|
W ub. poniedziałek, w Hrebennem kolejka tirów sięgała 5 km. W Dorohusku było jeszcze gorzej. Sznur tirów ciągnął się przez prawie 30 km. To efekt strajku celników. Domagają się podwyżek (o 1,5 tys. zł) oraz ochrony prawnej, gdy są oskarżani o korupcję. Z dyrektorami Izb Celnych spotkał się w Białej Podlaskiej premier Donald Tusk. Obiecał m.in. 500 zł podwyżki i zmianę przepisów. Chodzi o to, aby aresztowanie celnika nie przesądzało od razu o jego zwolnieniu z pracy
Akcję protestacyjną rozpoczęliśmy jeszcze w październiku
2007 r. Na przejściach granicznych wywiesiliśmy flagi. Dotychczas tyle z tego
mieliśmy, że flagi trzeba było od czasu do czasu prać. I nikt się nami nie
przejmował - opowiada jeden z funkcjonariuszy.
W mediach były publikowane informacje na temat protestu celników, ale na nikim nie robiły wrażenia. Bo i samochody, choć procedury trwały dłużej, były jednak odprawiane. Czyli teoretycznie wszystko było OK. Teoretycznie, bo celnicy dalej pisali apele i odezwy.
- Sytuacja była chora -
przyznają.
Tymczasem szefowie placówek Izb Celnych spotykali się na naradach. I nie pozostawało im nic, jak tylko napisać kolejny apel. Do dyrektora izby, do szefa Służby Celnej. Zwracali uwagę, że nastroje wśród ich podwładnych są nieszczególne. Ludzi jest mało, a roboty huk.
Podczas spotkań szefów placówek Izb Celnych jest też stale mowa o tym, że prokuratura i policja przesadzają z zatrzymywaniem i aresztowaniami celników. Stróże prawa i porządku w spornych kwestiach nie dawali wiary celnikom, ale tym, którzy posądzali ich o wymuszanie łapówek lub o ich przyjmowanie.
- Mówiliśmy, że będzie prawdziwy strajk. No i jest - mówią w Urzędach Celnych.
Jedni strajkują, inni blokują
W ub. tygodniu zostało zablokowane przejście graniczne w Dorohusku. Stanęły m.in.: Korczowa, Hrebenne, Medyka. Celnicy poszli na urlopy. W niektórych miejscowościach nawet ci, którzy przyszli do pracy nie wykonywali swoich obowiązków. Czasami dlatego, że np. nie mieli uprawnień do kontroli pojazdów. Celnicy domagają się m.in. podwyżek płac, ale główny nacisk kładą na to, aby zmienić przepisy.
- Nie może być tak, że dajmy na to Ukrainiec o coś oskarża celnika, a ten jest natychmiast zatrzymywany, a później zostaje aresztowany - mówią byli i obecni funkcjonariusze.
Doszło do kuriozalnej sytuacji. Kierowcy chcieli krócej czekać na odprawę i domagali się większej liczby celników. Blokowali drogi.
Hrebenne, 23 stycznia (środa)
- Jewrosojuz!! Ch....a nie jewrosojuz - Igor klnie na czym świat stoi, bo do domu dojedzie za jakieś 12 godzin. W najlepszym razie. Ale równie dobrze może być przygotowany na to, że utknie w kolejce na 24 godziny. Co wtedy? Za potrzebą trzeba będzie iść w krzaki. Koledzy podzielą się jedzeniem, papierosami. Jakoś da się przeżyć. Oby.
Po kilku dniach oczekiwania z pomocą kierowcom w Hrebennem ruszyli pracownicy Urzędu Gminy w Lubyczy Królewskiej. Dowozili im kawę, herbatę, zupy.
Nie on jeden jest wściekły. Przed szlabanem w Hrebennem stoi ponad 300 ciężarówek. Odprawy wstrzymane. Celnicy powiedzieli dość i zaczęli strajkować. Większość wzięła urlopy, stąd na przejściach granicznych nie ma kto kontrolować pojazdów. A jeśli nawet celnicy przychodzą, to w sile dwóch, trzech ludzi.
Kierowcy cierpliwie wyczekują w ciężarówkach. Od czasu do czasu któryś przeklina swój los. Właśnie dowiedzieli się, że w kolejce przed przejściem w Dorohusku zmarł kierowca. Zawał. W piątek dowiedzieli się, że w Medyce, po ukraińskiej stronie granicy wezwano pogotowie do kierowcy ciężarówki, który nabawił się zapalenia płuc; natomiast na polsko-ukraińskim przejściu Krakowiec - Korczowa kierowca spłonął w kabinie swojego samochodu.
