newsroom    
Startuj Ulubione Kontakt
Region - Gospodarka i polityka - Kultura i rozrywka - Życie społeczne - Sport - Edukacja - Komunikaty ROL
 
 Szukaj:
Google   
  , imieniny: Benona, Jowity, Szczęsnego strona główna/newsroom  
 O artykule
Autor: Kronika Tygodnia - dr Bogumiła Sawa
Data: 5.12.2007, 10:00
Zmiany: 5.12.2007, 10:00
Czytane: 466x
Komentarzy: 0 [sprawdź]

  
Astromaniacy w Kawęczynku [29/1]

[przeczytane: 29x/komentarzy: 1]
Kawałek Czeczenii w Lubyczy [37/3]

[przeczytane: 37x/komentarzy: 3]
Archiwum: 509   Archiwum>>
Co się dzieje na Forum?
Zapisz się!
Elektroniczy biuletyn ROL
co tydzień w twojej poczcie email.
W cieniu cmentarnej latarni  

Wyznaczono go prawie dwa wieki temu, na podmokłych polach i łąkach, gdzie pospólstwo pasło krowy. Potem to pół pastwisko, pół miejsce święte należało ogrodzić. Zaplanowano budowę trwałego parkanu, wyrównanie terenu i obsadzenie go drzewami. Pomyślano też o postawieniu domku dla grabarza. Ale lata mijały, pojawiały się nowe przeszkody. Tymczasem bydło i świnie niszczyły i obalały nagrobki. Na nieogrodzonym cmentarzu zaczęły się dziać makabryczne sceny - puszczane samopas świnie wykopywały ciała zmarłych...

Za pięć lat, w 2012 roku, zabytkowa nekropolia przy Peowiaków w Zamościu osiągnie piękny wiek dwóch stuleci. Można więc dobrze i bez pośpiechu przygotować ten wyjątkowy jubileusz. Inicjatywa zamojskich dziennikarzy – Społeczny Komitet Odnowy Cmentarza Parafialnego zaczął działalność niedawno, lecz z jakże dobrym skutkiem.
W 2012 r. wejdziemy z pewnością do miasta naszych zmarłych nie tylko przez nową wspaniałą bramę. Wśród przeznaczonych do remontu nagrobków jest jeden szczególny cmentarny detal – kamienna lampa przy domu grabarza. W najgorszym razie liczy sobie ona co najmniej półtora wieku, a może nawet więcej. I ta oto lampa z piaskowca umiera od kilkudziesięciu lat na naszych oczach. Tego „miękkiego” z natury kamienia nie oszczędza ani słońce, ani deszcz.
Jeszcze kilkanaście lat temu koło domu grabarza stały dwie takie lampy. Ta, która ocalała, jest lampą już tylko dla historyków sztuki. Pozostali nie bardzo nawet wiedzą, do czego „to” kiedyś mogło służyć.

Miasteczko z widoku Brauna
Pierwszym zamojskim cmentarzem rzymskokatolickim, starszym nawet od samego miasta, lecz zapewne nigdy nieistniejącym, był cmentarz zaplanowany w 1579 r. przez Moranda i Zamoyskiego. Pierwszy z nich wykonał wtedy „malowanie placu na miasteczko”, czyli koncepcję projektową przyszłego miasta. Wszystko wskazuje na to, że ten jedyny i to tylko graficzny obraz owego cmentarza przetrwał w pierwszym opublikowanym w 1618 r. wizerunku Zamościa, znanym powszechnie jako tzw. widok Brauna.
W tych zamierzchłych czasach cmentarze lokowano wokół świątyń lub w ich podziemiach.

