newsroom    
Startuj Ulubione Kontakt
Region - Gospodarka i polityka - Kultura i rozrywka - Życie społeczne - Sport - Edukacja - Komunikaty ROL
 
 Szukaj:
Google   
  , imieniny: Benona, Jowity, Szczęsnego strona główna/newsroom  
 O artykule
Autor: Kronika Tygodnia - Adam Jaworski
Data: 27.02.2008, 11:00
Zmiany: 27.02.2008, 11:00
Czytane: 577x
Komentarzy: 1 [sprawdź]

  
Astromaniacy w Kawęczynku [29/1]

[przeczytane: 29x/komentarzy: 1]
Kawałek Czeczenii w Lubyczy [37/3]

[przeczytane: 37x/komentarzy: 3]
Archiwum: 509   Archiwum>>
Co się dzieje na Forum?
Zapisz się!
Elektroniczy biuletyn ROL
co tydzień w twojej poczcie email.
Zaplute karły reakcji  

Edmund Sitek został skazany na śmierć, karę zamieniono na 15 lat więzienia. Wyszedł po 10 latach. Jego syn Jan Sitek spędził w więzieniu prawie trzy lata. - O takich jak my mówili: bandyci, faszyści. Zmarnowali nam życie. Ale powiem tak: gdybym miał jeszcze jedno życie, to pewnie przeżyłbym je tak samo. Niczego nie żałuję. Niech ktoś mówi co chce, to co robiłem miało sens

To o takich jak Jan Sitek, ludziach spod znaku Armii Krajowej, Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, Narodowych Sił Zbrojnych i innych organizacji, które nie akceptowały powojennych porządków w Polsce jest wystawa „Zaplute karły reakcji”, prezentowana w Muzeum Barwy i Oręża „Arsenał” w Zamościu.
Na ekspozycję składają się zdjęcia, dokumenty, ulotki, plakaty. Całość można oglądać do końca marca. Wystawa to pomysł lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. IPN wydał też obszerną publikację: „Atlas Polskiego Podziemia Niepodległościowego 1944-1956”.
- Ta wystawa i album są po to, aby upamiętnić ludzi, którzy po roku 1944 działali w konspiracji - wyjaśnia Rafał Wnuk, pracownik lubelskiego IPN, naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej.

Braciszkowie z AK
W ub. wtorek podczas otwarcia wystawy zaprezentowano filmy zrealizowane przez TVL oraz IPN.
Jeden z nich traktuje o tym, co wydarzyło się w klasztorze oo. bernardynów w Radecznicy. W 1948 r. odbyło się tam spotkanie organizacyjne, odtworzono konspiracyjną organizację - II Inspektorat Zamojski Armii Krajowej. Komendantem został Marian Pilarski, ps. „Jar”.

Jednak Urząd Bezpieczeństwa natrafił na trop prowadzący do Radecznicy. W kwietniu 1950 roku doszło do pierwszych aresztowań. W ich wyniku oraz późniejszych zatrzymań bezpieka ujęła zakonników: Jana Rybę, Piotra Golbę, o. Wacława - Józefa Płonkę, o. Andrzeja Szepelaka, prowincjała Zakonu Bernardynów w Polsce. Do więzienia trafił również m.in. komendant Marian Pilarski („Jar”).

Pilarski został skazany na karę śmierci (wyrok wykonano w 1952 r.). O. Andrzej Szepelak został skazany na 15 lat więzienia, o. Wacław - na 12 lat. W procesie oskarżonych było 11 osób. W tym 4 zakonników. Pozostali, poza wyżej wymienionymi dostali kilkuletnie wyroki więzienia.

Nadzieja w Andersie!
Barwną postacią „podziemia niepodległościowego” na Zamojszczyźnie był pochodzący z Ruskich Piask Tadeusz Kuncewicz „Podkowa”. O nim opowiada kolejny film TVL oraz IPN.

