|
Tym razem byłem w kraju, gdzie ludzie uśmiechają się szczerze i szeroko, w mieście, o którym powiedzieć, że jest piękne, to zdecydowanie za mało. Byłem tam, gdzie czuje się obecność Boga, a obrazki znane z książek stają się realne. Znalazłem się w środku „innej bajki”
Podróż do Syrii rozpoczynamy na południu Turcji, w Adanie. Tutaj na publicznym dworcu wsiadamy do autobusu jadącego do Antakyi.
Podroż autobusem kosztuje 15 ytl (tureckich lir) i zajmuje ponad 3 godziny. Jesteśmy zaskoczeni obsługą. W autobusie, oprócz kierowcy jest też steward, który częstuje podróżnych herbatą i wodą. Chodzi też z czymś w rodzaju „ludwika” i psika pasażerom na ręce. Ci obmywają twarz, szyję i ręce.
Porywczy temperament autochtonów
W końcu dojeżdżamy do dworca, który o dziwo znajduje się na
przedmieściach miasta. Wsiadamy w „pełnoletnie” taksówki i jedziemy na centralny
bazar (koszt 5 ytl). Po drodze przekonujemy się o ognistym temperamencie
tubylców. Po ostrej wymianie zdań naszego taksówkarza z przejeżdżającym
motocyklistą, o mało nie dochodzi do bójki. Później jeszcze 3 razy widzimy
porywczy temperament autochtonów.
W centrum zaczynamy kolejne negocjacje cenowe. Mamy wrażenie, że już całe miasto wie o kilku zabłąkanych turystach, bo samych przewoźników otaczających naszą grupę jest blisko 15. Jeden z nich nieźle mówi po angielsku i on dowodzi całą operacją. Wreszcie dogadujemy się, co do ceny i ruszamy do Syrii. Cena za podróż z Antakyi do Haleb (po syryjsku Aleppo) wynosi 15 ytl.
Dojeżdżamy do granicy. Z daleka widać wojskowych i
przerażający drut kolczasty, ciągnący się wzdłuż drogi. Co jakiś czas mijamy
żołnierskie obozowiska, pasące się owce i kozy. Widać ogniska i gotujące się na
nich potrawy.
Na granicy nasz kierowca okazuje się dobrze znanym przewoźnikiem, wojskowi machają w jego stronę, a wszędzie gdzie się pojawia, staje pierwszy w kolejce. O ile skupisko przepychających się i pokrzykujących Syryjczyków można nazwać kolejką. Wszędzie można palić papierosy.
Prawie jak na granicy z Ukrainą
Przy odprawie paszportowej udaje mi się podpatrzeć, jak nasz kierowca sprytnie zwija banknot w malutki kwadracik i „pstryka” przez małe „pocztowe okienko” w kierunku młodego urzędasa. Ten nie odrywając się od zajęć, łapie w locie banknot i wkłada go do kieszeni. Jak na naszej granicy z Ukrainą, tylko z większą fantazją. Rzeczywiście, odprawa paszportowa poszła szybciej. Dla Waszej informacji, do
Syrii wymagane są wizy – koszt 3-miesięcznej wynosi 25 euro. Dostają ją raczej
wszyscy bez problemów. Jeden warunek: Nie byłeś w okupowanej Palestynie!
Jeszcze tylko raz, przed samą bramą wjazdową do Syrii, przewoźnik włożył banknot do swojego paszportu. Widać państwa będące pod dłuższym wpływem byłego ZSRR mają to głęboko zakorzenione w kulturze operacyjno-administracyjnej.
Niespełna dolar za litr benzyny
Po drugiej stronie granicy uderza widok niezamieszkanych terenów, głównie otoczonych skalnymi blokami górskimi i bezkresną połacią czerwonej ziemi. Mijamy kilkukilometrowy korek z TIR-ów, załadowanych po brzegi owczą wełną.
Po kolejnych kilku kilometrach wjeżdżamy na
zapyziałą stację benzynową, gdzie kierowca naszej taksy zamierza zatankować do
pełna. Przy dystrybutorze porobione są specjalne wzniesienia dla sprytnych
kierowców po to, by po odpowiednim zaparkowaniu (samochód w przechyle) można
było wlać więcej paliwa. Litr benzyny kosztuje niecały dolar.
Na stacji wita nas właściciel. Z dumą i satysfakcją pokazuje swój dobytek oraz posiadłość za stacją benzynową. Pozuje do zdjęć jak wytrawny model. (Wyprzedzając refleksje z podróży, w tym kraju wszyscy chętnie pozują do zdjęć).
