|
Wyznaczono go prawie dwa wieki temu, na podmokłych polach i łąkach,
gdzie pospólstwo pasło krowy. Potem to pół pastwisko, pół miejsce święte
należało ogrodzić. Zaplanowano budowę trwałego parkanu, wyrównanie terenu i
obsadzenie go drzewami. Pomyślano też o postawieniu domku dla grabarza. Ale lata
mijały, pojawiały się nowe przeszkody. Tymczasem bydło i świnie niszczyły i
obalały nagrobki. Na nieogrodzonym cmentarzu zaczęły się dziać makabryczne sceny
- puszczane samopas świnie wykopywały ciała zmarłych...
Za pięć lat, w 2012 roku, zabytkowa nekropolia przy Peowiaków w Zamościu osiągnie piękny wiek dwóch stuleci. Można więc dobrze i bez pośpiechu przygotować ten wyjątkowy jubileusz. Inicjatywa zamojskich dziennikarzy – Społeczny Komitet Odnowy Cmentarza Parafialnego zaczął działalność niedawno, lecz z jakże dobrym skutkiem.
W 2012 r. wejdziemy z pewnością do miasta naszych zmarłych nie tylko przez nową wspaniałą bramę. Wśród przeznaczonych do remontu nagrobków jest jeden szczególny cmentarny detal – kamienna lampa przy domu grabarza. W najgorszym razie liczy sobie ona co najmniej półtora wieku, a może nawet więcej. I ta oto lampa z piaskowca umiera od kilkudziesięciu lat na naszych oczach. Tego „miękkiego” z natury kamienia nie oszczędza ani słońce, ani deszcz.
Jeszcze kilkanaście lat temu koło domu grabarza stały dwie takie lampy. Ta, która ocalała, jest lampą już tylko dla historyków sztuki. Pozostali nie bardzo nawet wiedzą, do czego „to” kiedyś mogło służyć.
Miasteczko z widoku Brauna
Pierwszym zamojskim cmentarzem rzymskokatolickim, starszym nawet od samego miasta, lecz zapewne nigdy nieistniejącym, był cmentarz zaplanowany w 1579 r. przez Moranda i Zamoyskiego. Pierwszy z nich wykonał wtedy „malowanie placu na miasteczko”, czyli koncepcję projektową przyszłego miasta. Wszystko wskazuje na to, że ten jedyny i to tylko graficzny obraz owego cmentarza przetrwał w pierwszym opublikowanym w 1618 r. wizerunku Zamościa, znanym powszechnie jako tzw. widok Brauna. W tych zamierzchłych czasach cmentarze lokowano wokół
świątyń lub w ich podziemiach.
Zamoyski zaplanował w koncepcji z 1579 r. cztery kościoły: cerkiew ruską, kościół ormiański i dwa rzymskokatolickie – św. Krzyża i św. Tomasza (późniejsza kolegiata). Cmentarz jest tylko jeden, wspólny dla Ormian i katolików (dziś okolice hotelu „Renesans”). Było tak prawdopodobnie dlatego, że w głębokim przekonaniu kanclerza obydwa te obrządki różniły się tylko nieznacznie. Dlaczego jednak nie wokół kolegiaty? Z prostego, jak się wydaje, powodu. Kolegiata – kościół parafialny okazały i kosztowny miał być budowany dopiero po kilku latach. Drugi tymczasowy, niewielki, pod wezwaniem św. Krzyża, z cmentarzem dla najliczniejszej katolickiej społeczności powstającego właśnie miasta był potrzebny „od zaraz”. Jego lokalizacja obok kościoła ormiańskiego wydawała się więc na tę „chwilę” roku 1579 ze wszech miar słuszna.
