newsroom    
Startuj Ulubione Kontakt
Region - Gospodarka i polityka - Kultura i rozrywka - Życie społeczne - Sport - Edukacja - Komunikaty ROL
 
 Szukaj:
Google   
  , imieniny: Beaty, Eugeniusza, Lidy strona główna/newsroom  
 O artykule
Autor: Kronika Tygodnia - Robert Horbaczewski
Data: 12.02.2008, 11:00
Zmiany: 12.02.2008, 11:00
Czytane: 577x
Komentarzy: 1 [sprawdź]

  
Archiwum: 511   Archiwum>>
Co się dzieje na Forum?
Zapisz się!
Elektroniczy biuletyn ROL
co tydzień w twojej poczcie email.
Nieśmiertelniki z Miętkiego  

Jak powszechnie wiadomo, lwa oraz dobrego żołnierza cechuje odwaga. Ten drugi, po śmierci powinien godnie spocząć w kwaterze, którą... cechuje skromność formy i długowieczność wykonania. Dlatego na razie ekshumacji żołnierzy pomordowanych w 1939 r. przez Sowietów w Miętkiem nie będzie. To, co się podoba w Mirczu, nie znajduje akceptacji w Lublinie


„Puszczykowo, 8 października 2001 r.
Szanowny Panie….
…Pan Lewandowski bardzo się wzruszył słysząc, że byliśmy na mogile zamordowanych w Miętkiem żołnierzy oraz wiadomością, że zamierza Pan doprowadzić, by polegli po wielu latach znaleźli godne miejsce spoczynku…” - napisała do Lecha Szopińskiego, wówczas radnego gminy Mircze Ewa Labrzycka, wnuczka Jana Labrzyckiego, jednego z 14 zamordowanych w Miętkiem przez Sowietów żołnierzy Wojska Polskiego.
- Już osiem lat mija, jak walczę w różnych instytucjach o to, aby uczcić pamięć poległych tam żołnierzy. Ta sprawa wciąż nie daje mi spokoju – mówi Lech Szopiński, historyk z wykształcenia, wójt Mircza z wyboru, regionalista z zamiłowania. W 2004 r. napisał książkę „Mircze dzieje dawne i bliskie”. Teraz kończy drugą.
- W Miętkiem mieszkałem jako dziecko. O mordzie popełnionym przez Sowietów wtedy głośno nikt nie mówił. W szkole uczyli nas, że tych żołnierzy zabili Niemcy. Ludzie spotykali się jednak wieczorami na pogawędkach i mówili jak było naprawdę – opowiada Szopiński.

Karabiny na sznurkach
W sierpniu 1939 r. wiedziano już, że wojna z Niemcami jest nieunikniona. Kapral Szczepan Lewandowski spodziewał się powołania do wojska. O godzinie drugiej w nocy, 28 sierpnia, przyniósł mu je goniec z gminy. Lewandowski ubrał się, pożegnał z żoną, ucałował śpiącego synka i podążył na miejsce zbiórki do Poznania. Razem z nim stawił się tam Jan Labrzycki, kolega z rodzinnej wsi. Razem z resztą zmobilizowanych dostali przydział do 24 pułku piechoty do Łucka za Bugiem, gdzie mieli służyć w łączności. Do Łucka dotarli 2 września. Koszary były już puste. Widać było bałagan i brak organizacji. Otrzymali ekwipunek. Resztki tego, co zostało po służbie czynnej. Nowe były tylko buty.

Szybkim marszem, nękani przez niemieckie messerschmitty, częściowo w nocy przeszli 80 kilometrów do Włodzimierza Wołyńskiego. Tam czekali na broń. Doczekali się na nowiutkie, przywiezione prosto z fabryki karabiny Mauser.
- Karabiny były, ale nie było do nich pasków. Nieśliśmy je na sznurkach, mieliśmy też ładownice i po 12 nabojów. Jeszcze dwa, trzy dni zostaliśmy we Włodzimierzu i tam dowiedzieliśmy się, że Niemcy dotarli do Bugu. Patrolowaliśmy teren, a właściwie włóczyliśmy się po nim – tak Szczepan Lewandowski relacjonował po latach swoje doświadczenia wojenne koleżance Wandzie Tycner (opublikowała je w 1991 r. w dzienniku „Prawo i Życie”).