Wjeżdżamy do Aleppo. Korek. Mamy załatwione
przyspieszone bicia serca na najbliższe 3 godz. Pojęcie „nie zmieści się”, w
kategoriach syryjskich nie istnieje, a zepsuty klakson może oznaczać jedynie
parkowanie, bo wciska się go równolegle z gazem.
Aleppo zachwyca dostojeństwem, zapachem i starością (pierwsi tubylcy byli tutaj 1 800 lat przed narodzinami Chrystusa). Piękne miasto.
Po wyjściu z taksy negocjujemy drogę powrotną, bo samolot czekać nie będzie, a plan napięty. Po dłuższych, aczkolwiek zaciętych negocjacjach, targujemy powrót do Adany na lotnisko w święto, bo 1 maja w Syrii jest dniem wolnym od pracy.
Zapłacimy po 35 dolarów.
Zaczynamy poszukiwania noclegu. Decydujemy się na mały hotelik (nocleg 10 dolarów). Pospiesznie zrzucamy graty i w miasto.
Magiczne Aleppo
Pięknie to jednak nieodpowiednie słowo. W Aleppo jest magicznie, dostojnie, wielkomiejsko, ortodoksyjnie, odmiennie kulturowo. Więcej o samym mieście możecie znaleźć np. w necie, więc nie ma co zanudzać historią miasta akurat tutaj.
Zanurzamy się w pachnące kawą i miętą uliczki, w poszukiwaniu posiłku. Za namową sprzedawcy soku z pomarańczy trafiamy do syryjskiej knajpeczki. Zamawiamy kebab i kurczaka z grilla. Grill olbrzymi, kebab pyszny. W końcu napiłem się mojej ulubionej herbaty z miętą.
Idziemy na kawę i baklawy – kolejny przysmak. Jest już godz. 22, a miasto nie zwalnia tempa. Obchodzimy główne uliczki. Namawiani na kino, jedzenie, tańce, prostytutki, spodnie, biżuterię, płyty, orzeszki i sziszę wracamy zmęczeni do hotelu.
Kolejny cud świata
Za oknem cichnie gwar. Dzwonię do mamy. To niesamowite, kiedy znajdujesz się w „obcej bajce”, a w ciągu kilku sekund słyszysz bliski Ci głos, czujesz zapach domu, odczytujesz żartobliwe złośliwości o rozliczeniu podatkowym i czujesz tęsknotę bliskiej Ci osoby.
Myślę,
że telefonia komórkowa to kolejny cud świata. Padam na wilgotną poduchę. Nic mi
nie przeszkadza, nie drażni mnie nawet zapach grzyba hotelowego i starych rur w
ubikacji.
Rano wstajemy żwawo, pakujemy plecaki i wychodzimy na ulicę. Tłok, zapach świeżego pieczywa, klaksony znudzonych kierowców. Mijamy pospiesznie 3 przecznice i zostawiamy plecaki w umówionym wcześniej miejscu na dworcu. Teraz szukamy śniadania. Ja mam ochotę na naleśniki. Są podawane „na zimno”, w cytrynowym syropie. Obowiązkowo szklanka wody. Reszta grupy decyduje się na pieczywo. Piekarni jest tu sporo. Cały proces pieczenia można obserwować na żywo. Piekarze widząc, że rejestruję całość kamerą, dają popis swojej szybkości pracy, dokładności i elegancji pieczenia. Rzeczywiście, przypomina to mały show. Skusiłem się dodatkowo na wypieki. Placki warzywne, pomidorowe, mięsne, na słodko z owocami.
Oczy dookoła głowy
Ulice zakurzone, w coraz bardziej doskwierającym słońcu,
odsłaniają nam swoje tajemnice. Wstępuję do sklepu muzycznego, by kupić typową
syryjską „muzę”. Nie ma oryginałów są tylko mp3. Kupuję 2 płytki. Każda po 25
funtów syryjskich (jakieś 1,1 zł). Na płycie ok. 11 albumów jednego wykonawcy.
Niezły początek dnia.
Dochodzimy do pierwszego
skrzyżowania. Wygląda to tak: ulica, skrzyżowanie, światła, 2 policjantów po
każdej stronie i nie wiadomo, o co chodzi: czerwone – wszyscy idą, zielone -
policjanci gwiżdżą, a samochody cały czas się przeciskają. Krótko mówiąc, oczy
dookoła głowy, uszy jak anteny i szybka przerzutka w nogach.
Wbijamy się w zielone płuca śródmieścia - park. Ładnie w sumie jak na park, ale jakoś tak wycieczkowo. Biegają za nami cały czas dzieciaki z drewnianymi stołeczkami, oferując czyszczenie butów.
Zatrzymujemy się chwilę na kawę. Gorszej w życiu nie piłem.
