newsroom    
Startuj Ulubione Kontakt
Region - Gospodarka i polityka - Kultura i rozrywka - Życie społeczne - Sport - Edukacja - Komunikaty ROL
 
 Szukaj:
Google   
  , imieniny: Franciszka, Kazimiery, Ruty strona główna/newsroom  
 O artykule
Autor: Roztocze Online - Zygmunt Nosal
Data: 2.04.2008, 10:01
Zmiany: 4.04.2008, 10:58
Czytane: 479x
Komentarzy: 5 [sprawdź]
  
Miesiąc z wiosłem w ręku [20/1]

[przeczytane: 20x/komentarzy: 1]
Archiwum: 508   Archiwum>>
Co się dzieje na Forum?
Zapisz się!
Elektroniczy biuletyn ROL
co tydzień w twojej poczcie email.
Sprawiedliwość po latach  

Internowani działacze antykomunistycznej opozycji walczą przed sądem o odszkodowania i zadośćuczynienie za krzywdy i cierpienia doznane w czasach PRL-u. Kilkanaście osób – członków podziemnej „Solidarności” i „Solidarności Rolników Indywidualnych” złożyło już wnioski

Do tej pory wpłynęły do SO w Zamościu 24 takie wnioski - mówi sędzia Jerzy Rusin, rzecznik prasowy SO w Zamościu. - W trzech sprawach zapadły już prawomocne orzeczenia, dwa kolejne czekają na uprawomocnienie.
O odszkodowania i zadośćuczynienie wystąpili m.in.: Jan Drozdowski z „Solidarności RI”, Henryk Kąkol i Emilian Marcola - działacze „Solidarności RI” z gminy Komarów, Ryszard Wichorowski (tworzył „S” w zamojskim PKS-ie), Mieczysław Telejko (zakładał związek na kolei), Jerzy Zacharow - był przewodniczącym Komisji Zakładowej „S” w Kombinacie Budowlanym, taksówkarz Henryk Kuks, Jerzy Adamczuk - organizator Wszechnicy Robotniczej, Tadeusz Daniszewski - przewodniczący „S” w Zakładach Mięsnych.

Dziejowa sprawiedliwość
Działaczom podziemia podstawę do wystąpienia o zadośćuczynienie i odszkodowanie dała znowelizowana ustawa o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego.

Zmiany w przepisach zostały wprowadzone z inicjatywy PiS-u, jeszcze w czasie poprzedniej kadencji parlamentu. Do tej pory za nieważne z mocy prawa uznawano wszystkie orzeczenia wydawane w latach 1944-1956, jeżeli powodem skazania była działalność niepodległościowa. Orzeczenia, które zapadły w związku z działalnością opozycyjną już po 1956 roku mogły być zmienione, ale wyłącznie na skutek wznowienia postępowania, albo kasacji wniesionej przez Prokuratora Generalnego lub Rzecznika Praw Obywatelskich. Jeżeli nie wniesiono tych nadzwyczajnych środków zaskarżenia, wyroki komunistycznych sądów skazujące działaczy opozycji pozostały prawomocne! Podobnie było z decyzjami o internowaniu, wydawanymi na podstawie dekretu o stanie wojennym.
Osoby, które w czasach PRL-u walczyły o suwerenność Polski i poszanowanie praw człowieka, które przeciwstawiały się władzom komunistycznym zakładając wolne związki zawodowe, za swoją działalność opozycyjną doznawały licznych represji. Były wielokrotnie zatrzymywane i więzione, czasami bite i poniżane, szykanowane i wyrzucane z pracy, często zaniżano im zarobki. Wielu działaczy „Solidarności” utraciło zdrowie, a ich bliscy i oni sami ze strony SB i władz partyjnych doznali licznych szykan. Sprawiedliwości społecznej nie stało się zadość, bo ofiary nie mogły dostać żadnych rekompensat, a ich oprawcy pobierali w tym czasie wysokie emerytury.