Tam, gdzie szczątki pierwszego kościoła
Takie były założenia, lecz życie napisało inny scenariusz. Był bowiem gotowy i nie trzeba było budować nowego kościoła w centrum, mały drewniany kościółek również św. Krzyża, istniejący od 1475 r., w dawnej Skokówce (dziś ul. Krysińskiego), a więc blisko miasta. Mógł on z powodzeniem pełnić funkcję tymczasowej parafii i zastąpić projektowany tymczasowy w centrum, do czasu zbudowania kolegiaty. Wystarczyło go tylko powiększyć, co też uczyniono. Został ów kościół poświęcony 16.04.1581 r., a w latach 1584-1600 został świątynią parafialną na ówczesnym Przedmieściu Lwowskim. Tak więc w okolicach obecnego toru kolejowego
i ul. Krysińskiego mogliby z pewnością natknąć się archeolodzy na szczątki tego
pierwszego kościoła i cmentarza rzymskokatolickiego.
W 1598 r. zakończono budowę kolegiaty w stanie surowym, a dwa lata później przeniesiono do niej parafię z Przedmieścia Lwowskiego. Świątynia stała się największym i najwspanialszym grobowcem na otaczającym ją cmentarzu. Pod całym kościołem bowiem, pod kaplicami i przedsionkami zaplanował Morando sklepione podziemia (krypty).
Kanclerz był pierwszy
Pierwszego, którego doczesne szczątki złożono w 1605 r. w kolegiacie był kanclerz Jan Zamoyski. Z czasem dołączyli do niego członkowie jego rodziny, infułaci, profesorowie, szlachta i znamienitsi mieszczanie. Zaczął się też „zaludniać” cmentarz wokół kościoła. W połowie XVII w. na Lwowskim Przedmieściu, przy ul.
Gęsiej, w miejscu starego spalonego kościoła św. Krzyża zbudowano przytułek
(szpital) dla ubogich. Był tam także niewielki dla nich cmentarz, wydzielony z
ogrodu szpitalnego.
W 1784 r. austriaccy okupanci
znieśli cmentarz wokół kolegiaty (obowiązywał zakaz lokowania nekropolii w
centrum miast). Wówczas zamurowano także część krypt podziemnych, a inne
„opróżniono” z trumien.
Także drugie przedmieście – Lubelskie miało swój cmentarz wokół kościoła pod wezwaniem św. Katarzyny (dziś okolice parku, od ul. Sadowej). Kościół ten budowano aż czterokrotnie. Najstarszy, drewniany, z pierwszej połowy XVII w. spalili Kozacy i Tatarzy w 1648 r. Następny zniszczyli Szwedzi na początku osiemnastego stulecia, w czasie wojny północnej. Kolejny kościół wystawił w tym samym miejscu ks. Gruszecki. Ufundował on jednocześnie plebanię, przytułek i mały folwarczek na utrzymaniu księdza i ubogich. Żywot całego kompleksu był nieco dłuższy, ale nieremontowany skasowali Austriacy w poł. XVIII w.
Bo nie wadził nikomu
W latach 1793-1795 wspólnym wysiłkiem i ofiarnością mieszczan, duchowieństwa, a zwłaszcza ordynatowej Konstancji Zamoyskiej zaczęto budować nowy murowany kościół w kształcie koła. Więźniowie pilnowani przez żołnierzy wyrównali najpierw
teren i uporządkowali dawne groby. Wiosną następnego, 1796 r. zwieziono cegłę z
rozebranych fundamentów kościółka Loretańskiego. Szczególnie nowa cmentarna
brama, dzieło zamojskiego rzeźbiarza Ignacego Burczyńskiego podobała się
powszechnie. Na jej budowę „poszło” dwanaście tysięcy cegieł. Zdobiły ją dwa
duże wazony, posąg św. Katarzyny i wmurowany nagrobek Jana Mukańskiego –
podczaszego bełzkiego. Kościół i cmentarz był wówczas przeznaczony także dla
wojskowych i pewnie dlatego Austriacy nie tylko go tolerowali, ale i
remontowali.