„26 lipca 1944 roku batalion („Podkowy” - przyp. red.) opanował Szczebrzeszyn na kilka godzin przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Sowieci (...) rozbroili polskie oddziały, część partyzantów aresztowali i wywieźli w głąb ZSRR. „Podkowa” musiał się ukrywać. W końcu 1944 roku rozpoczął odbudowę siatki konspiracyjnej, a w marcu 1945 r. znowu stanął na czele swojego oddziału. W krótkim czasie dowodzony przez niego oddział rozbił większość posterunków MO w zachodniej części Zamojszczyzny, a 27 kwietnia 1945 roku opanował Janów Lubelski i uwolnił wszystkich więźniów z miejscowego więzienia” - pisze Rafał Wnuk („Mówią Wieki”, 27.07.2004).

W czerwcu 1945 r. „Podkowa” zebrał 23 ludzi i postanowił wyjechać z kraju. Chciał przedostać się na tereny, gdzie stacjonowały wojska amerykańskie, a później zamierzał dołączyć do 2 Korpusu gen. Andersa. W okolicach Zwierzyńca partyzanci przebrani w mundury Wojska Polskiego zatrzymali ciężarowego studebakera (tym amerykańskim samochodem jechało dwóch działaczy Polskiej Partii Robotniczej). Gdy oddział „Podkowy” był już za Wisłą (w ok. Sandomierza), PPR-owców zastrzelono. „Podkowiacy” dojechali do Zgorzelca, przekroczyli granicę. Nie mieli map, pomylili drogi i zamiast do Niemiec, wjechali do Czechosłowacji.

Dotarli do zaprzyjaźnionej z jednym z partyzantów rodziny Kłusowskich. Pech chciał, że mieszkała z nimi Niemka, którą odwiedzał czeski oficer - porucznik.
Czech postanowił pozbyć się intruzów. Wkrótce przyjechał w asyście kierowcy, z rozkazem, aby Polacy pojechali do komendantury sowieckiej. Polacy jechali studebakerem, przed nimi - samochód z czeskim porucznikiem i Niemką.

Kierownik referatu badań naukowych w Biurze Edukacji Publicznej lubelskiego IPN Sławomir Poleszak, relacjonuje co nastąpiło później. Polacy zatrzymali auto, twierdzili, że doszło do awarii samochodu. Podczas postoju zabili czeskiego oficera i jego kierowcę. „Podkowa” zdecydował, że Niemka nie zostanie zabita. Pozwolili jej odejść. Dała słowo, że ich nie wyda. Zdradziła.

Polscy esesmani!
Żołnierze „Podkowy” po wielu perturbacjach dotarli w okolice bazy wojsk amerykańskich. Skontaktowali się z Amerykanami. Ci zapewnili im wikt (oprócz racji żywnościowych dostali też papierosy i gumę do żucia). Nieoczekiwanie Amerykanie aresztowali Polaków. Przyjechali po nich ciężarówką czechosłowaccy żołnierze. Oznajmili Amerykanom, że Polacy to kolaboranci SS.

Czesi odwieźli Polaków do więzienia w Karlowych Varach. Tam Polacy byli bici. Niedługo przywieziono do więzienia Niemkę, która zeznała, że to właśnie Polacy zabili dwóch Czechów. „Podkowę” i jego żołnierzy postanowiono przewieźć do Pragi. W czasie podróży Polacy próbowali uciec. Konwojenci zaczęli strzelać. Zabili 8 ludzi „Podkowy”. Trzech schwytano od razu podczas ucieczki (jednego Czesi zakatowali). „Podkowa” oraz 6 jego kompanów zostali złapani dwa dni później.

Czterem ludziom „Podkowy” udało się zbiec. Trzej wrócili do Polski, a jeden - dotarł do armii Andersa.

W więzieniu Polacy byli torturowani („Podkowa” później opowiadał, że pod paznokcie wkładano główki od zapałek i podpalano) oraz głodzeni. Dwaj żołnierze Kuncewicza zmarli z wycieńczenia. Dopiero w lipcu 1947 r. Kuncewicza i jego 6 żołnierzy przewieziono do Polski. „Podkowa” został osądzony w Polsce, skazano go na 15 lat więzienia. Wyszedł w 1955 r. Jego żołnierze dzyskali wolność po kilku miesiącach.

