”, a „Staszica”: „Na kiedy?”.
Prof. dr hab. Ryszard Skarżyński, absolwent z 1946 r., na własnej skórze przekonał się, jak ważna może okazać się pozaprogramowa nauka. W 1948 r. był studentem II roku politechniki. Do zaliczenia został mu ostatni egzamin, z chemii.
- Tylko tego wpisu brakowało mi w indeksie. Gdybym go nie uzyskał, groziło mi cofnięcie na poprzedni semestr. Wykładowca zaproponował mi termin niekorzystny dla mnie, poprosiłem go więc namolnie, aby przepytał mnie od ręki. Zgodził się, obawiałem się jednak, że wymyśli mi wyjątkowo trudne pytanie. Dotyczyło atmosferycznych pierwiastków chemicznych. Na wykładach ten sam profesor poświęcił temu tematowi zaledwie kilka zdań, nie wyjaśniając istotnych cech zjawiska. Moja odpowiedź szczerze go zdziwiła: skąd pan o tym wie, skoro ta wiedza jest obecnie dostępna tylko w źródłach anglojęzycznych – zapytał. Wtedy opowiedziałem mu o nadliczbowych lekcjach fizyki i chemii organizowanych popołudniami w Gimnazjum i Liceum St. Staszica w Hrubieszowie – wspomina prof. dr hab. Ryszard Skarżyński.
Bez serca, bez ducha
O nauczycielach „Staszica” krążą podobne legendy.
Dla prof. dr. hab. Lecha Banacha, absolwenta z 1968 r., jedną z najbardziej „ostrych” nauczycielek była profesorka Olucha. Uczniowie mówili o niej: „Bez serca, bez ducha, to pani Olucha”. - Była moją wychowawczynią w internacie. W dniu rozdania
świadectw i pożegnania, razem z kolegą i dwiema koleżankami postanowiliśmy
„rozbić” butelkę wina w parku nad Huczwą. W pobliżu furtki zatrzymała nas
profesor Olucha. Zobaczyła butelkę wina. Gdy powiedzieliśmy jej, że idziemy do
parku w pobliżu stadionu, zaprosiła nas do swojego mieszkania, wyjęła
szklaneczki i wyszła. Tak naprawdę zawsze była miłą i ciepłą osobą - wspomina
prof. Banach, wykładowca na jednym z uniwersytetów medycznych w Republice
Południowej Afryki.
Waldemar Stępień, fotografik – artysta, absolwent „Staszica” z 1950 r. bardzo ciepło wypowiada się o swojej polonistce.
- Na jednej z prac kontrolnych z języka polskiego dostałem ocenę dobrą z adnotacją: „Praca dobra, choć mało twórcza, za brak zeszytu obniżam ocenę”. Profesorka Będzińska, którą miło wspominam, nie mogła mi uwierzyć, że przeczytałem więcej niż było wymagane w obowiązkowej lekturze. Chodziło o wiersz Mickiewicza pt. „Do*** Na Alpach w Spluegen”. Te tzw. szkolne krzywdy będziemy pamiętać do końca życia – uśmiecha się Waldemar Stępień.
Dla posła Bogusława Kowalskiego bycie absolwentem „Staszica” to szczególne wyróżnienie i honor.
- To przecież jedna z najlepszych szkół w tym regionie. Nawet 5 lat studiów nie było tak intensywnych, jak te 4 lata nauki w „Staszicu”. Przypadają one na początek solidarnościowego karnawału, a końcówką był stan wojenny. Byliśmy krnąbrni i opozycyjni wobec władzy komunistycznej. Mniej było w tym świadomości, a więcej odruchów serca. Na drzwiach szkoły malowaliśmy kotwice (symbol oporu) i mieliśmy wielki ubaw, gdy z wielkim trudem próbowano te malunki zetrzeć. Potem mieliśmy spore kłopoty, bo wyszło na jaw, kto jest autorem rysunków. Były upomnienia, wezwano naszych rodziców, a oni potem wytargali nam uszy, abyśmy się nie wygłupiali, bo przed nami życie. Ale między innymi właśnie podobne zdarzenia zdecydowały, że zostałem politykiem – tłumaczy poseł Bogusław Kowalski.
Profesorze,
wybacz
Poseł Kowalski pochodzi z Mircza. Od ponad 20 lat mieszka w Warszawie.
Naukę w „Staszicu” ukończył w 1982 r. W tymże roku omal nie wygrał centralnej olimpiady z geografii.
- Na ostatecznym wyniku zaważyło to, że w stresie pomyliłem dolinę u-kształtną z v-kształtną. No i trzeba było się zadowolić czwartą lokatą. Mam nadzieję, że profesor Zygmunt Drewnik wybaczy mi tę pomyłkę – wspomina Bogusław Kowalski.