Dzięki zmianie przepisów, za nieważne z mocy prawa zostały uznane wszystkie decyzje o internowaniu, a osoby represjonowane w okresie 1957-1989 mogą ubiegać się o odszkodowanie i zadośćuczynienie. Wysokość tych świadczeń została ograniczona do 25 tys. zł łącznie. Jeżeli opozycjonista już nie żyje, to z roszczeniem do sądu może wystąpić małżonek takiej osoby, dzieci lub rodzice.
Nowelizacja ustawy weszła w życie na początku grudnia ub. roku, ale tylko przez rok pozwala składać wnioski w sądach okręgowych.

W Zamościu zapadły już pierwsze orzeczenia. Jerzy Zacharow, Ryszard Wichorowski i Tadeusz Daniszewski otrzymali po 25 tys. zł tytułem zadośćuczynienia i odszkodowania, Mieczysław Telejko - 15 tys. zł, a Henryk Kuks - 13 tys. zł.

Nasi górą?
- Dopiero po 27 latach od wprowadzenia stanu wojennego państwo wynagradza nam doznane wtedy cierpienia, krzywdy i upokorzenia - mówi Jerzy Zacharow. - Odszkodowanie za te wszystkie lata ograniczono do góra 25 tys. zł. Czy to dużo? To tylko 2-3 esbeckie emerytury, które oni przecież dostają co miesiąc. Będziemy bronić socjalizmu jak niepodległości – mówili komuniści. I rzeczywiście mieli czego bronić – stanowiska, apanaże, profity. Wysokie emerytury wciąż pobierają generałowie - członkowie WRON i Rady Państwa, którzy są odpowiedzialni za bezprawne wprowadzenie stanu wojennego, internowania i represje wobec członków „Solidarności”. Spuścili ze smyczy sforę esbeków, która robiła, co tylko chciała. A dzisiaj wszyscy oni dobrze się mają.

Zacharow wspomina funkcjonariuszy służby więziennej, milicji i SB, m.in. tych, którzy masakrowali internowanych w czasie buntu w Kwidzyniu. I wielu innych. Przeszli na emerytury, albo znaleźli dobre posady np. w urzędach. Są tacy jak np. Janusz Łach, którzy zmienili nazwiska i prowadzą nowe życie.
Zacharow po zwycięstwie „Solidarności” uczestniczył w pracach komisji weryfikującej funkcjonariuszy SB i MO.
- Co z tego, że zweryfikowaliśmy pozytywnie tylko 30 proc. funkcjonariuszy, skoro Krzysztof Kozłowski, minister spraw wewnętrznych w rządzie Mazowieckiego odwrócił te proporcje. W służbie zostało 70 proc. starej kadry - oburza się Zacharow.

Zrobię z ciebie sito
Jerzy Zacharow był przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w Kombinacie Budowlanym. Stan wojenny zastał go w Warszawie. Pojechał tam ze związkowcami, by wziąć udział w obchodach I rocznicy odsłonięcia Pomnika Pomordowanych Stoczniowców. Wyruszyli zakładowym autokarem, z wieńcami. Mieli też spotkać się ze związkowcami z KB Wschód. Oficjalnie była to wycieczka turystyczna.
- W nocy z 12 na 13 nocowaliśmy w Zegrzu, 13 rano wjeżdżaliśmy do Warszawy - wspomina Zacharow pierwszy dzień stanu wojennego. - Na rogatkach przywitały nas czołgi i pojazdy opancerzone, żołnierze grzali się przy koksownikach ustawionych na ulicy. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Wszędzie było pełno wojska i milicji.

Podjechali pod siedzibę mazowieckiej „Solidarności”. Była zdemolowana przez milicję, ale gromadzili się tam związkowcy, których jeszcze nie internowano.
- Nasz autokar przywitano owacyjnie - ludzie krzyczeli: „Posiłki z Zamościa przyjechały” – opozycjonista rozczula się na wspomnienie tamtych chwil.
Wkrótce nadciągnęły oddziały MO.
- Mieli kaski, tarcze i pałki, szli zwartym szykiem. A my mogliśmy co najwyżej rzucać w ich stronę puste butelki po mleku i śmietanie. Próbowaliśmy wycofać się, ale amfibie otoczyły nasz autokar. Zabrali nas do siedziby WRON na Cyryla i Metodego. Tłumaczyliśmy, że jesteśmy na wycieczce, mieliśmy odpowiednie papiery z PTTK. Udało nam się ich wpuścić w maliny, dali nam przepustkę i pozwolili wracać do domu - śmieje się pan Jerzy.