Po 1809 r. Zamość został formalnie twierdzą państwową. Pas ziem fortecznych
ją otaczających ogołocono wówczas w wszelkiej zabudowy, lecz cmentarz jakoś
wojsku na razie nie przeszkadzał. Zaczął natomiast przeszkadzać kościół św.
Katarzyny. W 1810 r. wojsko go rozebrało, a dwa lata później zapadła decyzja o
likwidacji cmentarza. Wyznaczony w 1812 r. nowy teren pod cmentarz
rzymskokatolicki w obecnym miejscu, przy ul. Peowiaków, jako położony w znacznej
odległości od fortyfikacji, nie wadził już z pewnością nikomu. Grunty te przy
ul. Łanowej i Nowym Świecie należały wtedy do przytułku dla ubogich.
Niewykluczone jest zatem, że już wcześniej odbywały się tam pochówki. Były to
wprawdzie podmokłe pola i łąki, gdzie pospólstwo pasło krowy, ale nie wymagały
przynajmniej kłopotliwego wywłaszczenia.
Gdy około 1820 r. wytyczono wzdłuż ulic Łanowej i Skierbieszowskiej nową ulicę Obwodową (Peowiaków), uległa nieco zmianie jej trasa właśnie ze względu na nowy cmentarz.
Pół pastwisko, pół
miejsce święte
Najstarszym dokumentem kartograficznym uwzględniającym tę nekropolię w obecnym miejscu jest rosyjski „Plan okolic twierdzy Zamość z 1814 r.”.
Tak więc był
już wreszcie cmentarz cywilny i wojskowy, o który jednakże nikt nie dbał. To pół
pastwisko, pół miejsce święte należało jak najprędzej ogrodzić. Zajęła się tym
około roku 1820 Inżynieria Twierdzy Zamość, czyli stacjonujące w Zamościu
rosyjskie wojsko.
Planowano budowę trwałego
parkanu, wyrównanie terenu i obsadzenie go drzewami (koszt 6465 ówczesnych
złotych polskich). Drugi kosztorys na domek dla grabarza (2059 zł p) był gotowy
10 lipca 1823 r. Przetarg na łączną sumę 8524 zł p wygrał, zgodnie z
oczekiwaniami, komendant twierdzy, pułkownik Eryks. Jego oferta w kwocie 6100
złp wydawała się bardzo korzystna. Pieniądze przyrzekł m.in. proboszcz
kolegiaty, ks. infułat Aleksander Ulidowicz (938 zł p), a resztę mieli pokryć
parafianie w ramach dobrowolnej składki.
Lata jednak mijały, a pieniędzy nie było. Dopiero przed powstaniem listopadowym ogrodzono cmentarz, ale po to tylko, by powstańcy mieli czym rozpalać ogniska i ogrzać się trochę. Czas płynął. Bydło i świnie niszczyły i obalały nagrobki. Brakowało kostnicy i domu grabarza.
Donosem w burmistrza
Kolejny kosztorys z 1840 r. na sumę 7958 złp uwzględnił m.in. 2389 złp z tzw. pokładnego (opłata „za grzebanie ciał”).