W nocy z 8 na 9 września przeprawili się wpław przez Bug na ziemie hrubieszowskie. Któregoś ranka dostali rozkaz, aby cały sprzęt łącznościowy zatopić w pobliskim jeziorku. Potem przyszedł kolejny rozkaz: „Karabiny na stos i podpalić!”.
- Serce po prostu pękało, ale jakiś dowódca powiedział: „Szkoda niepotrzebnego rozlewu krwi, niech każdy idzie w swoją stronę, do domu. Każdego żołnierza będziemy jeszcze potrzebować”. Na jednokonkach, z żołnierzami różnych oddziałów, którzy dołączyli do nas po drodze, dojechaliśmy do majątku Miętkie – wspominał Szczepan Lewandowski.
Tam rozegrała się dalsza część tragedii.

Własna śmierć
Józef Szpyrka w 1939 roku miał 15 lat. Pamięta niedobitki polskich żołnierzy, którzy przyjechali do folwarku Miętkie. Było ich kilkudziesięciu. Rozłożyli obóz we dworze i parku.
- Ciekawy ich byłem. Chciałem przebywać między wojskiem. Łaziłem między nimi. Przyglądałem się wszystkiemu - wspomina 84-letni dziś Szpyrka.
Sowieci nadeszli od strony Andrzejówki i Mircza. Kiedy rozpoczęła się walka, Szpyrka schował się pod mostem. Widział stamtąd kapitana, który z pistoletem Vis w ręku krzyczał: „Do broni! Do broni!”. Potem został ranny. Prosił, aby ktoś mu pomógł. Żołnierze bali się podejść.

Szpyrka słyszał też, jak nieopodal postrzelono któregoś z sowieckich bojców. Przez kilka kolejnych minut ranny nawoływał sanitariusza.
- Potem, po bitwie, na ciele tego kapitana Ukraińcy ułożyli słomę i podpalili ją – wspomina Szpyrka.

Potyczka w Miętkiem rozgorzała w niedzielę, 24 września przed południem. Szczepan Lewandowski szedł właśnie do Janka Labrzyckiego pożyczyć brzytwę do golenia, kiedy sierżant (pochodził z Bydgoszczy) zaczął krzyczeć: „Sowieci napadli. Do broni”. Krasnoarmiejcy otaczali już park i dwór. Sierżant zorganizował obronę. Lewandowski nie miał przy sobie broni, został więc amunicyjnym. Kocioł wokół ich stanowiska się zacieś- niał. W walce poległo sporo żołnierzy i po jednej, i po drugiej stronie. Ilu? Nie wiadomo. Potyczka zakończyła się po około 20-30 minutach.
- Usłyszeliśmy wołanie: „Ruki wwierch!”. Wyszliśmy z naszych pozycji. Przygalopował jakiś wojskowy na koniu, chyba Ukrainiec, z naganem w ręku. Krzyknął po polsku: „Szeregowi na lewo, oficerowie i podoficerowie na prawo”. Dostrzegł sierżanta, tego z Bydgoszczy. Poznał, że to on zastrzelił w walce jednego z ruskich żołnierzy. Kazał się nam ustawić w szereg – wspominał po latach Lewandowski.

Potem do folwarku wjechał czołg. Wyszedł z niego jakiś starszy oficer. Wówczas z szeregu wystąpiło trzech żołnierzy. Zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego: „Ja wasz czeławiek!”. Pokazali mu jakieś papiery. Oficer zabrał je i kazał tych ludzi wyłączyć z szeregu.
- Potem miał przemówienie. Zrozumiałem z niego, że przyszli nas oswobodzić i ochronić przed Germańcami, a my do niech strzelaliśmy. Potem wsiadł do czołgu i odjechał – opowiadał Lewandowski.

W parku, za dworem słychać było jeszcze strzały. W pewnej chwili zza drzew wyszła sanitariuszka w mundurze. Młodziutka. Na pewno nie miała jeszcze dwudziestu lat. Choć Ukrainiec krzyczał, aby dołączyła na lewo do szeregowców, ta stanęła między oficerami i podoficerami. Być może nie rozumiała jego mowy. Kamandir zawołał bojców i kolumnę polskich żołnierzy popędzono w dół, za park, przez ściernisko do niewielkiej dolinki. Szli jakieś sto metrów.
- Tych czterech zostawił przy rowie, my przeszliśmy jeszcze 15-20 metrów za rów. Kazał nam stanąć. Ustawieni byliśmy twarzą na wschód. Była trzecia, może czwarta po południu. Słońce stało jeszcze wysoko na niebie. Usłyszałem salwę, czterech naszych padło, ja za nimi. Podjąłem taką decyzję w oka mgnieniu. To było tak, jakby coś siłą rzuciło mnie o ziemię. Leżałem nieruchomo, z rozrzuconymi rękami, rozkraczony – relacjonował po pół wieku Szczepan Lewandowski.