Spróbowali jeszcze przebić się do Ursusa, a później do Gdańska, by dołączyć do strajkujących w jakimś dużym zakładzie, ale wszędzie stały patrole. Musieli wracać do Zamościa.

Zacharow wiedział, że SB będzie czekać w mieszkaniu, dlatego postanowił zawiadomić bliskich o swoim szczęśliwym powrocie za pośrednictwem rodziny, mieszkającej w kamienicy przy dzisiejszej ul. Piłsudskiego 8. Zaledwie kilka minut po tym, jak tam wszedł, drzwi wypadły z zawiasów i do środka wdarli się esbecy.
- Próbowałem z balkonu na I piętrze zejść po rynnie - relacjonuje Zacharow. - Na dole stał milicjant. Przeładował automat i krzyknął „Skacz chamie, a sito z ciebie zrobię”. Wiedziałem, że nie żartuje, wróciłem do środka. Tam jeden z esbeków - kpt. Pasieczny wyjął pistolet i kazał mi podnieść ręce do góry. Założyli mi kajdanki. Tak zaczęła się moja wędrówka po więzieniach i aresztach.

W żeńskim przebraniu
Zacharow był internowany prawie rok. Wyszedł z więzienia 7 grudnia. Już 10 grudnia znowu został zatrzymany.
- 13 grudnia mieliśmy obchodzić pierwszą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, planowaliśmy pojechać na Jasną Górę - twierdzi zamojski opozycjonista. - Należało przecież podziękować Matce Boskiej za szczęśliwe zakończenie internowania. Zgarnęli mnie, by pokrzyżować nam plany.
Podobnych zatrzymań do roku 1989 Zacharow doliczył się w sumie 14. Raz nawet esbecy wzięli nie tylko jego, ale i 4-letnią córeczkę.
- Powiedziałem, że muszę odebrać córkę z przedszkola - opowiada pan Jerzy. - Jak tego nie załatwią, to „po dobroci” nigdzie nie pójdę i będą musieli użyć siły. Zgodzili się, pojechaliśmy do przedszkola. Później przez 4 godziny trzymali mi dziecko na komendzie, aż żona nas odnalazła. Przedszkolanki dały jej znać, że bezpieka nas zgarnęła.

Działaczy „S” często zatrzymywano za jawne manifestowanie patriotyzmu i udział w obchodach niewygodnych dla komunistycznego reżimu wydarzeń, np. za składanie kwiatów w Komarowie, w rocznicę zwycięskiej bitwy z bolszewikami.
Raz, by wymknąć się esbekom, Zacharow przywdział damskie szaty. Było to w grudniu, po mszy świętej w intencji Ojczyzny, odprawianej u oo. Redemptorystów.
- Wyszedłem w futrze żony, z czapką nasuniętą na czoło i z płaczącym dzieckiem na ręku. Ominąłem dwóch esbeków, którzy obserwowali kościół, ale szczęśliwie niczego nie zauważyli. Do 2 w nocy czekali na mnie przy furcie licząc, że jeszcze nie wyszedłem. Wreszcie o. Władysław Ziober zlitował się nad nimi, otworzył kościół i pokazał, że w środku nikogo nie ma. Nie mogli uwierzyć - działacz podziemnej „S” wyraźnie cieszy się na wspomnienie tej historii.
Później zamykali Zacharowa już przed mszą. Z kościoła jednak nigdy go nie wyprowadzono. Aż do 23 lipca 2007 roku, gdy w Zamościu zorganizowano centralne Święto Policji.
- Wtedy to funkcjonariusze służb specjalnych usunęli z katedry zamojskiej mnie i kolegę Ryszarda Wichorowskiego. Poczułem się tak, jakbyśmy wrócili do komuny i dosięgły nas długie ręce SB - skarży się Zacharow.

