|
W Dołhobyczowie ludzie od zawsze (to znaczy od końca wojny) chodzili
do kościoła przez park obok pałacu. I swoich przyzwyczajeń nie zmienią. Nie ma
siły. A nowy właściciel pałacu będzie chyba musiał się z tym pogodzić
Jan Rudnicki (49 l.), pochodzi z Ożarowa Mazowieckiego. Tam ma 22-hektarowe gospodarstwo. Od 4 lat jest też właścicielem 240 ha w Nowosiółkach (ziemię kupił po byłym PGR). W 2007 roku kupił park (ok. 12 ha) i pałac (1 400 m kw.) w Dołhobyczowie od spadkobierców ostatnich właścicieli, Świeżawskich.
Rudnicki nie przepuści okazji, aby zakomunikować, iż jest absolwentem warszawskiego Liceum im. św. Augustyna, gdzie zdobył odpowiednie kwalifikacje do nauczania religii. Wykorzystując swoją wiedzę, stale przypomina o zasadzie, jaką wpojono mu podczas szkolnej edukacji. A mianowicie, jak powiada, co zostało ukradzione, należy oddać. I podobnie rzecz ma się z drogami, na terenie zespołu parkowo-pałacowego. Wytyczonymi bezprawnie (i bez sensu, bo jedna przebiega pod pałacem), następnie skomunalizowanymi, czyli będącymi własnością gminy Dołhobyczów.
- Poprzednim właścicielom pałac i park po prostu ukradziono. A później władza wydzieliła w parku drogi. Czyli znowu zabrała teren, który nie był jej - mówi rozgoryczony Rudnicki.
Dróg, o których wspomina nie było, a znalazły się w planach dopiero w latach 50. To wtedy zostały wytyczone. Ich istnienie potwierdziła ustawa z roku 1990, na mocy której cała nieruchomość została w roku 1993 (decyzją wojewody zamojskiego) przekazana gminie. I stąd, ujmując rzecz w skrócie, wszystkie kłopoty.
Park żyje
Rudnicki każdego dnia przechadza się po swoich włościach w Dołhobyczowie. Nawet nie uczestnicząc w życiu wsi, jest doskonale poinformowany o kondycji mieszkańców, zna ich upodobania.
Spoglądając z parku na sąsiadujące z nim ogródki uprawiane przez miejscowych zdążył nabrać przekonania, że okolice zamieszkują ludzie, którzy dbają o swoje obejścia. Grządki zadbane, nigdzie śmieci.
- O, czyściutko mają. A dlaczego? Bo wszystko, co jest im niepotrzebne wywożą do mojego parku – tłumaczy Rudnicki. Istotnie, w parku co jakiś czas można się natknąć na sterty zbutwiałych chwastów (to te z grządek), są też góry popiołu.
Park przy pałacu pełni też niebagatelną rolę miejsca spotkań towarzyskich.
- Tatrę piją – zauważa z uznaniem
Rudnicki, spoglądając na puszki po piwie. Ale miejscowi nie gardzą też trunkami
zza wschodniej granicy. To samo dotyczy papierosów.
W parku podtrzymywane są przyjaźnie, rodzą się też związki
bliższe. Być może tylko przelotne, choć kto wie, czy nie ma i trwalszych. Dowód?
Pozostawione prezerwatywy. Z napisów na murach można się dowiedzieć, która z
okolicznych dziewcząt cieszy się poważaniem, kto kogo właśnie pokochał, a która
z miejscowych to najgorsza k...
Ze śmieciami i
napisami od biedy można się uporać, gorzej, że jak powiada Rudnicki, sąsiedzi
wpadli na racjonalizatorski pomysł usuwania nieczystości płynnych z chlewików.
Gnojowicę wpuszczają wprost do znajdującego się na terenie parku stawu.
Właściciel doszedł do wniosku, że tak dalej być nie może. Bo zatrudniani przez niego ludzie niemal codziennie zajmują się sprzątaniem, ewentualnie wprawianiem szyb w oknach pałacu.
Zerwanej instalacji elektrycznej już nawet nie wymieniają, bo to bez sensu.
Rudnicki: - W kablach jest aluminium. Kradną, później
sprzedają. Czasami zerwą blachę z dachu, bo miedziana. Na złomie dobrze za to
płacą. Gdy kupiłem pałac, nie było rynien. Też pewnie sprzedali. Ale proszę,
grzejników żeliwnych nie ruszają. Bo chyba za ciężkie. Nie opłaci im się
zabierać. Bo to już wymaga zachodu, a oni swój rozum mają. Po co się męczyć?
Rudnicki chciałby teren ogrodzić, doprowadzić posesję do porządku. Ma ambitne plany związane z pałacem. Chciałby w nim urządzić hotel, restaurację, centrum konferencyjne. Zapewnia, że skorzystałaby też miejscowość. Bo przecież mieszkańcy już teraz u niego pracują, a i w przyszłości znaleźliby zatrudnienie.
