|
Irlandczycy nas lubią. W cud gospodarczy, który niby jest nam pisany,
uprzejmie wierzą, ale prostują to, co opowiadali nasi politycy. Bo oni sukces
zawdzięczają dolarom swoich ziomków z USA, pieniądzom z UE i sobie samym. Dzięki
temu dzisiaj nie martwią się o to, co jutro przyniesie. Podobnie jak Polacy,
którym się poszczęściło na Zielonej Wyspie
Terry pracuje w Dublinie, w firmie wytwarzającej ramy. - Jacy są Polacy? - W porządku. Przyjacielscy, uczciwi, naprawdę dobrzy koledzy. Terry poznał Polaków w swojej pracy.
- Znam kilka słów po polsku - cieszy się. - A wiesz, jakie poznałem na samym początku pracy z Polakami? „Szybciej”, to jest to słowo.
Polacy popsuli rynek
Pewnego pięknego dnia w firmie, w której pracuje Terry zjawiło się trzech Polaków. - Fajne chłopaki, tylko na robotę rzucili się tak, jakby przez 10 lat mieli zakaz pracy. U nas nikt nikogo nie gonił. Ale odkąd pojawili się Polacy, w robocie zrobiło się trochę nerwowo. Bo tak, wychodzimy wszyscy na przerwę na papierosa. Ja i moi kumple z Irlandii palimy spokojnie, popijamy kawę. Przerwa trwa zwykle 10 minut. Ale Polakom wystarczyły może ze 3. Co za ludzie! Coś między sobą pogadali, i ciągle jeden do drugiego - „szybciej, szybciej”. A później nawet, jak już swoje zrobili, to biegali po hali. Jakby nie mogli usiedzieć. „Kurwa” (to słowo też Terry poznał), nawet Chińczycy byli spokojniejsi. Irlandczycy nie mogli się
nadziwić obyczajom „nowych”. Polacy byli przekonani, iż wszystko trzeba robić
szybko, do minimum ograniczać przerwy, a w pracy, jeśli nawet nie ma nic do
zrobienia, należy przynajmniej dreptać w tę i z powrotem, byle tylko nie siadać.
Żeby wyglądało na to, że każdy ma jakieś zajęcie.
Irlandczycy nie w ciemię bici, w lot pojęli, że jak Polacy będą się tak uwijać, to w końcu nowy obyczaj zagości w ich firmie i z czasem również oni zamiast przerw 10-minutowych, będą mieli tylko 3-minutowe. Wytłumaczyli Polakom, że niezależnie od tego, jak szybko będą biegać po hali, to i tak za godzinę pracy dostaną minimalną stawkę (8,65 euro).
Terry przypuszcza, że w innych firmach, gdzie szefowie zauważyli jak pracują Polacy, ucierpieli na tym inni, a naszym rodakom i tak się nie poprawiło. A właściwie - zaszkodziło. Zresztą, w ciągu kilku ostatnich lat, nie tylko Polacy popsuli stare dobre obyczaje w firmach, których właściciele teraz odkryli, że zamiast 10, można zatrudnić np. 8 pracowników. Tak samo jak Polacy zachowywali się inni emigranci z Europy Wschodniej. Może nie wszyscy, ale jednak.
- No i macie, czego chcieliście - powiada Terry. - Minimalne pensje i dużo roboty.
Z Ameryki i Unii pomocą
Gdy Terry kończył opowiadać, zaczęło do mnie docierać, że
irlandzki cud, o którym przed wyborami opowiadał Donald Tusk, teraz nasz pan
premier, bynajmniej nie wziął się z katorżniczej pracy Irlandczyków. Na
potwierdzenie nie trzeba było długo czekać. Już w Dublinie John Paul („tak,
właśnie tak to zapisz, zupełnie jak Wasz Papież”), rodowity Irlandczyk wyjaśnił,
skąd wziął się sukces Irlandii.