Walczyli też rolnicy
Wśród internowanych było wielu działaczy „Solidarności Rolników Indywidualnych”. Henryk Kąkol organizował struktury podziemne NSZZ „S” RI, a jesienią 1981 r. pełnił funkcję przewodniczącego zarządu gminnego NSZZ „S” w Komarowie, był także członkiem prezydium wojewódzkiego związku.
Redagował, drukował i kolportował podziemne publikacje, nawiązywał kontakty z innymi działaczami podziemnych organizacji, pomagał w organizacji duszpasterstwa rolniczego, organizował zakazane uroczystości patriotyczne np. 3 Maja, 11 listopada, rocznicy bitwy pod Komarowem itp. Z tego powodu wielokrotnie był wzywany przez funkcjonariuszy SB na posterunek milicji w Komarowie, Tomaszowie Lubelskim i Zamościu. Esbecy, by zdyskredytować jego osobę w oczach społeczeństwa, rozsiewali o nim fałszywe informacje. Wielokrotnie przeprowadzano w jego domu rewizje. Niektóre kończyły się zatrzymaniem na 48 godzin.
- W czasie jednego z przeszukań funkcjonariusze użyli wobec mnie siły, żona bardzo to przeżyła, odżyły wspomnienia z czasów okupacji. Wkrótce miała wylew, później drugi i trzeci. Obecnie jest sparaliżowana i wymaga stałej opieki - mówił Henryk Kąkol na swojej rozprawie przed SO.
Opowiadał także, jak doszło do internowania go.
- Zatrzymano mnie 13 grudnia wczesnym rankiem, w czasie pacyfikowania chłopskiego strajku okupacyjnego na ulicy Bazyliańskiej - wspomina członek „Solidarności Rolników Indywidualnych”. - Załadowali nas do samochodów. Mieli listę, kogo mają zatrzymać. Wywieźli nas do lasu pod Łabuńkami i tam pojedynczo wypuszczali tych, których nie było na liście. Nie miałem dowodu i szybko zmyśliłem nazwisko. Tak się wymknąłem.

Piasek w zębach
Związkowiec na piechotę wrócił do Komarowa. Na drugi dzień, 14 grudnia 1981 przyszedł po niego milicjant i dwóch esbeków. Zabrali go do Komarowa, a później do Zamościa. Na kilka godzin trafił do bardzo zimnej celi, co jakiś czas zaglądali tam do niego esbecy. Podobnie jak inni działacze „S” z naszego regionu, trafił później do więzienia do Krasnegostawu, a następnie do Włodawy i Kwidzyna.
- W Krasnymstawie ulokowali nas w celi nr 54. Na materacach i na podłodze było bardzo dużo krwi. To był straszny widok. Dowiedziałem się potem, że więźniowie zostali tam pobici za próbę kontaktowania się z internowanymi - opowiada rolnik.
Jedzenie najgorsze było w Krasnymstawie, jedli tam np. zjełczałą margarynę. Wigilijny barszcz zrobiono im chyba z buraków pastewnych. Kiedy skarżyli się wychowawcy, ten twierdził, że strażnicy jedzą to samo. Ale nie chciał przy nich spróbować tych rarytasów.
- W Krasnymstawie jedzenie było bardzo złe - potwierdzał przed sądem inny internowany - Ryszard Wichorowski. - Siedział z nami w celi taki rolnik, Wacław Szady z gminy Skierbieszów. Mówił, że jedzenie mamy takie jak na Majdanku, gdzie Niemcy więzili go w czasie okupacji. Chleb dawali nam z piachem. Myślałem, że tylko skórka jest przybrudzona, ale nawet po oddzieleniu jej od kromki niesamowicie zgrzytało nam w zębach. Lepiej karmiono nas we Włodawie. Z kolei w Kwidzyniu często dostawaliśmy zepsute jedzenie. Nieraz trudno było zjeść zupę, tak śmierdziała.