Ostatni partyzant
Kuncewicz nigdy nie miał zamiaru wyjechać z Polski. Choć władze komunistyczne chętnie by się z nim rozstały. - Bo to nie honor - mówi Marian Petryk (85 l.) z Łabuniek, w czasie wojny żołnierz Armii Krajowej.
Marian Petryk (ps. „Gryf”) nie miał tak bogatego życiorysu jak „Podkowa”. Służył pod komendą Edwarda Lachawca (ps. „Konrad”). To pod jego rozkazami pod koniec kwietnia 1943 r. partyzanci spalili wieś Huszczkę Dużą, w której mieszkali „nasiedleńcy”. To była akcja odwetowa. Wcześniej esesmani z Ruszowa zabili dowódców plutonów Bronisława Momota (ps. „Żbik”) i Józefa Michla (ps. „Młot”).
- Kilkanaście sztuk tam poleciało - wzdycha Petryk, wspominając zabitych mieszkańców wsi.

Denerwują go pytania o to czy zabijał.
- Strzelałem, jak ktoś wszedł pod ogień, mogłem trafić - powiada. Dodaje, że gdyby nie tego typu akcje partyzantów, Niemcy czuliby się w Polsce bezkarnie. Gdy do Polski wkroczyła Armia Czerwona, Petryk zaprzestał działalności konspiracyjnej.

Petryka nie dotknęły represje, jakie stały się udziałem np. „Podkowy” i wielu innych. Nie musiał się też ukrywać, jak np. Andrzej Kiszka (ps. „Leszczyna”). Na wystawie w Arsenale zaprezentowano zdjęcie, gdy został schwytany.
- Dopiero w 1961 r. W lasach, w Hucie Krzeszowskiej. Przeżył więzienie. Żyje do dzisiaj - mówi Rafał Wnuk.

Na prezentowanej w „Arsenale” wystawie są zdjęcia świadczące o bestialstwie bezpieki. Rafał Wnuk wskazuje na fotografię kilku mężczyzn. Niby stoją oparci o drewnianą ścianę, ale w dosyć nienaturalnych pozycjach.
- Zamordowani, a później ich ciała nabito na gwoździe tkwiące w deskach - objaśnia Rafał Wnuk. - Wcześniej ich ubrano, na ramiona narzucono płaszcze. To zdjęcie z Mazowsza. Bezpieka chciała mieć pamiątkę po udanej akcji.

Wsypa
Jednym z niewielu na Zamojszczyźnie, który jeszcze żyje, a przetrwał powojenne więzienie jest Jan Sitek (78 l.) z Bondyrza. Jego ojciec, Edmund był przed wojną dowódcą 2 kompanii 9 pułku piechoty legionów, który stacjonował w Zamościu. Brał udział w kampanii wrześniowej. W czasie wojny pracował w administracji koszar w Zamościu. W konspiracji był szefem placówki kontrwywiadu AK.

Jan Sitek nie zapomni, co wydarzyło się 8 maja 1948 roku. Zaledwie dzień wcześniej, jego ojciec wyjechał z płk Lucjanem Załęskim do Warszawy. Na odprawę. Byli członkami zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Jan Sitek zresztą też. Jego zadanie polegało na obserwowaniu oficerów wojskowego kontrwywiadu.

Tego dnia Sitek był w szkole, ale miał złe przeczucie, że w domu dzieje się coś niedobrego. Poszedł na ul. Grecką. Wszedł do klatki schodowej. Z tyłu ułyszał komendę „ręce do góry”. Na domowników już czekali funkcjonariusze przysłani z Zarządu Głównego Informacji Wojskowej. Dalej - rewizja w mieszkaniu, przesłuchanie. Sitkowi udało się uciec.

Od ludzi z WiN dostał pistolet browning „siódemkę”, dwa magazynki, pieniądze. Od znajomych dowiedział się, że aresztowano jego matkę. Bezpieka obiecywała, że jeśli się zgłosi, matkę wypuszczą.

Jan Sitek: - Gdybym tak zrobił, mama nie odzyskałaby wolności. A mnie i tak czekało w najlepszym wypadku więzienie. Tak jak ojca. W mieszkaniu znaleźli kalki, odczytali meldunki.