Koleś obok nas na ławce pali nargillę.
Sprawdzamy
przewodniki, wymieniamy się informacjami na temat tego, co warto zobaczyć.
Idziemy w kierunku cytadeli.
Fajnie, bo tym razem przekombinowaliśmy ze skrótem i krótko mówiąc zabłądziliśmy. Syria obnaża przed nami swoje „zaplecze”. Mijamy budynki bez okien, zamiast firanek podarte koce, suszą się dywany na płotach, starcy podpierają stare mury miasta, dzieci beztrosko czmychają między przechodniami. Wszędzie, gdzie to możliwe, wiszą olbrzymie zdjęcia byłego prezydenta oraz obecnego – jego syna. Śmiesznie to wygląda. Prezydent w okularach przeciwsłonecznych, prezydent kokietujący, uśmiechnięty, zamyślony, stanowczy. Notabene „starszy” jest podobny do Jacka Cygana.
Pod górkę i z
górki
To, co zapamiętałem najbardziej z tego spaceru, to uśmiechy szczere i szerokie. Marzy mi się, aby w naszym kraju było tak dużo szczerych uśmiechów, serdeczności, pozdrowień, zwykłej ludzkiej życzliwości. Ech, taka mała rzecz, a wprowadza człowieka w pozytywny nastrój.
Przebijamy się dalej w kierunku cytadeli przez
rzemieślnicze stragany. Towary wiszą wyeksponowane na hakach, sznurach,
poukładane w zmyślne figury, świecą w słońcu.
Mijamy
cmentarz. Każda płyta nagrobna ustawiona w kierunku Mekki sprawia, że całość
wygląda jak uporządkowana mozaika (w Syrii chowa się zmarłych w pozycji prawie
siedzącej).
Przechodzimy przez zacienione podwórze, gdzie siedzą mężczyźni. Widać pora odpoczynku, bo każdy z nich wyleguje się na miękkim dywanie, zakutany w galabiję. Część gra w begamona – to bardzo popularna gra w Syrii. Jeden z pijących herbatę na widok aparatu fotograficznego podnosi się i odprawia rytualny taniec radości, wymachując drewnianą laską, śpiewając i śmiejąc się do kolegów.
Technical University
Cytadela Kalat Halab odsłania swoje oblicze. Kamienna tafla umieszczona jest na wielkim wzniesieniu. Do wejścia prowadzą długie schody. Przed wejściem zaskakuje nas tablica informacyjna o cenach biletów. Tubylcy 15 funtów syryjskich, obcokrajowcy 150, studenci 10. O nie, nie po to zdzieram buty po różnych krajach świata, aby ktoś mnie wykorzystywał finansowo z racji mojej innej przynależności narodowej. Po cichu proszę moich współkompanów o przygotowanie prawa jazdy. Pewny siebie, z uśmiechem proszę o bilety studenckie. Bileter krzyczy, że tylko dla International Student’s Card. Pokazuję prawo jazdy. Biegnie kierownik, macha, że takiej karty nie honorują. Ja biegnę za nim, pokazując na samochody na odwrocie. Mówię, że to Technical University. Macham ręką na resztę grupy, która z polskim uśmiechem macha technical University Student Card. Zwycięstwo! Zamiast 7,2 zł, zapłaciliśmy po 0,48 zł. I bardzo dobrze.
Czuje się
obecność Boga
Widok z Cytadeli Kalat Halab zapiera dech w piersi. Stoję oparty o ruiny serca Aleppo i wsłuchuję się w głos muezinów, którzy rozpoczynają swój koncert z minaretów. Nieziemskie doznanie. Miasto zamiera, a „konwersacja” chwalących Pana sprawia, że duch religii zaczyna wirować dookoła. Wpatruję się w meczet, gdzie pochowany jest ojciec Jana Chrzciciela. Czuje się tu obecność Boga, a obrazki znane z książek stają się realne, ludzkie.
Wchodzimy do suków. Widziałem podobne w Marakeszu, ale te są bardziej odizolowane od reszty miasta. Wąskim tunelem wchodzi się w świat handlu, modlitwy i muzyki. Świeże mięso powieszone na hakach. Sam możesz wybrać, na którą część masz ochotę. Przyprawy usypane w kolorowe kopce, owoce poukładane w kolorową mozaikę. Mijamy małe knajpeczki, piekarnie, cukiernie, dywanolandię, skóry, garnki, wiadra, biżuterię i tysiące innych rzeczy, które po godzinie stają się jedną wielką plamą kolorowych szkiełek, pachnideł, osadzoną w harmidrze kupieckim, od czasu do czasu przeplatanych skupieniem i modlitwą.