Z kolei Jerzy Zacharow zapamiętał najbardziej ohydne wędzone szprotki, które podsmażono im na zjełczałej margarynie.

Współpraca przy widłach
- Wielokrotnie namawiano mnie do podpisania lojalki, ale nigdy tego nie zrobiłem - mówi Henryk Kąkol. - Koledzy ostrzegali mnie, że są metody wywabiania tekstu i zastępowania go innym. Dlatego przez cały okres internowania niczego nie podpisałem. Nawet życiorysu im nie napisałem. Powiedziałem, że życiorys to się pisze, jak ktoś przyjmuje się do pracy.
W czasie przesłuchań funkcjonariusze SB straszyli Kąkola, że wywiozą go „na białe niedźwiedzie”, a jego syn przebywający właśnie w wojsku, może stamtąd nie wrócić.
- Odpowiedziałem, że jestem człowiekiem wierzącym, a Chrystus powiedział, że nikomu włos z głowy nie spadnie bez woli Ojca - rolnik wspomina ze wzruszeniem te trudne chwile.

Esbecy z Zamościa zrobili sobie wycieczkę do Kwidzynia i chcieli tam przesłuchiwać internowanych z Zamojszczyzny.
- Powiedziałem, że nie będę z nimi rozmawiał, chyba że mają decyzję o zwolnieniu, to mogę odebrać - zeznawał przed SO świadek Piotr Kurzępa. - I nie wyszedłem z celi. Kąkol poszedł, bo mówił, że ma ciężką sytuację w domu, żona została sama na gospodarstwie. Wrócił ze łzami w oczach i o wszystkim nam opowiedział. Esbecy straszyli go wywiezieniem „na białe niedźwiedzie” i śmiercią syna. I ciągle naciągali na współpracę. Słyszałem, że raz sam zaproponował im podjęcie współpracy, ale przy widłach i nakładaniu obornika w swoim gospodarstwie.

Gdyby nie generał, miałby ciągnik
W Kwidzyniu Kąkol chorował na nerki, miał wodę w kolanie, dolegliwości żołądkowe i inne. Był badany przez lekarzy szpitalnych i lekarza więziennego w Sztumie, ale nikt nie informował go o wynikach badań. Później w zamojskiej komendzie prosił o wydanie tej dokumentacji medycznej, ale mu odmówiono.
- 10 sierpnia 1982 r., na 30 dni otrzymałem przepustkę - opowiada pan Henryk. - Byłem ostatnim rolnikiem, którego wypuścili. Mogłem przyjechać do domu, ale wcale nie miałem spokoju. Wielokrotnie wzywano mnie i przesłuchiwano na komendzie w Zamościu i Tomaszowie Lubelskim. Niektóre przesłuchania trwały kilka godzin. Bałem się nawet poprosić o wodę, bo przecież mogli mi czegoś dosypać.

Do Kwidzynia już nie wrócił, wydawano mu kolejne przepustki, aż do 28 października 1982 r., kiedy zwolniono go z internowania. Nigdy nie dostał oryginału ani kopii decyzji o internowaniu. Jeszcze długo leczył więzienne schorzenia. Poniósł też niemałe straty finansowe na skutek uwięzienia. W 1981 roku, niedługo przed internowaniem otrzymał 205 tys. zł za ponad 90 ton odstawionych buraków cukrowych.
- Zamierzałem kupić za nie traktor, który kosztował wtedy ok. 160 tys. zł (cena urzędowa). Niestety, pieniądze trzeba było wydać na wynajęcie ludzi do pracy w gospodarstwie, pokrycie kosztów dojazdu na widzenia do więzienia, paczki żywnościowe - wylicza rolnik. - W dodatku syna zatrzymano wtedy w wojsku na 3 rok. Żona musiała jeszcze opiekować się moimi chorymi rodzicami. Wszystko spadło na jej barki. Nie było jej lekko.

