|
Krem sułtański, gorąca czekolada, wreszcie wina (Malaga, Lacrima),
likiery, kapela „Złota Siódemka” Jana Ziąbkowskiego, swing, jazz, nieśmiertelne
przeboje, jak np. „Ryżowe pola mokną w wodzie” Janusza Gniatkowskiego i
nieśmiały striptiz. To wszystko, a nawet więcej było w „Ratuszowej”
Trzy pokolenia - ubolewa Wojciech
Przegon, zamościanin z urodzenia, krakus z wyboru, autor książki „Kawiarnia
Ratuszowa w Zamościu”. - Trzy pokolenia tam się wychowały i restauracji nie ma.
A to był lokal z tradycją, przetrwał ponad 46 lat (1957-2003).
Najdłużej najemcą „Ratuszowej” była Powszechna Spółdzielnia Spożywców „Robotnik”. Ostatnim dzierżawcą obiektu był Czesław Ratyna. Zrezygnował z prowadzenia lokalu, tym bardziej, że miasto miało wobec niego inne plany. Pięć lat temu utworzyło tam Biuro Obsługi Interesanta.
Kawka, herbatka, w porywach koniaczek
„Ratuszową” z rozrzewnieniem wspomina Stanisław Orłowski, prezes zamojskiego Towarzystwa Fotograficznego. Pamięcią często wraca do pięknych czasów, gdy był zastępcą kierownika Wydziału Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. - O godzinie 12 razem z szefem, Marianem Gresztą urywaliśmy
się z pracy na kawę. Obowiązkowo do „Ratuszowej”.
Dlaczego tam? Przede wszystkim dla atmosfery i towarzystwa.
- Do „Centralki” chodziło się na kielicha i żeby coś zjeść. Do „Ratuszowej” – żeby spokojnie porozmawiać, przy kawie, herbatce. Tam było bardzo spokojnie. Nie grało radio, dyskutować można było w spokoju.
W godzinach pracy Stanisław Orłowski poprzestawał na trunkach bezalkoholowych. Ale po pracy, czy w niedzielę, nie stronił od procentów. Oczywiście piło się, ale z wielkim umiarem.
- Niektórzy zamawiali np. likierek miętowy, ja jednak wolałem trochę ostrzejsze trunki. Koniak, na przykład – opowiada.
Braku „Ratuszowej” nie może odżałować.
- Chciałbym gdzieś w
spokoju spędzić czas. Tak, żebym mógł wybrać spośród kilku rodzajów herbat. I
wypić herbatkę z winiaczkiem czy choćby limonkiem - wzdycha.
Wielkich szans kawiarniom takim jak „Ratuszowa”, Orłowski w dzisiejszych czasach nie daje.
- Wszystkie lokale utrzymują się głównie z piwa – wyjaśnia.
A jak piwo, to wiadomo, głośna muzyka, no i towarzystwo już nie takie. Do „Ratuszowej” by się nie nadawało. Bo dosyć przypadkowe.
A w „Ratuszowej” stali goście mieli swoje stoliki. I nie było przeproś, gdy się zjawiali, inni musieli im ustąpić miejsca. Dzisiaj, rzecz nie do pomyślenia.
Piękna Kubanka i striptiz dla nieśmiałych
Witold Rychter, znany zamojski adwokat tak zapamiętał „Ratuszową”: - W czasie przerw w rozprawach do kawiarni szli sędziowie, adwokaci, prokuratorzy. I bywało, że siadali przy tym samym stoliku. Strach pomyśleć co dzisiaj by się działo, gdyby ktoś zobaczył popijających kawę prokuratora i adwokata, którzy kilka minut temu walczyli w sądzie? A do tego jeszcze sędziego? Dzisiaj to byłby dowód, że na pewno jest jakiś układ! Ale wtedy czasy były inne. I towarzystwo w „Ratuszowej” doborowe. Tam nikt nie przeklinał. Takie zachowanie byłoby nie do pomyślenia. W „Ratuszowej” zbierała się prawdziwa inteligencja. A różnice poglądów nie miały specjalnego znaczenia. Owszem, spierano się o politykę, ale nikt z nikim się nie kłócił.
