|
Wydostali się z płonącego samochodu, ale obydwoje byli poważnie
poparzeni. Lekarze byli pewni, że na twarzach Krzysztofa Świecaka i jego żony
pozostaną trwałe blizny i nie obędzie się bez przeszczepów skóry. Mylili się.
Świecak pomógł sobie i żonie, teraz pomaga innym
Do Hrubieszowa Krzysztof Świecak
przyjeżdża od ponad roku. Bioenergoterapeuta „dorobił się” tam sporego grona
pacjentów. Są wśród nich nawet lekarze.
Leon W.,
67-latek z Nieledwi trzy lata temu doznał udaru mózgu. Jechał wtedy samochodem.
Udar sparaliżował mu lewą stronę ciała. Mężczyzna cudem dojechał do domu. Przez
dwa lata Leon W. nie siedział za kierownicą swego auta. Jeździ od niedawna, po
kilku zabiegach u bioenergoterapeuty. Po zabiegach zniknęły również zawroty
głowy, ustąpiło częste krwawienie, nie ma śladu po cukrzycowych zmianach na
nogach Leona W.
Stanisława N. z hrubieszowskiego Sławęcina w ciągu kilku miesięcy schudła ponad 20 kg.
-
Nagraliśmy ten film rok temu, a ta gruba baba to ja - śmieje się, gdy oglądamy
filmik w telefonie komórkowym. - Nie wiem, na co podziałały te bioprądy, bo jem
tyle samo, co kiedyś, ale wcale nie tyję - zapewnia Stanisława N.
Do bioenergoterapeuty trafiła przypadkiem. Namówiły ją koleżanki.
- Zawsze byłam do tego sceptycznie nastawiona. Na własnej skórze się przekonałam, że to nie jest żadna bujda, a rzeczywiście można w ten sposób pomagać innym. Po kilku seansach znikły mi ślady po oparzeniu na ręce. Zdarzyło się nawet, że pomoc uzyskałam przez telefon. Gdy dostałam silnego krwotoku, zadzwoniłam do bioenergoterapeuty, a on na odległość sprawił, że krew przestała płynąć – opowiada pani Stanisława.
Przesłanie z płomieni
Przełomowym wydarzeniem w życiu Krzysztofa Świecaka był wypadek sprzed 3 lat. Wtedy Świecakowie kupili
nubirę z instalacją gazową. Pewnego razu wybrali się autem do pizzerni, na
jednej ze stacji zatankowali gaz. Ujechali zaledwie 400 m. Po eksplozji auto
stanęło w ogniu. Wokoło nich buchały płomienie, paliły się na nich ubrania. Na
szczęście nie zdążyli zapiąć pasów, a wybuch nie zablokował drzwi. Krzysztof
krzyknął do żony: Uciekaj Gośka! Gdy chwyciła za klamkę, na metalu pozostał
kawałek skóry dłoni, ale wydostała się z płonącej pułapki. Krzysztof Świecak
uwolnił się także.
Wszystko działo się w ułamkach sekund, a w opowieści Krzysztofa Świecaka obrazy przesuwają się, jak na zwolnionym filmie. Nie wpadł wtedy w panikę.
- Jakiś
wewnętrzny głos powtarzał mu: Tak miało być, ale wam nic się nie stanie -
opowiada bioenergoterapeuta.
Po wypadku wyglądali okropnie. Opuchnięte, osmalone twarze, nadpalone włosy, spalone brwi i wielkie pęcherze na dłoniach.
W czasie rekonwalescencji Krzysztof Świecak sporo medytował. Powtarzał: możesz pomóc sobie i Gosi.
- Wyraźnie wyczuwałem w sobie energię, która przychodzi do mnie z kosmosu.
Po kilku dniach obydwoje z żoną opuścili szpital. Lekarze byli zdumieni. Po miesiącu z ich twarzy zniknęły blizny. Teraz Krzysztof Świecak pomaga innym. Także tym, którym tradycyjna medycyna nie może pomóc.
Energia z kosmosu Monika K. z Hrubieszowa o uzdrawiaczu
dowiedziała się od znajomych. 38-letnia kobieta cierpiała na bezsenność,
połączoną z napadami stanów lękowych. Towarzyszyło im uczucie dławienia i
chwilowe oszołomienie. Badania w szpitalu niczego nie wykazały, lekarz przepisał
jej środki uspokajające. Stale zmęczona i niewyspana Monika K. zamieniła się w
chodzący kłębek nerwów. Po pierwszym seansie spokojnie przespała noc. Po
kolejnych wizytach - dolegliwości ustąpiły. Monika K. odzyskała energię i chęć
do życia.
Dziwne zdolności Krzystof Świecak wykrył u
siebie jako nastolatek. Potrafił odczytywać myśli koleżanek, usuwał bóle głowy.
Wtedy te umiejętności najczęściej wykorzystywał podczas szkolnych imprez. W
wojsku dzięki takim pokazom zdobywał przepustki. Swojej przyszłej żonie
zaimponował tym, że na palcach podniósł ją metr do góry. Tak, jakby nie działało
na nią ziemskie przyciąganie.
Kilka lat temu pracował w domu kultury. Z ciekawości wybrał się na spotkanie poświęcone bioenergoterapii. Od ludzi, którzy zajmowali się zjawiskami paranormalnymi dowiedział się, że powinien zmienić zawód. Powiedzieli mu, że ma w sobie ogromną energię, dzięki której może pomagać innym ludziom.
- Od zawsze czułem, że mam ją w sobie. Ale nigdy przedtem nie przypuszczałem, że dzięki niej będę pomagał chorym - mówi bioenergoterapeuta.
Wiara czyni cuda
Jeszcze rok temu 27-letni Mariusz z Hrubieszowa uskarżał się na nadciśnienie (170/110). Od wielu lat łykał tabletki. Pomagały, ale na krótko. Po dwóch seansach ciśnienie się ustabilizowało na poziomie 112/50.
Seanse wyglądają podobnie. W pokoju panuje półmrok. Z głośników płynie relaksująca muzyka, w powietrzu unosi się przyjemny zapach kadzidełkowego dymu. Palą się świece - płomienie oczyszczają pomieszczenie ze złych energii i wyciszają wewnętrznie. Bioenergoterapeuta zbliża ręce do pacjenta. Nie dotyka go, przesuwa nimi wzdłuż jego ciała. Wykrywa miejsca, w których zablokowany jest przepływ energii. Udrażnia je. Gdy potrzeba, przekazuje pacjentowi własną energię. Zabieg trwa pół godziny. Są tacy, którym wystarczy kwadrans, a innym nie pomoże nawet godzina energetycznego zasilania.
- Znerwicowanie, niepokój wewnętrzny i pesymizm to czynniki
utrudniające leczenie - tłumaczy bioenergoterapeuta.
Jedną z pierwszych jego pacjentek była kobieta cierpiąca na
zapalenie żylaków. Kilka zabiegów i po chorobie nie było śladu. Wyleczył także
chłopca, który cierpiał na moczenie nocne. Pomógł również ludziom, którzy
narzekali na bóle stawów, a także cierpiącym na bezsenność.
10-latka z chorą nerką dzięki zabiegowi zdołała dotrzeć do szpitala.
- Przyczyną wielu chorób jest zaburzenie
równowagi energetycznej w organizmie lub jej niedobór. Bioenergoterapeuta nie
wyręcza jednak lekarza, a wspomaga siły witalne i odporność pacjenta oraz
poprawia skuteczność konwencjonalnego leczenia - zastrzega Krzysztof
Świecak.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|