Było ciężko, ale ducha nie gasili
Sąd rozpatrując wnioski często pyta internowanych, jak ich traktowano w więzieniu.
- Jak wrogów, a jak mieli nas traktować - dziwi się Zacharow. - Jeżeli jeszcze przed stanem wojennym rozpowszechniano informacje, że „Solidarność” będzie wyłapywać wszystkich mundurowych i ich rodziny, by potem rozstrzelać ich na stadionie OSiR. W notatce adresowanej do komendanta MO w Zamościu donosił o tym milicjant Tadeusz K. Twierdził, że wszedł w posiadanie informacji, iż „Solidarność” przygotowuje się do takiej „operacji”.

Gdy w więzieniu na spacer wychodzili kryminaliści, to mogli chodzić po całym więzieniu.
- My musieliśmy zadowolić się spacerem w klatce, niczym małpy w zoo - wspomina Zacharow. - Nie traciliśmy jednak ducha. Pastą do zębów wypisaliśmy na ścieżce – „Droga do socjalizmu”. Krew zalewała klawiszy, jak to widzieli.
We Włodawie siedzieli w celi nr 76. Był tam z nimi niejaki Gabriel Kozłowski. - Pamiętam jak na znak protestu otworzył sobie żyłę i dłonią za pomocą własnej krwi wykonał na ścianie wielki napis „Precz z komuną!”.

Komunistyczny aparat miał wiele sposobów na gnębienie internowanych.
Już samo to, że umieszczano ich w tak odległym więzieniu jak Kwidzyn, było dodatkową represją. Rodziny musiały pokonać setki kilometrów i wydać sporo pieniędzy.
- Na posterunku w Komarowie przepustki na widzenia wydawano w taki sposób, że praktycznie uniemożliwiano dojechanie na czas do zakładu karnego - mówił przed sądem Henryk Kąkol. - Oczywiście było to celowe działanie. Dokument był ważny tylko jeden dzień, a wydawano go w dniu widzenia dopiero ok. godz. 11. Żona najczęś- ciej musiała wynajmować taksówkę, by dojechać na czas i wykorzystać otrzymaną przepustkę.
Bywały jeszcze okrutniejsze sposoby.
- Siedział z nami radca prawny spod Tomaszowa Lubelskiego – Stefan Zwolak - wspomina Zacharow. W czasie internowania zmarła jego matka, dostał w związku z tym przepustkę. Pojechał na pogrzeb. Na miejscu okazało się, że matkę pochowano 4 dni wcześniej. Trudno o bardziej perfidną szykanę.

Traktowano nas jak wrogów i niszczono na wszelkie sposoby.
Wachlarz możliwości był szeroki. Wystarczyło uważnie obserwować danego działacza antykomunistycznego podziemia i czekać na sprzyjającą okazję, by mu „dokopać”, albo przynajmniej kopnąć w kostkę. Pretekstem mogło być najbardziej błahe naruszenie przepisów, którego u zwykłych obywateli organa ścigania po prostu nie zauważały. Zacharow jednego dnia otrzymywał np. nawet 4 mandaty za niewłaściwe parkowanie.
Rozpatrując wniosek Henryka Kąkola, Sąd Okręgowy w charakterze świadka przesłuchiwał m.in. Piotra Kurzępę, który zakładał „Solidarność” w PKP i był członkiem pierwszego Zarządu Oddziału NSZZ „Solidarność” w Zamościu.
- Czy był pan karany za składanie fałszywych zeznań? - pyta sędzia przewodniczący.
- Nie, wysoki sądzie, byłem tylko karany za przejście przez wiadukt - zapewnia Kurzępa.

W tym momencie obecni na sali weterani „Solidarności” parsknęli śmiechem. Dobrze znają tę historię - kolejarza ukarano za przejście przez wiadukt kolejowy! Wtedy każdy pretekst był dobry, nawet tak absurdalny - byle pognębić ludzi opozycji.