- I było to miejsce, do którego obowiązkowo w niedzielę
należało zajrzeć. Po mszy świętej do kawiarni przychodziły całe rodziny. Taki
był zwyczaj. Bywanie w „Ratuszowej” należało do dobrego tonu - wyjaśnia Witold
Rychter.
Osobny rozdział w historii kawiarni stanowią dancingi, bale sylwestrowe. Przygrywała „Złota Siódemka”, zespół Jana Ziąbkowskiego.
- Swing, jazz - rozmarza się Rychter.
Mecenas pamięta co tańczono. Był walc angielski, tango, polka, charleston. - Była też moda na hula hop. Takie
kółka sobie panie i panowie na biodra zakładali i kręcili - śmieje się Rychter.
No i te szlagiery: „Ryżowe pola w wodzie mokną” Janusza Gniatkowskiego, w modzie był repertuar Jerzego Połomskiego („Cała sala, śpiewa z nami...”), Reny Rolskiej („Kiedy znów zakwitną białe bzy”).
Raz w „Ratuszowej” gościła najprawdziwsza Kubanka. Czarna, wysoka, pięknie zbudowana (jak Huta Katowice - opowiadają ci, którzy ową piękność widzieli, ale i ci, którzy tylko o niej słyszeli).
Mecenas Rychter potwierdza, że dama była wysoka. Ale i on z nią tańczył. Dla żartu, żeby było weselej.
- Bo nos miałem na wysokości jej biustu - opowiada Rychter.
Kto
zaprosił Kubankę i jak się nazywała - nie wiadomo. Jej obecność w Zamościu można
wyjaśnić w ten sposób: z pewnością była tu za wiedzą i aprobatą czynników
partyjnych, bo z Kubą (do dzisiaj ostatnim bastionem rewolucji) bardzo się
przyjaźniliśmy.
Była też „Ratuszowa” świadkiem mniej wyszukanych rozrywek, a mianowicie striptizu. Ten jednak nie wywarł na publice wielkiego wrażenia, bo nie był zupełny. Niewiasta nie odważyła się ściągnąć majtek. Tak przynajmniej utrzymują ci, którzy byli świadkami owego zjawiska.
Krem sułtański i
zasady
„Ratuszowa” słynęła kremem sułtańskim (najogólniej bita śmietana z orzechami). Ale receptura tego przysmaku pozostanie tajemnicą. Zna ją Alicja Jagielska, która w kawiarni przepracowała ponad 20 lat.
Była bufetową, a w latach 1961-81 kierowniczką.
- Krem sułtański, czekoladowy, karmelowy i gorąca czekolada.
Sposób przygotowania przekazały nam panie z Lublina - mówi Alicja Jagielska. -
Nie zdradzę przepisów. Ale kremy można będzie zamawiać w dwóch lokalach w
Zamościu. W restauracji hotelu „Renesans” oraz w lokalu „Play Group Pub” przy
ul. Szczebrzeskiej. Bo mam do nich sentyment. Rodzinny.
Alicja Jagielska zapamiętała kilku stałych gości „Ratuszowej”. Jednym z nich był prof. Wiktor Zin.
- Bywał w Zamościu. Do Ratuszowej przychodził już o godz. 7, sprzątaczka mu otwierała. Musiał mieć kawę, a przy niej przeglądał zawsze jakieś dokumenty. Spieszył się na spotkania, konferencje. Inną znaną osobistością był lekarz, chirurg Tadeusz Onyszkiewicz, dyrektor szpitala - wspomina Jagielska.
- To był zawzięty kibic. Kiedyś po wygranym meczu zaprosił
piłkarzy z Zamościa do „Centralki” - przypomina Witold Rychter.