Zamoyski zaplanował w koncepcji z 1579 r. cztery kościoły: cerkiew ruską, kościół ormiański i dwa rzymskokatolickie – św. Krzyża i św. Tomasza (późniejsza kolegiata). Cmentarz jest tylko jeden, wspólny dla Ormian i katolików (dziś okolice hotelu „Renesans”). Było tak prawdopodobnie dlatego, że w głębokim przekonaniu kanclerza obydwa te obrządki różniły się tylko nieznacznie. Dlaczego jednak nie wokół kolegiaty? Z prostego, jak się wydaje, powodu. Kolegiata – kościół parafialny okazały i kosztowny miał być budowany dopiero po kilku latach. Drugi tymczasowy, niewielki, pod wezwaniem św. Krzyża, z cmentarzem dla najliczniejszej katolickiej społeczności powstającego właśnie miasta był potrzebny „od zaraz”. Jego lokalizacja obok kościoła ormiańskiego wydawała się więc na tę „chwilę” roku 1579 ze wszech miar słuszna.

Tam, gdzie szczątki pierwszego kościoła
Takie były założenia, lecz życie napisało inny scenariusz. Był bowiem gotowy i nie trzeba było budować nowego kościoła w centrum, mały drewniany kościółek również św. Krzyża, istniejący od 1475 r., w dawnej Skokówce (dziś ul. Krysińskiego), a więc blisko miasta. Mógł on z powodzeniem pełnić funkcję tymczasowej parafii i zastąpić projektowany tymczasowy w centrum, do czasu zbudowania kolegiaty. Wystarczyło go tylko powiększyć, co też uczyniono. Został ów kościół poświęcony 16.04.1581 r., a w latach 1584-1600 został świątynią parafialną na ówczesnym Przedmieściu Lwowskim.
Tak więc w okolicach obecnego toru kolejowego i ul. Krysińskiego mogliby z pewnością natknąć się archeolodzy na szczątki tego pierwszego kościoła i cmentarza rzymskokatolickiego.

W 1598 r. zakończono budowę kolegiaty w stanie surowym, a dwa lata później przeniesiono do niej parafię z Przedmieścia Lwowskiego. Świątynia stała się największym i najwspanialszym grobowcem na otaczającym ją cmentarzu. Pod całym kościołem bowiem, pod kaplicami i przedsionkami zaplanował Morando sklepione podziemia (krypty).

Kanclerz był pierwszy
Pierwszego, którego doczesne szczątki złożono w 1605 r. w kolegiacie był kanclerz Jan Zamoyski. Z czasem dołączyli do niego członkowie jego rodziny, infułaci, profesorowie, szlachta i znamienitsi mieszczanie. Zaczął się też „zaludniać” cmentarz wokół kościoła.
W połowie XVII w. na Lwowskim Przedmieściu, przy ul. Gęsiej, w miejscu starego spalonego kościoła św. Krzyża zbudowano przytułek (szpital) dla ubogich. Był tam także niewielki dla nich cmentarz, wydzielony z ogrodu szpitalnego.

W 1784 r. austriaccy okupanci znieśli cmentarz wokół kolegiaty (obowiązywał zakaz lokowania nekropolii w centrum miast). Wówczas zamurowano także część krypt podziemnych, a inne „opróżniono” z trumien.

Także drugie przedmieście – Lubelskie miało swój cmentarz wokół kościoła pod wezwaniem św. Katarzyny (dziś okolice parku, od ul. Sadowej). Kościół ten budowano aż czterokrotnie. Najstarszy, drewniany, z pierwszej połowy XVII w. spalili Kozacy i Tatarzy w 1648 r. Następny zniszczyli Szwedzi na początku osiemnastego stulecia, w czasie wojny północnej. Kolejny kościół wystawił w tym samym miejscu ks. Gruszecki. Ufundował on jednocześnie plebanię, przytułek i mały folwarczek na utrzymaniu księdza i ubogich. Żywot całego kompleksu był nieco dłuższy, ale nieremontowany skasowali Austriacy w poł. XVIII w.

Bo nie wadził nikomu
W latach 1793-1795 wspólnym wysiłkiem i ofiarnością mieszczan, duchowieństwa, a zwłaszcza ordynatowej Konstancji Zamoyskiej zaczęto budować nowy murowany kościół w kształcie koła.
Więźniowie pilnowani przez żołnierzy wyrównali najpierw teren i uporządkowali dawne groby. Wiosną następnego, 1796 r. zwieziono cegłę z rozebranych fundamentów kościółka Loretańskiego. Szczególnie nowa cmentarna brama, dzieło zamojskiego rzeźbiarza Ignacego Burczyńskiego podobała się powszechnie. Na jej budowę „poszło” dwanaście tysięcy cegieł. Zdobiły ją dwa duże wazony, posąg św. Katarzyny i wmurowany nagrobek Jana Mukańskiego – podczaszego bełzkiego. Kościół i cmentarz był wówczas przeznaczony także dla wojskowych i pewnie dlatego Austriacy nie tylko go tolerowali, ale i remontowali.