Ogłoszono trzy licytacje, by wyłonić wykonawcę. Chętnych nie było. Jak zapisano w protokole „mieszkańcy Zamościa składają się z klasy rolniczej, a starozakonnym, chociaż by się wielu znalazło, nie wolno tego robić. Pozostały więc zabiegi o zezwolenie na zatrudnienie Żyda. Mógł to także robić tzw. dozór kościelny przy kolegiacie ze specjalnie wybranym komitetem. Więcej zwolenników zyskało drugie rozwiązanie, ale był już czerwiec 1840 r. i pełnia sezonu budowlanego. Na załatwienie formalności, a nade wszystko zebranie składki od mieszczan trzeba było co najmniej pół roku, więc i tym razem przed zimą nic się nie zrobiło. W następnym roku ze składki nic nie wpłynęło (nędza, gradobicie i inne klęski). Dozór kościelny miał tylko 1 500 zł z pokładnego. Wprawdzie zakupiono za to 177 dębowych słupów u bednarza Jana Niklewicza, ale dalej nic się nie działo. Zaczął za to „działać” jeden z członków dozoru kościelnego, wspomniany Niklewicz. Znany w mieście wichrzyciel pisał skargi na burmistrza, że to przez niego robota na cmentarzu nie posuwa się naprzód. Złośliwe donosy zrobiły swoje i oto pan burmistrz Józef Kossakowski o mało nie poszedł na trzy miesiące za kratki. Ujął się za nim jednak sam komendant twierdzy, generał lejtnant Karpenko. „Przez wzgląd na wzorową służbę”, ułaskawiony Kossakowski przesiedział tylko tydzień na posterunku wojskowym w ratuszu. Niklewicz przestał być członkiem dozoru, zastąpiony przez Wojciecha Pikuzińskiego „dobrych cnót człowieka”.
Świnie
wykopywały ciała zmarłych
W kwietniu 1841 r. zezwolenie na prowadzenie prac uzyskał Moszek Dychter – przedsiębiorca budowlany czyli entreprener, jak się to wówczas mówiło. Ten zgodził się postawić parkan i budynki za własne pieniądze i poczekać na zebranie składki od 301 parafian. W maju Dychter przystąpił do pracy, ale uaktywnił się znowu Niklewicz. Już po zawarciu kontraktu z Dychterem oświadczył, że chociaż kosztorys został wyliczony na blisko 8 000 złp, on zrobi to za 6 500 i sumę tę zabezpieczy na własnym domu wartości 8 500 złp. Ofertę jego odrzucono jednak, bo z góry zażądał 3 000 na kupno materiałów.
Pojawiła się wówczas nadzieja
zwiększenia funduszu cmentarnego o „pokładne” od zmarłych wojskowych. Uzyskanie
tych 936 złp okazało się jednak nie takie proste.
W
lipcu 1842 r. Urząd Miejski nalegał na Dichtera, by przyspieszył tempo robót. Na
nieogrodzonym cmentarzu zaczęły się bowiem dziać makabryczne sceny (puszczane
samopas świnie wykopywały ciała zmarłych).
Z nieznanych bliżej przeszkód, także i tego lata cmentarz znowu nie został ogrodzony.
Wały i rowy zamiast parkanu Wiosną 1843 r. powstał nowy
projekt. Zamierzano ze względów oszczędnościowych zamiast kosztownego
drewnianego parkanu, opasać cmentarz wałem i głębokim rowem, wyłożonym darnią.
Ponieważ jednak cmentarz znajdował się w odległości mniejszej niż 1 200 m od
fortyfikacji, należało zapytać o zgodę komendanta twierdzy. Ten nie miał nic
przeciwko rowom i wałom. Chodziło tylko o kupno łąki „u ościennych włościan lub
dworów” do wycięcia darni.
Zmiana decyzji co do sposobu grodzenia cmentarza
wymusiła podjęcie starań o zwrot pieniędzy z pokładnego, wydanych niepotrzebnie
na dębowe słupy. Okazało się bowiem, że suma ta wraz z pokładnym od wojska
wystarczy na pokrycie wszystkich kosztów inwestycji (rowy, wały, kostnica i dom
dla grabarza). Rowy miały być wykonane przy pomocy szarwarku i składka od
parafian była już zbędna. I w tym miejscu wkracza znowu do akcji bednarz
Niklewicz. Po sprawdzeniu wymiaru słupów na podwórzu pana Jana (nie dostarczył
ich na miejsce, mimo że wziął pieniądze za transport) okazało się, że są cieńsze
od zamówionych o kilka cali. Rozpoczął się więc beznadziejny proces odebrania
pieniędzy wojowniczemu bednarzowi.