 


Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
Informacje opublikowane przez INTERNAUTÓW nie podlegają cenzurze. Właściciele i redakcja Roztocze Online (www.roztocze.net) nie odpowiadają za treść zamieszczonych materiałów, tekstów i komentarzy! Jeżeli zawartość nie jest sygnowana "Roztocze.net" lub "Roztocze Online" to głowna treść tej strony jest kopią znalezioną w sieci internet.
Kopie stron internetowych zamieszczane w serwisie roztocze.net są dokonywane za zgodą autorów lub właścicieli, serwis roztocze.net nie jest w żaden sposób związany z autorami takich strony i nie odpowiada za ich treść.
Komentarze [do góry]

Autor: Styks
Tytuł: Do roboty by sie wzieli lepiej

Skąd:
Kiedy: 2008-04-06 00:45:10
Skoro tacy patrioci to dlaczego odbieraja Panstwu pieniadze. Niech w calosci przeznacza na jakis dobroczynny cel. I tylko mi tu nie pisac "ze jakis komuch to napisal" bo sie grubo mylicie. Ja te czasy tez przezywalem tylko dzis nie latam po zasilki od Panstwa ale pracuje!!!!

Autor: fsfd
Tytuł: ŚMiech!!

Skąd:
Kiedy: 2008-04-09 15:34:40
Przezywałem to jedno, a siedziedziałem w wieźnieniu za niewinnośc to drugie!!!!

Autor: józio
Tytuł: a ja ciągle mam nadzieję...

Skąd:
Kiedy: 2008-04-09 18:27:38
że milicjant zamojski, który zabił Przemyka pójdzie siedzieć...

Autor: hektor-55
Tytuł: Jaki patriotyzm ?

Skąd:
Kiedy: 2008-04-09 19:15:38
Prawdziwy patriota nie kupczy swoim patriotyzmem,wszystko co robi w swoim przekonaniu robi dla słusznej według własnego pojmowania rzeczywistości sprawy.Decydując się na walkę z ustrojem /dyktaturą jeśli ktoś woli/ który wtedy obowiązywał należało się liczyć z kontrakcją a więc również i z kosztami które za taką postawę trzeba będzie ponieść.Całkiem spora część społeczeństwa nazwijmy "spokojniejszego" w owym czasie pracowała na wspólny pożytek nie będąc z urodzenia rewolucjonistami.
Jednak już wtedy była obciążana ekonomicznie za sprawą wysokich uposażeń funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa,różnego rodzaju "utrwalaczy władzy ludowej" oraz kombatantów opcji wschodniej itp.
Rok 1989 i to wszystko co po nim nastąpiło zaowocował natychmiast sytuacją w której wojenna kombatancka opcja zachodnia zaczęła być jedyną wzorcową dewaluując przy okazji całkowicie tych którzy szli ze wschodu również kochając Polskę.
Jednak krew przelana podczas wojny o zachowanie biologicznego istnienia całego narodu uprawnia obie opcje prawdziwych kombatantów do pomocy ze strony własnego kraju.
Natomiast rzeczą zupełnie niedopuszczalną jest tworzenie nowego pokolenia kombatantów spośród ludzi nowego etosu styropianu gdyż owi "spokojniejsi" ludzie po raz wtóry będą ponosić koszty ich "heroicznego" wysiłku a młodzież finansując świadczenia dla nich z własnych podatków nie zrozumie zupełnie o co chodziło w tym etosie o prawdę i demokrację czy o korzyści materialne.
Uważam,iż tym osobom powinno wystarczyć uznanie społeczne i szacunek tej części społeczeństwa której byli wyrazicielem,żadnego kupczenia.

pozdrawiam

Autor: pomoc na ukraine
Tytuł: ZACHAROV TO KLAMCA

Skąd:
Kiedy: 2008-05-15 17:52:08
Zmieniał mi szprychy, a nie wymieniał tylko oliwił. Brał kasę za całą obsługę.. To jest menda. Jakby tacy żyli to Polska nie uzyskałaby Niepodległości.
dodaj komentarz
[Kontakt] [Reklama] [© Roztocze Online - P.Rogalski & R.Moteka]