Nie żałuję
Ukrywał się na wsiach (m.in. w Chomęciskach), później wyjechał do Ostrowa Wielkopolskiego. Bezpieka wytropiła go w okolicach Ostrowa w marcu 1950 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Lublinie skazał go na 10 lat więzienia. Jan Sitek wyszedł na wolność w styczniu 1953 r., gdy ogłoszono amnestię. Ojca zobaczył dopiero w 1955 r. Mama Jana Sitka była więziona kilka miesięcy.

Jan Sitek gromadzi dokumenty, przygotowuje książkę „Więzienne wspomnienia”. Przyznaje, że mógłby zdemaskować tych, którzy donosili w czasie okupacji i później - już nowej władzy.
Nie poda jednak nazwisk szpicli.
- Tutaj nadal są ich rodziny. Gdybym wszystko ujawnił, zrobiłbym im krzywdę. Tego nie chcę - mówi.

Dla komunistów był „zaplutym karłem reakcji”, „faszystą”, bandytą. Gdyby nie wojenne i późniejsze historie, życie jego rodziny pewnie wyglądałoby inaczej.
- Ale muszę powiedzieć, że niczego nie żałuję i dzisiaj zachowałbym się tak samo - zapewnia. O wyjeździe z kraju na stałe nie myślał.
Niektórzy jego koledzy z konspiracji odsiedzieli swoje i władza dała im błogosławieństwo na podróż zagraniczną w jedną stronę.
Sitek: - Pojechali do Anglii. Bardzo dobrze im się powodziło, nie powiem. Ale niestety już nie żyją.


...................................................................


„Atlas” - nie tylko o bohaterach

Rozmowa z Rafałem Wnukiem, pomysłodawcą opracowania „Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1944 – 1956”.

Polska została wyzwolona spod okupacji hitlerowskiej. Dlaczego część żołnierzy, niedawnych partyzantów zdecydowała się dalej walczyć? Tym razem już z nową władzą?
- Było kilka powodów. I nie ma jednego wyjaśnienia. Moim zdaniem najistotniejsze było to, co się wydarzyło w Polsce. Żołnierze np. Armii Krajowej, którzy w czasie wojny walczyli z Niemcami, spodziewali się, że będą mogli żyć normalnie. Ale nowa władza uznała ich za bandytów, faszystów, były aresztowania, zsyłki w głąb Rosji, wyroki śmierci. To, że ponownie zaczęły tworzyć się oddziały partyzanckie było po prostu aktem samoobrony z ich strony. W wielu przypadkach decydował jednak czynnik ideowy. Ci ludzie nie uznawali Polski za wolny kraj. Stąd zdecydowali, że będą kontynuować walkę. Jeśli mówimy o tym, że to represje „wprowadziły ludzi do lasu”, trzeba powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy. Bardzo często zdarzało się, że dowódcy, którzy rozformowali swoje oddziały, później ponownie zaczęli je tworzyć. Okazywało się bowiem, że część żołnierzy nie zaprzestała walki. Dowódcy uznawali, że muszą wziąć za nich odpowiedzialność. Należało odpowiednio zorganizować formacje pozostające w konspiracji.

Przykłady?
- Jest ich wiele. Choćby Tadeusz Kuncewicz „Podkowa” - wszedł jako dowódca do oddziału, który już działał.