Te i inne przeszkody sprawiły, że nowy projekt porządkowania cmentarza znów „dojrzewał”. Przez trzy kolejne lata, przy czym „po drodze” uległ pewnej modyfikacji. Otóż jesienią 1846 r. wykonano już rów i usypano wał, a na podwórzu magistratu piętrzyły się materiały budowlane na parkan i budynki (drzewo na słupy i podwaliny, belki, krokwie, gonty, bale i deski). Niestety i tym razem wykonane z takim trudem obwałowanie zrównało z ziemią wojsko podczas wojny krymskiej 1854 r. Rząd nie przyznał też miastu za to odszkodowania.
Płatwy w kant złożone Pojawiło się jednak jeszcze jedno nowe
zmartwienie. Cmentarz należało jak najszybciej powiększyć. Pierwszy zwrócił na
to uwagę komendant twierdzy, gen lejtnant Żytow. Nekropolia była już tak
przepełniona mogiłami, że kopanie nowych grobów bez naruszenia dawnych stawało
się niemożliwe. Ze względu „na niskie położenie i zbyt małą odległość od drogi
bitej lubelsko-lwowskiej” (obecna ul. Pewiaków), potrzebny był wyżej położony
teren. Poszukiwanie takiego nie dało jednak rezultatu, gdyż „w całym Zamościu
nie znajdzie lepszego”. Zapadła więc decyzja powiększenia cmentarza o sąsiedni
grunt (niecały hektar) z niwy należącej do Domu Schronienia. Całość o
powierzchni 21 000 łokci kwadratowych miała być ogrodzona z funduszu pokładnego,
składki parafian i odszkodowania za zniszczone jeszcze w 1809 r. cmentarze na
przedmieściach (katolicki i ewangelicki).
W 1855 r. dozorowi kościelnemu przewodniczył aptekarz Karol Kłossowski. Uznano, że najbardziej praktyczny będzie parkan z żerdzi (drągów), wzmocniony dębowymi słupami. Kiedy projekt przedstawiono komendantowi twierdzy, ten zażądał bardziej trwałego i efektownego. Stosując się do jego wymagań, a był to już maj 1858 r. dozór kościelny musiał zmienić kosztorys. Według ostatniej wersji, ogrodzenie z bali dębowych i sosnowych miało mieć wysokość dwóch metrów, „a nad nimi płatwy złożone na kant i pociągnięte czarną olejną farbą dla trwałości”. W rogu parkanu było miejsce na kostnicę i dom dla grabarza, a wszystko to wykonano zapewne jesienią 1858 r.
Fekalia na cmentarzu Czas płynął nieubłaganie dalej niosąc nowe kłopoty
miastu umarłych. W 1868 r. przybyła w nim nowa „dzielnica” – cmentarz
greckounicki. Ale było to „nic” w porównaniu z nielegalną asenizacją. Oto na
sąsiednie pole zaczęto regularnie wywozić beczki z fekaliami (zawartość
opróżnianych ubikacji z całego miasta).
Na początku
I wojny światowej (1914 r.) cmentarz znów „pękał we szwach”” i należało go
szybko powiększyć. Niełatwa to była operacja, więc „sam” musiał sobie jakoś
radzić. Na północ bowiem od granicy cmentarnej, w szczerym polu zaroiło się od
masowych grobów żołnierskich. Miasto musiało „coś” z nimi zrobić. I tak powstał
plan przyłączenia wąskiego pasa ziemi miejskiej o szer. 10-12 m „przylegający do
gościńca”, czyli ul. Obwodowej (Peowiaków). Nowy teren ograniczała od zachodu
droga dojazdowa do dwóch cegielni prywatnych (Dziuby i Czernickiego), a od
wschodu droga na Majdan, obok ogrodu „Flora”. Od południowego wschodu, w
bezpośrednim sąsiedztwie, znajdowała się rampa kolejowa, a od północy kompleks
zabudowań firmy „Ziemianin” (główny dwupiętrowy gmach pod dachówką stoi do dziś
przy ul. Przemysłowej). Wówczas była w nim olejarnia, trzy domy mieszkalne i
magazyn przeznaczony na młyn.