Na jednym ze zdjęć, zamieszczonych w książce Wojciecha Przegona „Kawiarnia Ratuszowa w Zamościu” została uwieczniona kapela Jana Ziąbkowskiego. W tle widać zdjęcie Władysława Gomułki, I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
- W „Ratuszowej” nie było zdjęć prominentów - zapewnia Wojciech Przegon.
- Czasami były - twierdzi jednak Alicja Jagielska. - Gdy
mieliś- my bardzo ważnych partyjnych gości, coś przecież trzeba było na ścianie
powiesić. To wieszaliśmy zdjęcie Gomułki.
W „Ratuszowej” personel był z reguły żeński, ale zdarzało się, że panie wspomagał mężczyzna. Działo się tak, gdy „Ratuszowa” cierpiała na chwilowy niedobór kadr. Wtedy wypożyczano z „Centralki” Jana Kowalczyka. To dla jego urody, ogłady i profesjonalizmu.
- Personel zawsze musiał być schludnie
ubrany, wtedy obowiązywały granatowe fartuszki ozdobione koronkowymi
kołnierzami. Pracownicy mieli wyglądać na zadowolonych ze swojej pracy, czyli
powinni być uśmiechnięci - rzeczowo informuje Alicja Jagielska.
Czasami klienci pytali: - A co to Pani dziś bez uśmiechu?
Gdyby wiedzieli.... Alicja Jagielska pracowała
praktycznie bez urlopów. Raz dostała urlop zimą. Na tydzień. I raz przyznano jej
wczasy pracownicze, z dziećmi na Jeziorem Białym. Pojechała z dwójką swoich
pociech, a następnego dnia już ją z urlopu odwołano. Pracowała od godz. 8 do
godz. 15. Ale to nie koniec. O godz. 19 znowu musiała być w pracy. Do domu
wracała ok. godz. 23. Ale nie narzeka. Przeszło, minęło, dobrze wspomina czasy
„Ratuszowej”. Bo i lubiła swoją pracę.
Alicja Jagielska: - Bo to był lokal taki raczej wypoczynkowy. Zawsze była bardzo miła atmosfera. Nawet jak przyszedł pan z SB, to też był grzeczny. Powiedział, że jest moim „Aniołem Stróżem”. I tak sobie obserwował. Pewnie i inni po to samo przychodzili, ale już się nie przedstawiali.
- Dyskutowaliśmy o różnych rzeczach. Również o polityce. Na pewno przychodzili funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Ale jakoś nie słyszałem, żeby ktoś miał kłopoty z tego powodu, że opowiedział dowcip o jakimś polityku, czy wręcz krytykował ustrój. W „Ratuszowej” obowiązywały pewne zasady - podkreśla mecenas Witold Rychter.
Ratuszowa, a sprawa polska Historia „Partii Umiarkowanego Postępu (W Granicach
Prawa)” bierze swój początek w gospodzie „Pod Złotym Litrem” na Królewskich
Winogradach w Pradze. Czeski pisarz Jarosław Hasek, opisuje założycieli
ugrupowania, jako niepoprawnych marzycieli i, co tu dużo mówić, birbantów, a
więc ludzi zdecydowanie bardziej niż przeciętnie używających życia. Nie
brakowało i takich wśród bywalców „Ratuszowej”. Tyle tylko, że w tym przypadku
lokal nie stał się ośrodkiem, w którym rodziły się rewolucyjne (w granicach
prawa) idee.
Ale i czasy były spokojniejsze. Lata 50. – 70. o jakich traktuje książka Wojciecha Przegona to, przynajmniej w Zamościu, w „Ratuszowej” czasy tzw. małej stabilizacji, nie szkodzi, że trwającej nieco dłużej niż w innych miastach Polski.
Andrzej Kędziora przyznaje, że „Ratuszowa” była całkiem przyjemnym lokalem, ale jak dla niego i jego rówieśników, może nieco zbyt statecznym.