Po 1809 r. Zamość został formalnie twierdzą państwową. Pas ziem fortecznych ją otaczających ogołocono wówczas w wszelkiej zabudowy, lecz cmentarz jakoś wojsku na razie nie przeszkadzał. Zaczął natomiast przeszkadzać kościół św. Katarzyny. W 1810 r. wojsko go rozebrało, a dwa lata później zapadła decyzja o likwidacji cmentarza. Wyznaczony w 1812 r. nowy teren pod cmentarz rzymskokatolicki w obecnym miejscu, przy ul. Peowiaków, jako położony w znacznej odległości od fortyfikacji, nie wadził już z pewnością nikomu. Grunty te przy ul. Łanowej i Nowym Świecie należały wtedy do przytułku dla ubogich. Niewykluczone jest zatem, że już wcześniej odbywały się tam pochówki. Były to wprawdzie podmokłe pola i łąki, gdzie pospólstwo pasło krowy, ale nie wymagały przynajmniej kłopotliwego wywłaszczenia.

Gdy około 1820 r. wytyczono wzdłuż ulic Łanowej i Skierbieszowskiej nową ulicę Obwodową (Peowiaków), uległa nieco zmianie jej trasa właśnie ze względu na nowy cmentarz.

Pół pastwisko, pół miejsce święte
Najstarszym dokumentem kartograficznym uwzględniającym tę nekropolię w obecnym miejscu jest rosyjski „Plan okolic twierdzy Zamość z 1814 r.”.
Tak więc był już wreszcie cmentarz cywilny i wojskowy, o który jednakże nikt nie dbał. To pół pastwisko, pół miejsce święte należało jak najprędzej ogrodzić. Zajęła się tym około roku 1820 Inżynieria Twierdzy Zamość, czyli stacjonujące w Zamościu rosyjskie wojsko.

Planowano budowę trwałego parkanu, wyrównanie terenu i obsadzenie go drzewami (koszt 6465 ówczesnych złotych polskich). Drugi kosztorys na domek dla grabarza (2059 zł p) był gotowy 10 lipca 1823 r. Przetarg na łączną sumę 8524 zł p wygrał, zgodnie z oczekiwaniami, komendant twierdzy, pułkownik Eryks. Jego oferta w kwocie 6100 złp wydawała się bardzo korzystna. Pieniądze przyrzekł m.in. proboszcz kolegiaty, ks. infułat Aleksander Ulidowicz (938 zł p), a resztę mieli pokryć parafianie w ramach dobrowolnej składki.

Lata jednak mijały, a pieniędzy nie było. Dopiero przed powstaniem listopadowym ogrodzono cmentarz, ale po to tylko, by powstańcy mieli czym rozpalać ogniska i ogrzać się trochę. Czas płynął. Bydło i świnie niszczyły i obalały nagrobki. Brakowało kostnicy i domu grabarza.