Stanisław Nowak uczył się
w „Staszicu”, w połowie lat 60.
- Na świecie wtedy na dobre zadomowiła się hipisowska popkultura. „Beatlesi” co roku wydawali nowy album, a w Polsce szczyty popularności zdobywali „Skaldowie” i „Czerwone Gitary”. Byliśmy całym sercem w tej niezwykłej atmosferze. Dla naszych rodziców, wychowanych na przedwojennych standardach, była ona nie do przyjęcia. Sytuacja na świecie i w kraju była naprawdę trudna – kulminacja konfliktu peerelowskiej władzy z Kościołem katolickim, zimna wojna, wojna w Wietnamie, marzec 1968 roku. Na szczęście nasz świat był mniejszy i znacznie bardziej bezpieczny. Wszystkie nasze najważniejsze przeżycia wiązały się właśnie ze „Staszicem”. Chociaż i tu nie było łatwo. Pierwszy rok był najtrudniejszy – nowa klasa, nowi nauczyciele, od razu wysokie wymagania. Zresztą, czas zaciera to, co było przykre, w pamięci pozostają te wspaniałe przeżycia – przekonuje Stanisław Nowak.
W latach 1993-1998 Nowak był nauczycielem w LO im. ks. St. Staszica, a od 2005 roku nieodpłatnie prowadzi tam zajęcia z automatyki. Jest twórcą szkolnego radia RTM „Staszic”.
Bolesne skutki wagarów
Dla wójta gm. Mircze Lecha Szopińskiego lata nauki w „Staszicu” to przede wszystkim zaszczyt, młodość, no i wspomnienia.
- A tych jest bardzo wiele. Obok poważniejszych są także takie, które traktuję z przymrużeniem oka. Mimo, iż dotyczą przeżyć dla mnie bolesnych. To było w III, może IV klasie liceum. Moi koledzy urywali się z tych trudniejszych lekcji na wagary. Aby uniknąć kłopotów w szkole, zgłaszali się do lekarza i symulując chorobę zdobywali zwolnienia. Pewnego razu jeden z kolegów wybrał się do chirurga, opowiedział mu o bólu w okolicach wyrostka robaczkowego. Po przebadaniu lekarz wypisał mu tydzień zwolnienia. Gdy ja się zgłosiłem do tego samego lekarza i symulowałem podobne dolegliwości, skończyło się tym, że wycięto mi wyrostek robaczkowy. Po operacji cała klasa odwiedzała mnie potem w szpitalu – śmieje się Lech Szopiński.
- Ja natomiast
nie chodziłam na wagary – zapewnia Anna Dąbrowska, prezenterka Telewizji Lublin,
absolwentka hrubieszowskiego „Staszica” z 1984 r. – Ale nie dlatego, że byłam
szczególnie pilną uczennicą, po prostu szkoda mi było zajęć, które zawsze były
ciekawe. Poza tym, miałam szczęście do nauczycieli. Historii uczył mnie Janusz
Woźnica. To wyjątkowy człowiek. Do dzisiaj pamiętam jego lekcje, były bardzo
obrazowe.
Na lekcję o faszyzmie, Mussolinim i Ruchu Czarnych Koszul, profesor Woźnica przyszedł właśnie w takiej czarnej koszuli.
- Bardzo sugestywnie przekazywał nam tę podręcznikową wiedzę. Na przerwach między lekcjami grał z nami w siatkówkę. Ale nie było w tym żadnego spoufalania się. Szanowaliśmy go, był zresztą bardzo wymagający. A swoją działalnością opozycyjną, za którą władza ludowa zamknęła go w więzieniu potwierdził, że to, czego nas nauczał, nie było tylko czczym słowem. Zresztą takich wyjątkowych nauczycieli w tej szkole było znacznie więcej, można by ich wymieniać bez końca – wspomina Anna Dąbrowska.
- Ja swój wybór późniejszej drogi zawodowej zawdzięczam nauczycielom „Staszica”, właśnie historykom. Uczyło mnie ich czworo. Pewnie to właśnie ich zasługa, że z wykształcenia również jestem historykiem – mówi Lech Szopiński.
- Mnie nauka w „Staszicu” pozwoliła zdobyć umiejętności,
które bardzo mi się przydały w mojej późniejszej pracy zawodowej. Mam na myśli
przedstawienia teatralne, które sami przygotowywaliśmy w szkole. Pisaliśmy do
nich scenariusze, reżyserowali, a nawet szyliśmy kostiumy. To dopiero były
spektakle! – dumnie podkreśla Anna Dąbrowska.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|