A jednak i ten klimat sprzyjał snuciu
pomysłów, może nie takich, aby miały zaowocować zmianą ustroju, ale równie
pożytecznych.
Jak zauważa Wojciech Przegon, to w „Ratuszowej”, przy małej czarnej, a może i czymś więcej zrodziła się w latach 70. koncepcja odnowienia zabytków Zamościa.
- O tym powiedział mi prof. Wiktor Zin - wyjaśnia Wojciech Przegon.
Adam Jaworski
...........................................................
Nie ma kawiarni, są gołębie
Rozmowa z dr. hab. Wojciechem Przegonem, pracownikiem naukowym Akademii Rolniczej im. H. Kołłątaja w Krakowie, autorem książki „Kawiarnia Ratuszowa w Zamościu”.
Skąd pomysł na książkę o „Ratuszowej”?
- Stąd, że tej kawiarni już nie ma i bardzo mi jej brakuje, zresztą takich osób, jak ja jest znacznie więcej. Zawsze, kiedy przyjeżdżałem do Zamościa, właśnie w „Ratuszowej” spotykałem się ze znajomymi. To był taki punkt kontaktowy. Gdy kawiarnia została zamknięta...., postanowiłem, że należy jakoś utrwalić jej historię. Postanowiłem, że gdy zakończy się mój przewód habilitacyjny, rozpocznę pracę nad książką. Stało się to w styczniu 2007 roku.
A teraz, znajduje Pan dla siebie w Zamościu miejsce takie, jak „Ratuszowa”?
- Niestety, nie. Latem, pół biedy, można wstąpić do którego z ogródków na Rynku Wielkim, ale w innych porach roku jest już gorzej. Nie ma lokalu, w którym byłaby taka atmosfera jak w „Ratuszowej”, nie ma lokalu, w którym w spokoju można wypić kawę, herbatę, porozmawiać ze znajomymi. Uważam, że zamknięcie „Ratuszowej” to był głupi pomysł, zupełnie nieprzemyślany.
Może dzisiaj taki lokal by na siebie nie zarobił?
- Może i tak, chociaż nie jestem tego taki pewien. Od lat mieszkam w Krakowie, nie wyobrażam sobie, żeby nie można było wpaść do kawiarni na chwilę, porozmawiać ze znajomymi. Ale też w Krakowie nikomu do głowy nie przyszło, żeby zamykać restaurację czy kawiarnię z tradycją. Zmieniali się właściciele, ale stara nazwa zawsze pozostawała. Historia „Ratuszowej” miała 46 lat. Może to niewiele, jeśli porównać z lokalami w Krakowie czy np. we Lwowie, ale jak na Zamość to nie tak mało. „Ratuszowa” była pewnym zjawiskiem kulturowym, takim, do których się dopłaca. Zresztą, historię „Ratuszowej” można było jakoś wykorzystać. Do lokali z tradycją przychodzą wycieczki szkolne, mądry nauczyciel czy oprowadzający po mieście przewodnik opowiada o historii. Ma to swój urok.
Nie tylko brak „Ratuszowej” Panu doskwiera, gdy przyjeżdża Pan do Zamościa.
- Tak. Pamiętam, że w latach 70. Na Rynku Wielkim nie było gołębi. Nie mam pojęcia, skąd teraz ich tyle? Swój urok to ma, ale przecież zapaskudzą zabytki. Na parapetach, gzymsach trzeba montować metalowe pręty, aby ptaki na nich nie siadały. I w Krakowie mają z gołębiami kłopot. Odstraszają je, strzelają z pukawek, ale to nic nie daje.
Co zrobić z gołębiami, jak się ich pozbyć?
- Nie wiem. Można na przykład wyłapać i niech zamojscy restauratorzy fundują swoim klientom delikatne rosołki z gołębi.
W Zamościu wyłapywano gołębie, ale nie karmiono nimi gości restauracji, ale zwierzęta w zoo.
-
To też jest jakieś wyjście.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|