Ale były też inne powody dalszego prowadzenia działalności konspiracyjnej.
- Są ciekawe przypadki ludzi, którzy w czasie wojny byli w partyzantce, później weszli do tzw. aparatu władzy lub mieli takie propozycje. Dlaczego tak uczynili? Ponieważ np. mieli lewicowe przekonania, w czasie okupacji współpracowali z oddziałami partyzantki sowieckiej. Gdy jednak później zobaczyli co się dzieje, jak przez Urzędy Bezpieczeństwa są traktowani ich dawni koledzy z partyzantki, zmienili zdanie. I znowu podjęli walkę. Tak postąpili np. Józef Kuraś „Ogień” na Podhalu, Antoni Żubryd „Zuch” w Bieszczadach.
Ile było ofiar, ile osób zginęło w wyniku walk prowadzonych przez oddziały podziemia?
- Szacuje się, że zabito 20-25 tys. ludzi. Milicjantów, funkcjonariuszy Urzędów Bezpieczeństwa, działaczy partyjnych, ale też ginęli cywile, niewinni ludzie. Nie tylko Polacy, także Żydzi, Ukraińcy. (straty po stronie „podziemia” - ok. 10 tys. zabitych, ok. 80 tys. aresztowanych - przyp. red.). I takie informacje też znalazły się w „Atlasie...”. Są opisane akcje oddziałów „Ognia” przeciwko ludności żydowskiej, czy „Wołyniaka” (kpt. Józefa Zdzierskiego), w wyniku których ucierpieli Żydzi i Ukraińcy. Na przykład w Wierzchowinach pod Krasnymstawem oddziały NSZ zabiły 194 Ukraińców. „Atlas” i wystawa to forma upamiętnienia żołnierzy polskiego podziemia, ale też informacja o przypadkach, z których „podziemnie” nie może być dumne.

Skąd pomysł na takie wydawnictwo?
- Przyznam, że pomysł był mój. Uważałem, że nie da się napisać takiej monografii w rozsądnej perspektywie czasowej. Gdy w połowie lat 90. zostały otworzone archiwa, byliśmy zasypywani lawiną dokumentów. Jednemu czy nawet trzem historykom nie starczyłoby życia, aby opracować dokumenty. Żadna uczelnia nie miała takich możliwości. A IPN, który ma swoje placówki w całej Polsce i dostęp do akt mógł być taką instytucją, która będzie w stanie to zrobić (przy opracowaniu „Atlasu” pracowało ponad 50 osób - przyp. red.).

Ci, którzy już zapoznali się z „Atlasem” doceniają, że znalazły się w nim mapy, zestawienia, zdjęcia. Ale brakuje opisów przeprowadzanych akcji.
- Są opisy. Krótkie, ale nie mogły być większe. Już teraz „Atlas” ma ok. 700 stron. Gdybyśmy chcieli zmieścić więcej informacji, to podejrzewam, że 1 200 stron by nie wystarczyło. „Atlas” został opracowany według pewnego schematu. Chodziło o to, aby badania były prowadzone podobną metodą i aby ich wyniki były porównywalne. Na pomysł jakie będzie to wydawnictwo wpadłem, gdy zapoznałem się z „Atlasem Holocaustu”, wydanym przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie.

............................................................

Piłsudski też obrażał... karłami
Określenie „zapluty karzeł reakcji” zrobiło zawrotną karierę. Przez dziesięciolecia było wygodną obelgą w stosunku do tych, którym nie po drodze z PRL. Co ciekawe, pojawiło się już w roku 1945. Pochodzi z plakatu autorstwa Włodzimierza Zakrzewskiego.
Nie wiadomo, czy hasło było oryginalnym pomysłem Zakrzewskiego. O „zaplutym karle” wspominał już w roku 1923 nieodżałowany marszałek Józef Piłsudski. W ten sposób definiował endecję, czyli ugrupowanie znane pn. „Narodowa Demokracja”.

 

 




Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia

Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
Informacje opublikowane przez INTERNAUTÓW nie podlegają cenzurze. Właściciele i redakcja Roztocze Online (www.roztocze.net) nie odpowiadają za treść zamieszczonych materiałów, tekstów i komentarzy! Jeżeli zawartość nie jest sygnowana "Roztocze.net" lub "Roztocze Online" to głowna treść tej strony jest kopią znalezioną w sieci internet.
Kopie stron internetowych zamieszczane w serwisie roztocze.net są dokonywane za zgodą autorów lub właścicieli, serwis roztocze.net nie jest w żaden sposób związany z autorami takich strony i nie odpowiada za ich treść.
Komentarze [do góry]

Autor: józio
Tytuł:

Skąd:
Kiedy: 2008-02-28 18:02:33
szacunek wielki dla tych ludzi!

PS myślałem,że to będzie o 2 małych braciach,którzy ciągle się denerwują...szczególnie jeden często pluje jak mówi
dodaj komentarz
[Kontakt] [Reklama] [© Roztocze Online - P.Rogalski & R.Moteka]