W 1917 r. zamożny
kupiec i przedsiębiorca, właściciel kilku kamienic Starego Miasta i założyciel
Tow. Muzyczno-Dramatycznego – Józef Czernicki ufundował na cmentarzu bardzo
potrzebną neogotycką kaplicę.
Jeszcze w czasie I
wojny, część wolnej przestrzeni obok cmentarza zajęli Austriacy na cmentarz
wojskowy, przejęty później przez wojsko polskie. Po wojnie (1920 r.) dowództwo
garnizonu zamojskiego czyniło starania o urządzenie nowego, rozległego cmentarza
o pow. 10290 m kw. obok katolickiego. Na początek wywłaszczono Teofilę
Gałaszkiewicz (4300 m), ale do 1923 r. nie spoczął tam ani jeden żołnierz, bo
były jeszcze miejsca na poaustriackim. Kiedy już i tam zaczynało być ciasno,
wojskowi nadal nie kwapili się z zajmowaniem gruntu Gałaszkiewiczowej, lecz
użytkowali przyległy do poaustriackiego. W 1925 r. znajdowało się tam 750 mogił,
z czego 80 % żołnierskie pojedyncze i jedna zbiorowa, 14 poległych w 1920 r.
W latach dwudziestych 1924 r. cmentarz parafialny
był przeznaczony dla mieszkańców Starego Miasta i przedmieść oraz części gmin
Mokre i Nowa Osada. Ogólna powierzchnia 40 625 m kw. stawiała go na pierwszym
miejscu pod względem wielkości i stopnia zadrzewienia. Otoczony częściowo
murowanym parkanem „w lichym stanie”, z żelazną bramą, miał w części niezajętej
nowy, drewniany płot. Brak należytego nadzoru zachęcał jednak do częstych
profanacji grobów.
Podczas bombardowania Zamościa
we wrześniu 1939 r. zginęło blisko trzystu mieszkańców miasta. I oni także
powiększyli „społeczność cmentarną” w tymczasowych mogiłach. Ich uporządkowaniem
zajął się magistrat rok później. Teren 120 m kw. został ogrodzony i podzielony
na trzy części, obramowane betonowymi krawężnikami. W kolejnym, 1941 r., na
polecenie starosty powiatowego, władze miejskie zajęły się grobami poległych
żołnierzy niemieckich (m.in. wytyczono alejki, utwardzając je odpadami z
elektrowni miejskiej). Niemcy wymogli także na zarządzie miasta odnowienie
jednego z wyróżniających się nagrobków na mogile żołnierzy austriackich
(oczyszczenie, uzupełnienie tynków i brakujących liter).
Po II wojnie światowej cmentarz był znów przepełniony i
proboszcz parafii św. Tomasza, ks. Franciszek Zawisza, starał się o jego
powiększenie. Dopiero w 1947r. Miejska Rada Narodowa zamierzała dokupić 11 500 m
kw. od strony wschodniej. Projekt ten nie mógł być niestety zrealizowany, ze
względu na nową ulicę do Chełma (przez Skierbieszów). Jedynym sposobem było
wówczas przyłączenie blisko 9 000 m kw., należących do szpitala, co też się
stało. Wobec braku możliwości dalszego powiększania, cmentarz ostatecznie
zamknięto w 1979 r. Siedem lat później - (1986 r. stał się największym (10 ha),
najmłodszym i najbliższym sercu zabytkiem dla wszystkich zamościan.
...............................
O pierwszej
zbiórce pieniędzy na ratowanie zabytkowych nagrobków z Cmentarza
Parafialnego
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|