Słyszał kolejne salwy. Zaraz potem trzask pojedynczego strzału, potem następnego i kolejnego. To kamandir chodził z naganem i dobijał rannych strzałem w głowę. Doszedł i do niego. Chwycił go za koszulę.
- Udawałem martwego. Nie wiem, o czym w tej chwili myślałem. Pociągnął za cyngiel, usłyszałem krótkie „pyk”. Zabrakło mu nabojów. Zawołał jednego ze swoich żołnierzy i kazał mu do mnie strzelić. Ten strzelił mi między nogi. Pocisk wszedł w ziemię, podniósł się tuman kurzu i pokrył mnie częściowo. Usłyszałem jeszcze kilka strzałów, potem ruscy dobierali się widocznie do plecaków, kłócili się o zegarki. Wreszcie jeden powiedział: „Idiom k czortu”. Poszli – wspominał cudem ocalały Lewandowski.

Kolega z Rawy Ruskiej
Lewandowski stracił przytomność. Ocknął się po kilku godzinach, o zmierzchu. Dygotał z zimna. Uniósł się lekko. Zobaczył, że jeden z leżących wyczołgał się na plecach z szeregu trupów. W ten sam sposób doczołgał się do znajdującego się nieopodal lasu. Inny kucał i jęczał błagalnie: „Kolego, zabierz mnie!”. Potem odezwał się drugi: „Kolego, mnie też zabierz!”.
- Ten miał rozszarpane ramię. Doczołgałem się do Janka Labrzyckiego. Był zimny. Zabił go strzał w skroń. Uciekliśmy z tym, co był ranny w ramię. Ten drugi skonał. Był późny wieczór, potem noc, księżyc świecił jasno. Posuwaliśmy się ostrożnie w stronę lasu, od krzaka do krzaka, niepewni czy to krzak, czy też skulony rusek – wspominał Lewandowski.

Po około 30 metrach usłyszeli szczekanie psa. Lewandowski zostawił rannego kolegę na skraju lasu i poszedł w stronę, z której dobiegało szczekanie. W pobliżu zabudowań, za stodołą, spotkał starszego chłopa. Zakopywał pasy z ładownicami. Powiedział mu, że ma rannego.
- To go przyprowadź – odrzekł tamten.
- W chacie były dwie dziewczyny, córki starego. Miały przeszkolenie sanitarne. Podarły dwie koszule i opatrzyły ranę. Dały jeść i jeszcze chleb oraz cztery kilogramy cukru na drogę. Stary pokazał, jak iść na zachód – wspominał Lewandowski.

Dalsza droga Lewandowskiego i jego rannego towarzysza była lawirowaniem wśród dróg, byle nie wpaść w ręce Niemców. Za Zamościem przyłączali się do różnych grup żołnierzy, którzy wracali do swoich domów. Jedni kierowali się na Warszawę, inni na Toruń, Konin lub Płock.
- Pod Kraśnikiem, a może Piaskami ochłonęliśmy. Dopiero spostrzegłem, że szedłem z porucznikiem. Tyle przeżyliśmy razem i ani jednego słowa nie zamieniliśmy o tym, jak to się stało, że obaj się uratowaliśmy. On nie wiedział nic o mnie, ja o nim. Okazało się, że jest z okolic Rawy Ruskiej i chce tam wracać. Namawiał mnie, abym szedł z nim. Nie chciałem, choć był mi bliski jak brat. Zaczęliśmy się żegnać. Obu nam puściły się łzy. „Jestem Tadeusz Sołtys. Mój adres. Maciejów koło Rawy Ruskiej” – powiedział. „Szczepan Lewandowski. Puszczykowo Stare, powiat Śrem, koło Poznania” - odpowiedziałem. Tak rozeszliśmy się 25 września – odtwarzał tamto pożegnanie Lewandowski.

Do swojej miejscowości dotarł 10 października. Co się stało z Tadeuszem Sołtysem, nie wiadomo. Nigdy więcej się już nie spotkali.