Donosem w burmistrza
Kolejny kosztorys z 1840 r. na sumę 7958 złp uwzględnił m.in. 2389 złp z tzw. pokładnego (opłata „za grzebanie ciał”).
Ogłoszono trzy licytacje, by wyłonić wykonawcę. Chętnych nie było. Jak zapisano w protokole „mieszkańcy Zamościa składają się z klasy rolniczej, a starozakonnym, chociaż by się wielu znalazło, nie wolno tego robić. Pozostały więc zabiegi o zezwolenie na zatrudnienie Żyda. Mógł to także robić tzw. dozór kościelny przy kolegiacie ze specjalnie wybranym komitetem. Więcej zwolenników zyskało drugie rozwiązanie, ale był już czerwiec 1840 r. i pełnia sezonu budowlanego. Na załatwienie formalności, a nade wszystko zebranie składki od mieszczan trzeba było co najmniej pół roku, więc i tym razem przed zimą nic się nie zrobiło. W następnym roku ze składki nic nie wpłynęło (nędza, gradobicie i inne klęski). Dozór kościelny miał tylko 1 500 zł z pokładnego. Wprawdzie zakupiono za to 177 dębowych słupów u bednarza Jana Niklewicza, ale dalej nic się nie działo. Zaczął za to „działać” jeden z członków dozoru kościelnego, wspomniany Niklewicz. Znany w mieście wichrzyciel pisał skargi na burmistrza, że to przez niego robota na cmentarzu nie posuwa się naprzód. Złośliwe donosy zrobiły swoje i oto pan burmistrz Józef Kossakowski o mało nie poszedł na trzy miesiące za kratki. Ujął się za nim jednak sam komendant twierdzy, generał lejtnant Karpenko. „Przez wzgląd na wzorową służbę”, ułaskawiony Kossakowski przesiedział tylko tydzień na posterunku wojskowym w ratuszu. Niklewicz przestał być członkiem dozoru, zastąpiony przez Wojciecha Pikuzińskiego „dobrych cnót człowieka”.

Świnie wykopywały ciała zmarłych
W kwietniu 1841 r. zezwolenie na prowadzenie prac uzyskał Moszek Dychter – przedsiębiorca budowlany czyli entreprener, jak się to wówczas mówiło. Ten zgodził się postawić parkan i budynki za własne pieniądze i poczekać na zebranie składki od 301 parafian. W maju Dychter przystąpił do pracy, ale uaktywnił się znowu Niklewicz. Już po zawarciu kontraktu z Dychterem oświadczył, że chociaż kosztorys został wyliczony na blisko 8 000 złp, on zrobi to za 6 500 i sumę tę zabezpieczy na własnym domu wartości 8 500 złp. Ofertę jego odrzucono jednak, bo z góry zażądał 3 000 na kupno materiałów.
Pojawiła się wówczas nadzieja zwiększenia funduszu cmentarnego o „pokładne” od zmarłych wojskowych. Uzyskanie tych 936 złp okazało się jednak nie takie proste.

W lipcu 1842 r. Urząd Miejski nalegał na Dichtera, by przyspieszył tempo robót. Na nieogrodzonym cmentarzu zaczęły się bowiem dziać makabryczne sceny (puszczane samopas świnie wykopywały ciała zmarłych).

Z nieznanych bliżej przeszkód, także i tego lata cmentarz znowu nie został ogrodzony.

Wały i rowy zamiast parkanu
Wiosną 1843 r. powstał nowy projekt. Zamierzano ze względów oszczędnościowych zamiast kosztownego drewnianego parkanu, opasać cmentarz wałem i głębokim rowem, wyłożonym darnią. Ponieważ jednak cmentarz znajdował się w odległości mniejszej niż 1 200 m od fortyfikacji, należało zapytać o zgodę komendanta twierdzy. Ten nie miał nic przeciwko rowom i wałom. Chodziło tylko o kupno łąki „u ościennych włościan lub dworów” do wycięcia darni.


Zmiana decyzji co do sposobu grodzenia cmentarza wymusiła podjęcie starań o zwrot pieniędzy z pokładnego, wydanych niepotrzebnie na dębowe słupy. Okazało się bowiem, że suma ta wraz z pokładnym od wojska wystarczy na pokrycie wszystkich kosztów inwestycji (rowy, wały, kostnica i dom dla grabarza). Rowy miały być wykonane przy pomocy szarwarku i składka od parafian była już zbędna. I w tym miejscu wkracza znowu do akcji bednarz Niklewicz. Po sprawdzeniu wymiaru słupów na podwórzu pana Jana (nie dostarczył ich na miejsce, mimo że wziął pieniądze za transport) okazało się, że są cieńsze od zamówionych o kilka cali. Rozpoczął się więc beznadziejny proces odebrania pieniędzy wojowniczemu bednarzowi.