John pracuje w agencji handlu nieruchomościami. Co nie przeszkadza mu w podejmowaniu innych zajęć. W niedzielny poranek sprzedawał choinki. A był to 2 grudnia. Za jednego świerka John chciał 50 euro. Nic nie sprzedał. Wcale nie dlatego, że na kupowanie choinki było cokolwiek za wcześnie.
- Uschnie? Na pewno, ale co z tego. Przecież można kupić następne - John nie pojmuje, że tylko z tak błahego powodu, jak opadające igły, można pozbawić dzieci radości z posiadania zielonego drzewka.
John nie handlował choinkami, bo jest niby taki przedsiębiorczy. W niedzielny ranek jego głównym zajęciem była rozmowa z kolegami. A co do irlandzkiego cudu, z nim było tak: najpierw pojawiły się pieniądze Irlandczyków, którzy przez lata dorabiali się w USA. Dodatkowo Irlandię zasiliły fundusze unijne. Natomiast sami mieszkańcy Wyspy zrozumieli, że trzeba się uczyć (wymusiły to na nich również nowe zakłady pracy, m.in. z branży elektronicznej, które potrzebowały fachowców).
- Staliśmy się narodem ludzi dobrze
wykształconych i dlatego nie musimy tak jak kiedyś, zajmować się wyłącznie
wykonywaniem prac fizycznych - tłumaczy Johny.
On, jak też wielu jego rodaków, przyznaje, że naród irlandzki ma jedną wadę. Irlandczycy zdecydowanie nie wylewają za kołnierz. Dlatego puby i restauracje czynne są najwyżej do godziny 2, a bardzo rzadko do godz. 3. I jeśli nawet w pubie jest kilkadziesiąt osób, to i tak lokal jest zamykany. Zarówno w dni powszednie, jak i świąteczne. Państwo bardzo dba o to, aby obywatele byli w formie i nie daj Boże, nie popadli w alkoholizm.
- Co innego u was, byłem w Krakowie, tam można bawić się do rana - już samo wspomnienie pobytu w Polsce sprawia, że John się rozpromienia.
Dla Polaków o Polakach Namiastką tego, co John zobaczył w Krakowie jest
Temple Bar, czyli dzielnica w centrum Dublina, oaza pubów i restauracji. Ale to
także miejsce, gdzie znajdują się np. muzea, galerie.
Tam też można spotkać Polaków (zresztą, gdzie ich nie ma).
Mateusz pochodzi z Piły, jest kelnerem i jak wyjaśnia, znakomita większość obsługi w Oliver St. John Gogarty Pub, gdzie pracuje pochodzi z Polski.
- Ochroniarze to też Polacy - dodaje
Aneta. Jest kelnerką, mieszkała w Nowej Hucie.
Ani Mateusz, ani Aneta nie zamierzają wracać do Polski. A w to, że Polska w niedalekiej przyszłości przeżyje boom gospodarczy, nie wierzą.
Tak na dobrą sprawę, to nie trzeba się z Dublina ruszać,
żeby poczuć się jak w Polsce. W hrabstwie Dublin, które liczy ponad 1 mln
mieszkańców, jest ok. 150 tys. naszych rodaków. Są polskie sklepy, m.in.:
„Polonez” (Lower Rathmines), ale tam obsługa nie nasza, ekspedientki mówią po
rosyjsku; za to w sklepie „Samo dobro” (Parnell Street) za ladą stoją Polki. W
tych przybytkach są polskie towary, ale w cenach irlandzkich. Chleb kosztuje od
ok. 1,5 euro do 2 euro, kilogram cukru - ok. 1 euro, kostka masła - ok. 1,5
euro. Są w Dublinie polskie gazety: „Polska Gazeta”, „Życie w Irlandii”, „Polski
Express”, „Wyspa” (naczelnym tego miesięcznika jest Tomasz Wybranowski z
Wożuczyna, absolwent LO w Tomaszowie Lubelskim).