Przenieść w dogodne miejsce
„Szanowny Panie...
…Mój tata nie pamięta poległego w 1939 roku swego ojca. Miał zaledwie półtora roku, gdy dziadek wyruszył na wojnę. Babcia nigdy nie otrzymała żadnej oficjalnej wiadomości o śmierci dziadka. Jedynym świadkiem rodzinnej tragedii był Pan Szczepan Lewandowski. Bardzo proszę Pana o każdą, nawet najdrobniejszą informację dotyczącą poległych w Miętkiem żołnierzy, a także wiadomość, gdyby ekshumacja znalazła swe miejsce. Jesteśmy zapewne jedynymi, którzy wiedzą, gdzie spoczywa ich bliski. Spośród 14 zamordowanych nieznanych żołnierzy jeden jest już znany; jest nim Jan Labrzycki z Puszczykowa koła Poznania…” - to fragment listu wnuczki Labrzyckiego.
- Jest szansa, aby poznać personalia reszty. Będąc żołnierzami musieli mieć przecież tzw. nieśmiertelniki. Może podczas ekshumacji uda się jej odnaleźć. Może znajdziemy jakieś rzeczy osobiste, które wskażą jakiś ślad – ma nadzieję Szopiński.

Józef Szpyrka uczestniczył w ich pochówku. Wspomina, że na drugi dzień po zakończonym boju, on, jego starszy o 14 lat brat Janek i najstarszy z braci Ptaszyńskich, a także kilku chłopaków ze wsi, pojechali na miejsce egzekucji. Leżało tam 14 żołnierzy. Niektórzy pozbawieni byli butów, inni pasów i części garderoby. Obok leżała też zabita młoda sanitariuszka. Miała postrzał w pierś.
- Nazywała się Irena Grzywacz. Była wtedy z nami Jana Moskowiakowa, która przeglądała jej dokumenty i zapamiętała nazwisko – wspomina Józef Szpyrka.
Ciała zabitych zapakowali na drabiniasty wóz i powieźli na prawosławny cmentarz, który znajdował się za cerkwią. Tam wykopali dół, głęboki na 1,7 metra i pochowali ciała. Obok w osobnym grobie pochowali sanitariuszkę, bo uznali, że nie godzi się, aby spoczywała z mężczyznami. W kopaniu dołu pomagał im niejaki Boryłka, kościelny z prawosławnej cerkwi. Najstarszy brat Józefa Szpyrki - Edward (miał wtedy 31 lat) na jednym z ukraińskich grobów wyrył napis: „Tu leży 14 żołnierzy WP i sanitariuszka”. Napis zachował się do tej pory.
- Pamiętam, że żołnierze, których chowaliś- my, mieli na szyi, na sznureczkach połówki nieśmiertelników – przypomina sobie Józef Szpyrka.
Relacjonuje, że drugą część nieśmiertelników i prawdopodobnie dokumenty pozbierał Wiktor Radomski. Nagabywany później przez mieszkańców wsi oświadczył, że rzeczy te przekazał w czasie okupacji Janowi Kawce. Ten zginął jednak w obozie na Majdanku pod Lublinem. Ślad się urywa.
Zamordowani w rowie za dworskim polem to nie jedyne ofiary potyczki z Sowietami. Inni żołnierze Wojska Polskiego polegli, bądź zostali zamordowani w parku, w części zwanej „koszarami”. Mówi o tym Józef Szpyrka. Potwierdza to 95-letnia Janina Szopińska, która służyła wówczas w folwarku Miętkie.
- Pamiętam, że po wojnie przyjechała tu jedna kobieta i ekshumowała ciało – wspomina Szpyrka.
- Z tego, co mi wiadomo, nie ona jedna. Kilka ciał ekshumowano po wojnie. Wiele pewnie wciąż tam leży – mówi Lech Szopiński.

Żołnierska mogiła
Wójt Szopiński na razie chce się zająć żołnierzami pochowanymi na prawosławnym cmentarzu. Chce ich prochy ekshumować i przenieść na cmentarz do Mircza. Tam zamierza urządzić specjalną kwaterę wojskową, która stanie się miejscem spotkań patriotyczno-religijnych i edukacji młodzieży.
Planował, że uroczystość z ceremoniałem wojskowym odbędzie się 27 kwietnia. Rozmawiał już na ten temat z biskupem i przedstawicielami wojska. Ale prawdopodobnie tak się nie stanie. A wszystko przez... wygląd pomnika.
- Nie chcę, aby był to zwykły obelisk, jaki stawiano żołnierzom w czasach komuny. Zresztą, zważywszy na okoliczności, w jakich zginęli ci żołnierze, chyba to nawet nie pasuje – uważa Szopiński.