Ale w Hrebennem, podobnie jak i w samym Dorohusku, nikt nie myśli, żeby odpuścić. Samochody ustawione w poprzek drogi. Próbuje interweniować policja. Nic z tego.
- Jesteśmy bezradni - funkcjonariusze z Komendy Powiatowej Policji w Tomaszowie przyjechali, ale tylko po to, aby popatrzeć na kolejkę tirów. Dojechali do miejscowości Potoki.
- Na kierowców nie ma siły. Zatarasowali drogę i gdzieś poszli. Gdzie ich szukać? - trapią się policjanci.
Tymczasem kilku szoferów wesoło rozmawia przy rozpalonym obok drogi ognisku.
- A co nam policja może zrobić? Nic. Niech tylko policjanci spróbują ruszyć któryś z naszych samochodów. Dopiero się zacznie - grożą. Tirowcy nie przepuszczają też
autobusów PKS. Pasażerowie posłusznie wysiadają z autokaru. Dalszą część drogi
pokonają pieszo.
Na taryfę ulgową nie mogą też
liczyć funkcjonariusze Straży Granicznej. W środę wieczorem major Andrzej
Wolczyk, dowódca placówki Straży Granicznej w Hrebennem próbował negocjować z
kierowcami. Tłumaczył, że właśnie celnicy zaczęli odprawy samochodów.
Przekonywał kierowców, aby ci odblokowali trasę dojazdową do przejścia w
Hrebennem. Nic z tego. Majora też nie przepuścili.
Andrzej Kaczor, dyrektor szpitala w Tomaszowie Lubelskim dziękuje Bogu, że nie było wezwań karetki pogotowia do Hrebennego. Strach pomyśleć, co by się stało z potrzebującym ratunku, gdyby karetka na sygnale musiała czekać, aż kilkaset tirów, jeden po drugim zjedzie na pobocze.
W piątek (25 stycznia) Andrzej Kaczor informował, że pogotowie tylko raz wyjechało w okolice Hrebennnego.
- Zasłabł kierowca ciężarówki. Miał gorączkę. Lekarz wypisał receptę. Ten człowiek nie chciał, aby go przewieźć do szpitala - tłumaczy dyrektor Kaczor.
Na blokujących drogę kierowców i strajkujących celników wyklinają ci, którzy muszą maszerować kilka kilometrów do Hrebennego.
- Przyjechałam ze Śląska. W szpitalu w Tomaszowie jest moja
mama. Właśnie od niej wracam. Dojechałam do połowy kolejki tirów, później droga
została zablokowana. Ani wracać do Tomaszowa, ani dojechać do Hrebennego -
denerwuje się Teresa Kulig.
Ze szpitala, tyle że psychiatrycznego w Radecznicy, wracał w środę pan Janusz. Gdy zobaczył blokadę na drodze, wierzyć mu się nie chciało, że też na świecie takie niepojęte historie się dzieją.
- Leżałem w szpitalu 2,5 tygodnia. Osłabiony jestem. A tu kierowca autobusu powiedział, że dalej nie jedzie. Musiałem iść z torbami prawie trzy kilometry do domu w Hrebennem. Ciężko było - zwierzał się, gdy już szczęśliwie dotarł do domu.
Celnik celnikowi nierówny
Opinie na temat celników są podzielone. Jedni ich protest
popierają, inni twierdzą, że funkcjonariusze zaczęli strajkować, bo ich pracy
zaczęła baczniej się przyglądać prokuratura i policja. Prokuratorskie śledztwo
jest prowadzone od ok. roku, objęło ponad 40 celników, kilkunastu z nich
przebywa w areszcie. Dla tych, którzy chętnie opowiadają o pokaźnych domach
celników, sprawa jest prosta: dopóki mogli brać, to robota im pasowała, a teraz
narzekają.
Celnik X z kilkunastoletnim stażem, z czego większość na przejściu granicznym. Nazwiska nie ujawni. Powie jak jest: - Nie każdy celnik bierze łapówki. Ale nie można też powiedzieć, że żaden tego nie robi. Na granicy pokusy były, są i będą. I nie ma na to rady.
X zna wiele przypadków, gdy zatrzymywano jego kolegów, przetrzymywano w areszcie. Wydobywczym. Niektórzy miękli i dla świętego spokoju przyznawali się, że coś tam wzięli.