Mateusz ich nie czyta, bo jak mówi, chce w Dublinie zostać
na dłużej, jakoś zżyć się z tym miastem. A niestety, w polskich gazetach
informacji o Dublinie jest niewiele. Nawet ogłoszenia dotyczące pracy czy
mieszkań, jakby przeterminowane. Dzwoniąc pod podany w gazecie numer telefonu,
trzeba być przygotowanym na to, że dowiemy się, iż oferta jest już od tygodnia
albo dłużej nieaktualna.
Dlatego Mateusz woli lekturę prasy irlandzkiej.
Tymczasem Łukasz Stec, który jest od niedawna naczelnym tygodnika „Życie w Irlandii” twierdzi, że jeśli Polacy na obczyźnie sięgają po gazetę, to głównie dlatego, że są ciekawi wiadomości z Polski.
We wszystkich polskich gazetach w Irlandii są za to porady (jak napisać cv, list motywacyjny, jak rozliczać się z urzędem skarbowym, ogłoszenia polskich aptek, gabinetów lekarskich, kancelarii prawniczych itd.).
Rozważania przy bigosie Jest też w Dublinie polski kościół (św. Audoena,
przy High Street). Przed nabożeństwem obowiązkowo każdy zerka na zawieszoną
przed kościołem tablicę ogłoszeń. Tutaj można znaleźć ofertę pracy, wynajmu
mieszkania, kupna/sprzedaży komputera, telewizora, wózka dziecięcego, biletu do
Polski. Po nabożeństwie w przykościelnej świetlicy każdy może liczyć na darmową
kawę i ciastka. Można też zjeść polski bigos. To już za 3 euro. Cena
niewygórowana, ale i bigosu tyle, co kot napłakał. U „pakistana” za 3 euro można
opchnąć solidną porcję kurczaka (dodatki: woda mineralna i placek – gratis).
Świetlica przy kościele to miejsce, gdzie Polacy snują opowieści o swoich dolach i niedolach. Częściej o tych drugich. Że pracy nie ma od miesiąca, że nawet jak robota była, to na czarno i nie zapłacili, że nawet jak zostawiłeś w agencjach rekrutacyjnych kilkadziesiąt cv, to i tak masz marne szanse na zatrudnienie. W takim momencie lepiej nie sięgać po polskie gazety, bo w każdej z nich znajdzie się przynajmniej jeden tekst o tym, jakimi to oszustami są Polacy, którzy nie zajmują się niczym, poza kombinowaniem, jak wykiwać rodaka. Mamią obietnicą pracy, wcześniej każą sobie płacić za adres lub choćby telefon do przyszłego pracodawcy, a na końcu okazuje się, że roboty i tak nie ma. Stąd, coraz więcej Polaków myśli o powrocie do ojczyzny, bądź o wyjeździe z pochmurnej i deszczowej Irlandii, do takiej samej Anglii, w której jednak szanse na dorobienie się, czy choćby utrzymanie są znacznie większe. Niektórzy wybierają Skandynawię, Luksemburg, Niemcy, Hiszpanię...
Kto pracuje, ten żyje
Szczęśliwie, większości się w Irlandii powiodło. Takie przypadki skrzętnie odnotowują polskie media w Irlandii. Pracują w bankach, studiują, są lekarzami, prowadzą przedszkola. Są też życiorysy bardziej zwyczajne.
Bożena pochodzi z Warszawy. Trudno powiedzieć dlaczego przyjechała do Irlandii. Miała dobrą pracę, była fotoedytorem w jednym z większych pism kobiecych. Nie miała żadnych problemów finansowych, a Irlandię potraktowała jako przygodę. Pracuje w pubie. Nalewanie piwa i uśmiechanie się do klientów, to nie jest oczywiście szczyt jej marzeń, ale nie narzeka. I bardzo dobrze rozumie tych, którzy wyjechali z Polski za chlebem.