Wraz z miejscowym artystą plastykiem Dariuszem Smolem, opracował własny projekt. Pomnik tworzy falista ściana, zakończona dwoma filarami. Na panteonie krzyż i napis: „Dla Ciebie Polsko”. W niszy, w centralnym miejscu stoi figura żołnierza trzymającego broń u nogi. Są też dwie tablice po bokach. Całość miałaby kosztować ok. 30–35 tys. zł, większość z pieniędzy pozabudżetowych. Tanio, bo materiałem będzie piaskowiec. Wójt rozmawiał już z rzemieślnikami z Józefowa. Palą się do roboty.
- Chciałbym ograniczyć symbole religijne, bo nie wiadomo, jakiej wiary byli żołnierze – mówi wójt Szopiński.

Projekt został jednak w ubiegły wtorek negatywnie zaopiniowany przez członków Wojewódzkiego Komitetu Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Lublinie. Uznali, że nijak ma się on do kwater żołnierskich, które cechuje skromność formy. A propozycja wójta przypomina im bardziej mauzoleum. Zdaniem członków komitetu, projekt sporządzony został też bez dbałości o szczegóły. Nie wiadomo, jaki żołnierz tam stoi, dlaczego ma taki dziwny hełm i mundur oraz z jakich względów trzyma karabin u nogi. I najważniejsze, projekt nie posiada kwatery wojskowej, gdzie znajdują się prochy żołnierzy. A to najważniejszy element grobu żołnierskiego.
- Sam pomysł przeniesienia prochów żołnierzy w godne miejsce jest godny pochwały i ma naszą akceptację. Co do koncepcji upamiętnienia, wójt musi ją poprawić tak, aby spełniała wymogi kwatery wojskowej, którą cechuje skromność formy i długowieczności wykonania. Najlepiej z granitu, a nie z piaskowca – wyjaśnia Waldemar Podsiadły, pełnomocnik wojewody ds. ochrony dziedzictwa narodowego i spraw kombatantów, a jednocześnie sekretarz WKOPWiM.

Jego zdaniem, najlepszy byłby obelisk z krzyżem i przedwojennym orłem w koronie, który nosili na czapkach żołnierze. Taki też pierwotnie wygląd miał mieć obelisk w Mirczu zaakceptowany przez komisję. Jeśli wójt chciał wprowadzić jakieś poprawki, mógł poprosić o pomoc specjalistów.
- Kwatera wojskowa na cmentarzu różni się od pomnika, który ma stanąć na przykład przy urzędzie gminy lub placu – dodaje Podsiadły.
Lech Szopiński ma świadomość, że gmina przyjęła formę może zbyt bogatą, ale podkreśla, że finansowo niedrogą.
- W ubiegłym roku, przygotowując kosztorys, planowaliśmy upamiętnić miejsce w formie obelisku. Nie spotkało się to jednak z akceptacją kombatantów i miejscowej inteligencji – tłumaczy wójt. Poddawać się nie zamierza.

Przy pisaniu reportażu korzystałem z artykułu „Przeżyć własną śmierć”, autorstwa Wandy Tycner, opublikowanego 5 października 1991 r. w „Prawie i Życiu”.

 




Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia

Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
Informacje opublikowane przez INTERNAUTÓW nie podlegają cenzurze. Właściciele i redakcja Roztocze Online (www.roztocze.net) nie odpowiadają za treść zamieszczonych materiałów, tekstów i komentarzy! Jeżeli zawartość nie jest sygnowana "Roztocze.net" lub "Roztocze Online" to głowna treść tej strony jest kopią znalezioną w sieci internet.
Kopie stron internetowych zamieszczane w serwisie roztocze.net są dokonywane za zgodą autorów lub właścicieli, serwis roztocze.net nie jest w żaden sposób związany z autorami takich strony i nie odpowiada za ich treść.
Komentarze [do góry]

Autor: Ewa labrzycka
Tytuł: Nieśmiertelniki z Miętkiego

Skąd:
Kiedy: 2008-03-01 22:40:26
Dziękuję bardzo za to co Pan napisał wiele łez było i dziękuję za to bo pamięć o moim dziadku zawsze pozostanie. Byłam tam widziałam gdzie zginął mój dziadek żal tylko że mój tata był na mogile swojego ojca po tylu latach ale szczęśliwi jesteśmy że tam byliśmy i wiemy gdzie spoczywa. Dzieli nas wiele kilometrów ale pamięć pozostaje zdjęcia i opowieści babci której już nie ma.Bardzo dziękuję przesyłam pozdrowienia.Ewa Labrzycka
dodaj komentarz
[Kontakt] [Reklama] [© Roztocze Online - P.Rogalski & R.Moteka]