- Przecież ludzi z Warszawy nie przywiozę – wyjaśnia. I dodaje, że jeden z budynków znajdujących się na terenie parku mógłby zagospodarować tak, aby mogli z niego korzystać miejscowi. Byłaby tam może świetlica, być może udałoby się utworzyć coś na kształt lokalnego muzeum, przypominającego o historii Dołhobyczowa, tudzież pałacu i jego wcześniejszych właścicielach.
Jednak dopóki nie ma ogrodzenia, z żadną poważną inwestycją nie można ruszyć.
I tak źle, i tak niedobrze
Negocjacje w tej sprawie Rudnicki prowadzi z zamojską delegaturą Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków, władzami gminy Dołhobyczów, mieszkańcami Dołhobyczowa oraz Kolonii Dołhobyczów. Na razie bez skutku.
On chciałby teren ogrodzić, ale mieszkańcy Dołhobyczowa i Kolonii Dołhobyczów są temu przeciwni. Jak pamiętają, drogi zawsze (czyli po II wojnie światowej) w parku były. Szczególnie zależy im na jednej. Chodzi o trakt, którym podążają do kościoła. Przekonują, że jeśli właściciel teren ogrodzi, idąc do świątyni będą musieli pokonywać trasę dłuższą (o 200, w skrajnych przypadkach o 500 m).
To by potwierdzało przypuszczenia Rudnickiego, który zauważył, że sąsiedzi nie w ciemię bici, i na darmo męczyć się nie chcą. Jeśli mają okazję, to działają na skróty (przykład, to owe ciężkie, żeliwne grzejniki). Bój o drogi i ewentualne ogrodzenie toczy się już od kilku
miesięcy. Ostatnie zebranie, w którym uczestniczył Rudnicki, a także wójt Jan
Demendecki, przedstawiciele WUOZ, i kilkunastu mieszkańców (w tym sołtysi),
odbyło się 29 kwietnia.
Rudnicki przekonywał, że
gdyby nawet chciał ogrodzić teren tak, by drogi zostały (czyli odgrodzić je od
reszty parku), to zrobić tego nie może. Zgody na takie rozwiązanie nie daje
Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków. Ten zakomunikował Rudnickiemu, że posiadłość,
jaką nabył to „cenny przykład rezydencjonalnego założenia z I połowy XIX wieku,
utrzymany w charakterze klasycystyczno-romantycznym”. Z tego akurat Rudnicki się
bardzo cieszy. Tyle tylko, że WUOZ dalej zaznaczył, iż „należy podjąć działania
w kierunku likwidacji wtórnych podziałów przez drogi i ciągi piesze, co umożliwi
przywrócenie integralności historycznego układu”. Czyli, w wolnym przekładzie
oznacza to, że służby konserwatorskie nie dopuszczają (zresztą istnienia dróg
nigdy nie zaakceptowały) sytuacji, w której wzdłuż traktów pieszych mogłoby
stanąć ogrodzenie, a teren parku zostałby w ten sposób podzielony. Z kolei
mieszkańcy nie dopuszczają możliwości, aby Rudnicki ogrodził cały park. Bo to,
jak tłumaczyli, kojarzy im się z gettem, bo nie będą mogli swobodnie spacerować
po parku, bo im też się coś należy.
Gdy padła
propozycja, że w określonych godzinach (np. od 8 do 20) furtka wiodąca do drogi
(tej najważniejszej, do kościoła) będzie otwarta, mieszkańcy stanęli okoniem.
Argument był taki: A jak ktoś będzie się gościł i przyjdzie mu wracać po godz.
20, to co?
Ostatecznie mieszkańcy wiosek wyrazili gotowość rezygnacji ze swobodnych (czyli drogami i bezdrożami) spacerów po parku. Zaproponowali, aby Rudnicki kupił od gminy wszystkie drogi, poza jedną, czyli tą, którą chodzą do kościoła. Oczywiście resztę terenu może sobie ogrodzić.
- Muszę kupować drogi, choć w akcie notarialnym ich nie miałem. To po pierwsze. Po drugie, jeśli chcę uchronić park i pałac przed dewastacją, i tak muszę postawić ogrodzenie. W zasadzie dwa. Bo trzeba ogrodzić cały park, a w nim drogę. Ale na to nie zgodzi się konserwator zabytków - biada Rudnicki. Właściciel już myśli o tym, aby pozbyć się kłopotu. Pałac i park sprzeda. I to z zyskiem.
Piotr Machometa,
sołtys Kolonii Dołhobyczów radzi, aby nie podejmować decyzji pochopnie. Sołtys
ma nadzieję, że z czasem może ludzie się przyzwyczają i do nowego właściciela, i
do ogrodzenia. A i brzydki zwyczaj śmiecenia w parku oraz wybijania szyb w
pałacu może się skończy. Może.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|