Te i inne przeszkody sprawiły, że nowy projekt porządkowania cmentarza znów „dojrzewał”. Przez trzy kolejne lata, przy czym „po drodze” uległ pewnej modyfikacji. Otóż jesienią 1846 r. wykonano już rów i usypano wał, a na podwórzu magistratu piętrzyły się materiały budowlane na parkan i budynki (drzewo na słupy i podwaliny, belki, krokwie, gonty, bale i deski). Niestety i tym razem wykonane z takim trudem obwałowanie zrównało z ziemią wojsko podczas wojny krymskiej 1854 r. Rząd nie przyznał też miastu za to odszkodowania.

Płatwy w kant złożone
Pojawiło się jednak jeszcze jedno nowe zmartwienie. Cmentarz należało jak najszybciej powiększyć. Pierwszy zwrócił na to uwagę komendant twierdzy, gen lejtnant Żytow. Nekropolia była już tak przepełniona mogiłami, że kopanie nowych grobów bez naruszenia dawnych stawało się niemożliwe. Ze względu „na niskie położenie i zbyt małą odległość od drogi bitej lubelsko-lwowskiej” (obecna ul. Pewiaków), potrzebny był wyżej położony teren. Poszukiwanie takiego nie dało jednak rezultatu, gdyż „w całym Zamościu nie znajdzie lepszego”. Zapadła więc decyzja powiększenia cmentarza o sąsiedni grunt (niecały hektar) z niwy należącej do Domu Schronienia. Całość o powierzchni 21 000 łokci kwadratowych miała być ogrodzona z funduszu pokładnego, składki parafian i odszkodowania za zniszczone jeszcze w 1809 r. cmentarze na przedmieściach (katolicki i ewangelicki).

W 1855 r. dozorowi kościelnemu przewodniczył aptekarz Karol Kłossowski. Uznano, że najbardziej praktyczny będzie parkan z żerdzi (drągów), wzmocniony dębowymi słupami. Kiedy projekt przedstawiono komendantowi twierdzy, ten zażądał bardziej trwałego i efektownego. Stosując się do jego wymagań, a był to już maj 1858 r. dozór kościelny musiał zmienić kosztorys. Według ostatniej wersji, ogrodzenie z bali dębowych i sosnowych miało mieć wysokość dwóch metrów, „a nad nimi płatwy złożone na kant i pociągnięte czarną olejną farbą dla trwałości”. W rogu parkanu było miejsce na kostnicę i dom dla grabarza, a wszystko to wykonano zapewne jesienią 1858 r.

Fekalia na cmentarzu
Czas płynął nieubłaganie dalej niosąc nowe kłopoty miastu umarłych. W 1868 r. przybyła w nim nowa „dzielnica” – cmentarz greckounicki. Ale było to „nic” w porównaniu z nielegalną asenizacją. Oto na sąsiednie pole zaczęto regularnie wywozić beczki z fekaliami (zawartość opróżnianych ubikacji z całego miasta).

Na początku I wojny światowej (1914 r.) cmentarz znów „pękał we szwach”” i należało go szybko powiększyć. Niełatwa to była operacja, więc „sam” musiał sobie jakoś radzić. Na północ bowiem od granicy cmentarnej, w szczerym polu zaroiło się od masowych grobów żołnierskich. Miasto musiało „coś” z nimi zrobić. I tak powstał plan przyłączenia wąskiego pasa ziemi miejskiej o szer. 10-12 m „przylegający do gościńca”, czyli ul. Obwodowej (Peowiaków). Nowy teren ograniczała od zachodu droga dojazdowa do dwóch cegielni prywatnych (Dziuby i Czernickiego), a od wschodu droga na Majdan, obok ogrodu „Flora”. Od południowego wschodu, w bezpośrednim sąsiedztwie, znajdowała się rampa kolejowa, a od północy kompleks zabudowań firmy „Ziemianin” (główny dwupiętrowy gmach pod dachówką stoi do dziś przy ul. Przemysłowej). Wówczas była w nim olejarnia, trzy domy mieszkalne i magazyn przeznaczony na młyn.

W 1917 r. zamożny kupiec i przedsiębiorca, właściciel kilku kamienic Starego Miasta i założyciel Tow. Muzyczno-Dramatycznego – Józef Czernicki ufundował na cmentarzu bardzo potrzebną neogotycką kaplicę.