Na koniec spotykamy
Sebastiana the Corrnera (tak nazywa się sprzedawca biżuterii ze sklepu na rogu).
Seba zna muzykę Moniki Brodki i Dody. No cóż, dziewczyny wiedzą, jak zdobywać
fanów.
Szukamy miejsca na obiad. Trafiamy do sympatycznej knajpy na dachu. W oknach kolorowe koraliki, pod sufitem kryształowe lampy, stoły jak ze Społem, lekko zakurzone sztuczne kwiaty...
W tle słychać stare hity rockowe, przeplatane old schoolowym jazzem. Na obiad tradycyjny kebab (tutaj chyba tylko kebab jest daniem obiadowym), wielkie litrowe piwo i oczywiście warzywa.
Najświętsze miejsce
Aleppo
Postanawiamy odwiedzić meczet Omajjadów
z VIII w. To najświętsze miejsce w Aleppo. Żeby tam wejść, trzeba zakryć
wszystkie nagie części ciała. Moi znajomi dostają abaje – coś, co wygląda jak
habit z kapturem. Zdejmujemy obuwie i wchodzimy na przepiękny plac. Dookoła
placu są podcienia, takie jak w Zamościu. Po jednej stronie oddzielonej grubym
sznurem siedzą kobiety. Nie mogą wychodzić poza wyznaczone terytorium. Na środku
placu studnia, a dookoła niej ławki. Tam mężczyźni myją stopy. Kobiety powinny
to zrobić w domu, bo widok ich nagich stóp odciąga mężczyzn od Boga. Kobiety
mają oddzielną „kaplicę” do modlitwy. Mężczyźni mają dużo więcej swobody.
Olbrzymie sale do modlitw wyłożone miękkimi dywanami. Wszędzie leży Koran.
Niektórzy po prostu śpią, inni się modlą, bijąc pokłony w pełnym skupieniu,
jeszcze inni najnormalniej w świecie siedzą, dyskutują, śmieją się i coś
opowiadają.
Piękne słońce na dziedzińcu wygania mnie ze środka meczetu. Obserwuję porządkowego. Chodzi z długim kijem i bije po nogach kobiety, które przekraczają linię. Wypędza dzieci, a małe niesforne dziewczynki z pełną premedytacją straszy, wskazując miejsce przy matce. Podchodzi do grupy turystów i kategorycznie nakazuje im opuścić meczet. Duka po angielsku, że to miejsce kultu i modlitwy, a jak nie chcą tego uszanować, to on musi powiedzieć out. Bardzo dobrze – sam nie przepadam za turystami, którzy grają luzaków nawet w miejscach, gdzie najnormalniej w świecie nie wypada.
Rozpoczyna się msza. Mężczyźni siedzą wokół „kaznodziei”, wsłuchują się w jego słowa. Sposób, w jaki do nich mówi jest normalny, nie słychać nuty teatralnej, nuty zakazów, nakazów. Bardziej odczuwam słowa jako podpowiedzi w rozumieniu, wytłumaczenie.
Do zobaczenia chłopaki
Wieczór. Wędruję po znajomych już ulicach. Wdycham zapach Aleppo po raz ostatni. Jest godz. 22. Mamy jeszcze 2 godziny do odjazdu. Wchodzimy do „dworcowej knajpeczki” i zamawiamy herbatę jabłkową. W rogu olbrzymiej sali stoją szisze. Wielgachne, blisko półtorametrowe srebrne rury. Pobłyskują w świetle. Na górze mają talerze z naczynkiem, w którym ubijany jest mokry tytoń - melasa. Naczynko przykrywane jest folią aluminiową, na którą kładzie się kawałki rozżarzonego węgla. Na dole szklane, przyozdobione rzeźbieniami pojemniki na wodę. Z boku sziszy wychodzi wąż zakończony drewnianym ustnikiem. Zamawiamy dwie, oczywiście z jabłkowym suszem. Podglądamy innych biesiadników, a jest ich sporo. Każdy ćmi. Szisze bulgoczą przy stołach, a cała knajpa pachnie jabłkowym tytoniem. Zaczyna się mecz w tv. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, kto z kim gra, ale z minuty na minutę wszystkim udziela się sportowa atmosfera. Starcy w „arafatkach” pokrzykują, pouczają, wymieniają między sobą uwagi. Młodsi, z większą pokorą, ale również starają się dotrzymać tempa konwersacji. Szkoda, że to już koniec syryjskiej przygody.
Wychodząc spoglądam na tubylców i po cichu mówię sam do
siebie, I’ll be back. I trochę głośniej. Do zobaczenia w Damaszku, chłopaki.
Uśmiechnęli się. Mam wrażenie, że wszyscy.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|