– Tydzień pracuję na to, aby mieć na opłaty za pokój i na utrzymanie. To, co zarobię, przez kolejne trzy tygodnie – mogę odkładać.
Bożena nie planuje dłuższego pobytu w Dublinie. Wkrótce wyjedzie z Irlandii do Ameryki
Południowej. Zaoszczędziła wystarczająco dużo, aby mieszkać tam i zwiedzać
kontynent przez kilkanaście miesięcy.
Prawie dwa lata temu z Warszawy do Dublina przyjechał Paweł. Pracował w hotelu, na budowie, teraz jest ogrodnikiem. Na brak zajęcia nie narzeka. Na zarobki również. Zamierza jednak wrócić do Polski. Co będzie robił? Przede wszystkim wyremontuje dom w Hutkach pod Krasnobrodem, a później się zobaczy. Może przez pół roku pomieszka w Polsce, a na kolejne sześć miesięcy będzie przyjeżdżał do pracy w Dublinie.
Paweł i Bożena nie dziwią się, że dla wielu Polaków Zielona Wyspa to po prostu Ziemia Obiecana. Zwłaszcza dla tych, którzy nie mieli w Polsce pracy, a jeśli nawet, to miesięczne zarobki ledwie wystarczały na przeżycie. Albo i nie.
Śpiewający Argentyńczyk, przypalany
Chińczyk
Znalezienie pracy w Dublinie nie jest sprawą niemożliwą, a w zasadzie stosunkowo prostą. Zwłaszcza teraz, bo Irlandczycy już od końca listopada zaczynają cieszyć się z nadchodzących świąt. Sklepy przyjmują nowych sprzedawców, bo ruch w interesie jeszcze większy niż zwykle. Podobnie jest w restauracjach i pubach. Ich właściciele nie szukają pracowników w agencjach rekrutacyjnych, ogłoszenia wywieszają na drzwiach lokali. Bywa, że jeśli już ktoś wejdzie do pubu czy restauracji, zostanie zagadnięty o to, czy nie chciałby popracować. Wystarczy się zgodzić, przybić z szefem piątkę i można zaczynać choćby od zaraz. To stało się moim udziałem. A było to we włoskiej restauracji, przy jednej z głównych ulic Dublina. Nazwy lokalu nie wymienię. Z litości dla... jego właściciela i klientów. Szef jest Albańczykiem z Kosowa, a personel to głównie Chorwaci, Rumuni, jeden Rosjanin, Argentyńczyk o wdzięcznym imieniu Horacio i oczywiście Polacy. Był też Chińczyk – Johny.
Jako się rzekło, po krótkiej wymianie zdań z
właścicielem, zostałem królem zlewozmywaka, a właściwie trzech.
Piotrek był w Radomiu hydraulikiem. Zaczynał od zmywaka,
ale po kilku miesiącach awansował na pomocnika kucharza. Jerzy – taksówkarz z
Gdańska miota się jeszcze pomiędzy zmywakiem a stołem do przygotowywania potraw,
ale niebawem i on awansuje. Dowiedziałem się, że i ja jestem skazany na sukces.
Aby tak się stało, rodacy dali dobrą radę: trzeba pracować szybko. Czyli
sprawdziło się to, o czym jeszcze na promie wspominał Terry. Inni moi nowi
koledzy nie byli tak rygorystyczni. Przekazali za to kilka innych cennych uwag.
Nie należy wyrzucać wszystkich tekturowych opakowań, w których są dostarczane
produkty. Te większe przydadzą się. Gdy posadzka będzie zalana wodą, położy się
na niej tekturki. Przerwy mogę sobie robić w zasadzie, kiedy chcę, byle tylko
był zapas czystych talerzy, filiżanek, sztućców, patelni. I jeszcze jedno.