Jeszcze w czasie I wojny, część wolnej przestrzeni obok cmentarza zajęli Austriacy na cmentarz wojskowy, przejęty później przez wojsko polskie. Po wojnie (1920 r.) dowództwo garnizonu zamojskiego czyniło starania o urządzenie nowego, rozległego cmentarza o pow. 10290 m kw. obok katolickiego. Na początek wywłaszczono Teofilę Gałaszkiewicz (4300 m), ale do 1923 r. nie spoczął tam ani jeden żołnierz, bo były jeszcze miejsca na poaustriackim. Kiedy już i tam zaczynało być ciasno, wojskowi nadal nie kwapili się z zajmowaniem gruntu Gałaszkiewiczowej, lecz użytkowali przyległy do poaustriackiego. W 1925 r. znajdowało się tam 750 mogił, z czego 80 % żołnierskie pojedyncze i jedna zbiorowa, 14 poległych w 1920 r.

W latach dwudziestych 1924 r. cmentarz parafialny był przeznaczony dla mieszkańców Starego Miasta i przedmieść oraz części gmin Mokre i Nowa Osada. Ogólna powierzchnia 40 625 m kw. stawiała go na pierwszym miejscu pod względem wielkości i stopnia zadrzewienia. Otoczony częściowo murowanym parkanem „w lichym stanie”, z żelazną bramą, miał w części niezajętej nowy, drewniany płot. Brak należytego nadzoru zachęcał jednak do częstych profanacji grobów.

Podczas bombardowania Zamościa we wrześniu 1939 r. zginęło blisko trzystu mieszkańców miasta. I oni także powiększyli „społeczność cmentarną” w tymczasowych mogiłach. Ich uporządkowaniem zajął się magistrat rok później. Teren 120 m kw. został ogrodzony i podzielony na trzy części, obramowane betonowymi krawężnikami. W kolejnym, 1941 r., na polecenie starosty powiatowego, władze miejskie zajęły się grobami poległych żołnierzy niemieckich (m.in. wytyczono alejki, utwardzając je odpadami z elektrowni miejskiej). Niemcy wymogli także na zarządzie miasta odnowienie jednego z wyróżniających się nagrobków na mogile żołnierzy austriackich (oczyszczenie, uzupełnienie tynków i brakujących liter).

Po II wojnie światowej cmentarz był znów przepełniony i proboszcz parafii św. Tomasza, ks. Franciszek Zawisza, starał się o jego powiększenie. Dopiero w 1947r. Miejska Rada Narodowa zamierzała dokupić 11 500 m kw. od strony wschodniej. Projekt ten nie mógł być niestety zrealizowany, ze względu na nową ulicę do Chełma (przez Skierbieszów). Jedynym sposobem było wówczas przyłączenie blisko 9 000 m kw., należących do szpitala, co też się stało. Wobec braku możliwości dalszego powiększania, cmentarz ostatecznie zamknięto w 1979 r. Siedem lat później - (1986 r. stał się największym (10 ha), najmłodszym i najbliższym sercu zabytkiem dla wszystkich zamościan.

...............................

O pierwszej zbiórce pieniędzy na ratowanie zabytkowych nagrobków z Cmentarza Parafialnego

 




Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia

Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
Informacje opublikowane przez INTERNAUTÓW nie podlegają cenzurze. Właściciele i redakcja Roztocze Online (www.roztocze.net) nie odpowiadają za treść zamieszczonych materiałów, tekstów i komentarzy! Jeżeli zawartość nie jest sygnowana "Roztocze.net" lub "Roztocze Online" to głowna treść tej strony jest kopią znalezioną w sieci internet.
Kopie stron internetowych zamieszczane w serwisie roztocze.net są dokonywane za zgodą autorów lub właścicieli, serwis roztocze.net nie jest w żaden sposób związany z autorami takich strony i nie odpowiada za ich treść.
Komentarze [do góry]
dodaj komentarz
[Kontakt] [Reklama] [© Roztocze Online - P.Rogalski & R.Moteka]