- Kolega siedział w
areszcie. Prokurator, taki młody, narwany, awansował, umówił się z nim, że
następnego dnia go przesłucha. Uzgodnili, że o godz. 11 mój kolega zostanie
przywieziony do prokuratury. Miał mu towarzyszyć adwokat. Rzeczywiście
następnego dnia prokurator go wezwał, ale o godzinę wcześniej. Siłą rzeczy nie
było mowy o tym, aby w rozmowie uczestniczył adwokat. Kiedy kolega powiedział,
że bez mecenasa nie będzie zeznawał, prokurator stwierdził, że bardzo się
spieszy. Postawił sprawę jasno: przyznaje się pan czy nie. Nie? OK. I było po
wszystkim. Prokurator zapowiedział, że kieruje wniosek o areszt. I areszt był.
Inna historia. Prokurator w asyście policjantów
przyjeżdża do jednego z oddziałów Izby Celnej. Spokojnie pije kawę z szefem,
rozmawiają sobie w najlepsze. Jest miło. Akurat na zewnątrz trwa pokaz:
antyterroryści odbijają zakładników. Jest telewizja. Ekipa z Lublina. Gdy pokaz
się kończy, prokurator oświadcza szefowi oddziału celnego, że właściwie to
przyjechał go aresztować. I wyprowadzają człowieka skutego kajdankami. A
kombinują tak, żeby telewizja to zarejestrowała. Tak dla lepszego efektu.
I jeszcze jeden przykład. Prokuratura stawia dziwne zarzuty. Oskarża jednego
z moich kolegów. Miał wydać zwolnienie z opłat cła Ukraińcowi. Zdaniem
prokuratury, Ukrainiec o takim imieniu i nazwisku nie istnieje. Prokurator to
wie, bo zasięgał informacji na Ukrainie. I nie ma przeproś. Kolega pokazuje
dokumenty, z których jasno wynika, że taki a taki gość przekraczał granicę i
robi to nadal. Ale do prokuratora to nie dociera. Nie mieści mu się w głowie, że
urzędnik na Ukrainie zatroszczył się o swojego rodaka i po porostu skłamał. Mój
kolega zostaje zawieszony w obowiązkach służbowych. Na kilka lat. Bo tak długo
trwa wyjaśnienie całej sprawy. Ostatecznie okazało się, że to mój kolega mówił
prawdę. Owszem, ma satysfakcję. Ale cztery lata jego życia diabli wzięli. A
wśród sąsiadów ma opinię złodzieja. I tego już nie zmieni.
X dodaje, że nawet bez zarzutów i prokuratorskiego śledztwa na karku, w służbie nie jest lekko.
- Naprawdę się
staramy. Bo skąd się biorą te wyniki, które tak ładnie wyglądają w gazetach i w
telewizji? Papierosy w butlach na gaz, w skrytkach w podłodze, w kołach
zapasowych itd. Ale gdybym ja, czy któryś z kolegów tego nie wykrył, to
przemycane papierosy znaleźliby celnicy z tzw. grupy mobilnej. I jaką mam
gwarancję, że ktoś nie dojdzie do wniosku, że puściłem przemytnika. Oczywiście
za łapówkę. To dlatego ludzie nie wytrzymują, czasem po kilku miesiącach
odchodzą ze służby.
Są i inne powody. Słabe zarobki (na początek ok. 1,3 tys. zł) za - co tu dużo mówić - ciężką pracę. Niewielu jest takich, którym za takie marne pieniądze się chce sterczeć całą noc pod wiatą, wysłuchiwać obelg, wskakiwać do tirów, grzebać pod maską.
.............................................................................
Mało nas!
Marzena Siemieniuk, rzecznik prasowy Izby Celnej w Białej Podlaskiej przyznaje, że braki kadrowe są ogromne: - Tylko w ub. roku z pracy odeszło 89 osób. Większość sama zrezygnowała.
W Izbie Celnej w Białej Podlaskiej, czyli
we wszystkich naszych urzędach i oddziałach pracuje 1 580 osób. Wśród nich jest
1 420 funkcjonariuszy. W styczniu organizowaliś- my nabór do pracy. Ale tylko na
43 etaty. Aby nasze placówki funkcjonowały prawidłowo, musielibyśmy przyjąć 300
osób. Od zaraz. Ostatnio Ministerstwo Finansów obiecało, że dostaniemy pieniądze
na 40 dodatkowych etatów. Kolejny nabór rozpocznie się w lutym. Nowi rozpoczną
pracę chyba dopiero w marcu.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|