Chińczyk Johny jest chyba trochę rozkojarzony, więc bywa, że gdy kucharze
wrzucają gorące patelnie do zlewozmywaka, nie zawsze zdąży cofnąć rękę, a wtedy
gorąca blacha gaśnie na jego przedramieniu. Istotnie, Johny co jakiś czas
pokrzykiwał oj, oj, oj, i wszystkim było wesoło. Inną atrakcją pracy w kuchni
był Horacio, Argentyńczyk, który wyśpiewywał piosenki „The Beatles”. Robotą za
bardzo się nie przejmował, ale głos miał piękny i w pracy był witany
entuzjastycznie, nawet gdy przychodził spóźniony o dwie godziny.
- Good plan! – radował się szef, nie kryjąc dumy z tego, że praca w kuchni jest tak świetnie zorganizowana. Miałem pewne wątpliwości, ale szybko uznałem jego rację.
Irlandczyk wszystko
przeżyje
W tej robocie, choć nie pracowałem z Irlandczykami, w mig pojąłem, że cud gospodarczy, jaki stał się udziałem tego narodu, bierze się też z właściwej Irlandczykom twardości charakteru i co tu dużo mówić, końskiego zdrowia.
Już po pierwszym
kwadransie pracy dowiedziałem się, że z myciem naczyń zdecydowanie przesadzam.
Po pierwsze: talerze, widelce, łyżki itd. należy wrzucać do zlewu z wodą, w
której jest płyn. Później wystarczy je tylko trochę opryskać zimną wodą, włożyć
do zmywarki, aby po kilku minutach wyjąć. Co zrobić, gdy na talerzach nadal jest
np. sos? Nic. Nowa porcja przykryje to, co zostało ze starej. W przypadku
patelni, procedura jest bardziej uproszczona: woda, powierzchowne starcie tego
co zostało i przetarcie ścierką (po kilku takich zabiegach nikt nie zgadnie,
jaki jest naturalny kolor materiału).
Pech chciał,
że zlewozmywak, w którym kąpały się patelnie bezpośrednio sąsiadował z blatem,
na którym kucharze wykładali kelnerom talerze z gotowymi już daniami. I trudno,
żeby było inaczej: brudna woda ze zlewozmywaka zalewała (zwłaszcza wtedy, gdy
rozpryskiwała się po wrzucanych do zlewu patelniach) przygotowane dla szanownych
klientów potrawy. Na frytkach, pizzy, makaronie czy w zupach i sosach pojawiały
się brunatne plamy. Gdy było ich dużo, potrawy przysypywało się drobno pokrojoną
pietruszką. Tak dla picu. I wszystko grało. Nawet, gdy w kuchni nie było ciepłej
wody. Wtedy żaden płyn do mycia naczyń nie pomagał, ale i na to był sposób.
Zgodnie z zaleceniami, zabrudzony sosem gar o pojemności kilkunastu litrów
potraktowałem Domestosem. Bardzo byłem ciekaw, ilu szanownych gości naszej
restauracji zacznie puszczać nosem bańki, ale nic takiego się nie zdarzyło.
Operację „Domestos” powtórzyłem jeszcze kilka razy. Z powodzeniem.
Restauracja, w której uczyłem się fachu jest jedną z częściej odwiedzanych. W piątek i sobotę przed drzwiami lokalu ludzie stoją w kolejce. Cierpliwie czekają, aż zwolnią się miejsca. Jednego weekendowego wieczoru wartość zamówień wynosi 10-12 tys. euro. Choć podobno kiedyś został ustanowiony rekord – 15 tys. euro!
Turek mówi: Będzie cud!
Po dwóch dniach doszedłem do wniosku, że to zajęcie chyba nie dla mnie. Wypatrzyłem przytulny pub i tam postanowiłem spróbować jak smakuje prawdziwe legendarne piwo Guinness, sztandarowy produkt Irlandii. Los zdarzył towarzysza, Irlandczyka, któremu w przypływie szczerości opowiedziałem, jak sobie dzielnie radziłem przy zlewozmywaku. Nie szczędziłem detali. Jakoś się nie przestraszył, o nazwę restauracji nie zapytał.
- Who cares? – szeroko się uśmiechnął i poklepał mnie po ramieniu. Tak, jak mówił Paweł (ten od domu w Hutkach),
pytanie, w zasadzie retoryczne, „Who cares?” usłyszę jeszcze wiele razy. I
Zawsze życzliwi Irlandczycy będą w ten sposób gasili mój nadmiar emocji.
Z irlandzkim kolegą popijaliśmy piwo i przyglądaliśmy się konkursowi karaoke. Ten zresztą prowadził Chińczyk. Niestety, czas mijał, w końcu Chińczyk wykrzyczał do mikrofonu, że pora się pożegnać. Klientela raptem wstała z miejsc, wyprężyła się i zaczęła śpiewać. Dowiedziałem się, że jak każe stary zwyczaj, Irlandczycy żegnają się pieśnią narodową, czyli hymnem.
- I w Polsce będzie kiedyś tak dobrze jak w Irlandii – westchnął mój towarzysz. Jeszcze tego samego wieczoru potwierdził to Turek, Abdullah Bulut. Z wykształcenia jest informatykiem. Do Dublina przyjechał ze Stambułu. W stolicy Irlandii pracuje dla portalu Google.
Skąd wie, że w Polsce też zdarzy się cud gospodarczy? Abdullah był zdziwiony moim pytaniem. A odpowiedź miał gotową: - Bo przecież wszyscy tak mówią, to musi być prawda.
- Skoro wszyscy o tym cudzie mówią, to może i naszemu premierowi ktoś o tym powiedział? – dopytywałem. - Tak mogło być – zadumał się Abdullah.
Ps. Wyjazd do Irlandii był możliwy dzięki uprzejmości firmy Polonia Transport. Serdecznie dziękujemy.
.............................................................
Jak rośnie koniczynka?
Dublin to prawdziwy tygiel narodów. Do stolicy, do innych miast zresztą też, przyjeżdżają ludzie z całego świata. Żeby pracować, żeby się uczyć. Niektórzy tłumaczą to do pewnego stopnia modą na Irlandię, ale i te upodobania skądś się wzięły. Irlandia od roku 1973 korzysta z unijnych funduszy. To, po pierwsze. Po drugie, nie byłoby cudu, gdyby nie inwestycje z USA. Ocenia się, że w Stanach Zjednoczonych mieszka ok. 40 mln osób pochodzenia irlandzkiego. W Irlandii zainwestowały firmy z branży elektronicznej i komputerowej: Apple, Microsoft, Dell, ale też farmaceutycznej (Pfizer). Ten ostatni zbudował nieopodal miasta Cork fabrykę, szczególnie znaną z produkcji Viagry.
To wszystko sprawiło, że pod koniec lat 90. w Irlandii powstało 800 tys. nowych miejsc pracy. Stało się to w kraju, w którym mieszkało 4 mln ludzi.
W Irlandii, a szczególnie w Dublinie, wzrosły ceny mieszkań. Teraz cena 1 m kw. wynosi ok. 4,8 tys. euro.
Irlandczyk zarabia ok. 34 tys. euro rocznie.
* Polak na zmywaku może na początek zarobić ok. 1 700 euro (netto), przy założeniu, że pracuje przez 28 dni w miesiącu za minimalną stawkę 8,65 euro za godzinę. Oczywiście do tej kwoty nie są doliczane napiwki. Wynajęcie przyzwoitego pokoju (w pakiecie łazienka, kuchnia), to wydatek ok. 500 euro.
Po dwóch latach legalnej pracy można starać się o
zasiłek dla bezrobotnych - ok. 700 euro miesięcznie.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|