|
Józef Sławiński z Żulic uczestniczył w wyprawie na Kijów w 1920 roku.
Był jednym z siedmiu żołnierzy, którzy ocaleli z blisko 150-osobowej kompanii.
Na wojnie polsko-rosyjskiej dosłużył się stopnia plutonowego
Tak jak inni peowiacy i weterani,
otrzymał od rządu propozycję przesiedlenia się na Wołyń i objęcia 10-hektarowego
gospodarstwa. Został jednak w Żulicach.
Józef Sławiński urodził się 26 stycznia 1897 roku w Radostowie. Rodzice Stanisław i Franciszka, z domu Jasiejko ochrzcili go w kościele parafialnym w Nabrożu. Edukację odbył w carskich szkołach. Wyuczył się na krawca, ale tęsknił za wiedzą.
- Pisał bardzo ładnym kaligrafowanym pismem
zarówno w języku polskim, jak i rosyjskim. Do dziś pamiętam jego krytyczne uwagi
na temat charakteru mego pisma, zwłaszcza w języku rosyjskim. I nigdy nie
żałował grosza na książki - wspomina wnuk Józefa, Jan Sławiński z Żulic (gm
Telatyn).
Kiedy na horyzoncie pojawiła się szansa odzyskania przez Polskę wolności, Józef Sławiński wstąpił do szeregów tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej, która powstała w 1914 roku z inicjatywy Józefa Piłsudskiego.
- Dziadek wspominał, że ćwiczenia z
musztry i wyszkolenia wojskowego prowadzono w lesie w Lipowcu koło Tyszowiec. W
listopadzie 1918 roku dziadek brał udział w rozbrajaniu Niemców i Austriaków w
Tyszowcach i w Hrubieszowie – opowiada Jan Sławiński.
1 lutego 1919 roku, 22-letni wówczas Józef poślubił
17-letnią Mariannę Zielonkę. Na pierwsze owoce tego związku przyszło im czekać
aż trzy lata, bo czas był niespokojny i Józef wraz z dwoma rówieśnikami z Żulic
został zmobilizowany do wojska. Trafił na front. Uczestniczył między innymi w
słynnej wyprawie na Kijów. Z jego kompanii odwrót spod Kijowa przeżyło tylko
siedmiu żołnierzy. Na wojnie polsko-rosyjskiej dosłużył się stopnia plutonowego.
W nagrodę, tak jak inni peowiacy i weterani wojny z
1920 r. otrzymał od rządu propozycję przesiedlenia się na Wołyń i objęcia
10-hektarowego gospodarstwa (w tamtych czasach to było spore gospodarstwo).
Józef z tej propozycji nie skorzystał, bo jak głosi rodzinna opowieść, wyjazdowi
sprzeciwiła się stanowczo jego małżonka.
W 1922 roku urodziła im się córka Janina (po mężu Budzaj), pięć lat później syn Bolesław, a za sześć kolejnych lat syn Hipolit. Józef Sławiński był szanowanym obywatelem Żulic. Z dumą przechowywał mundur POW. Tak było do 1941 roku, kiedy musiał go spalić. Był to czas, kiedy Niemcy szykowali się do agresji na ZSRR, niedawnego swego sojusznika. Nad granicą zgromadzili moc wojska. W Żulicach nie było chałupy, gdzie nie byliby zakwaterowani niemieccy żołnierze. Mieszkali też i u Sławińskich. Wtedy doszło do zdarzenia, które mogło tragicznie zakończyć się dla rodziny. Opowiada o tym Jan Sławiński.
- To była Wielkanoc. Niemcy wyszli na podwórko, postrzelać sobie do wron, ale niezbyt im to wychodziło. Dali w końcu broń dziadkowi myśląc, że będą mieli z tego ubaw. Dziadek, wiadomo wojskowy, przymierzył się i trafił. Dali mu strzelić po raz drugi. Także trafił we wronę. Zobaczył to jakiś oficer. Oberwało się żołnierzom za to, że dali broń wrogowi. Oficer zaczął podejrzewać, że dziadek jest byłym żołnierzem, a może i partyzantem. Dziadek tłumaczył, że jest za stary na wojaczkę. W obawie przed rewizją spalił jednak mundur – opowiada Sławiński.
Rodzina Sławińskich szczęśliwie przeżyła okupację hitlerowską i burzliwy okres ukraińskiego nacjonalizmu. Józef zmarł w 1984 roku, jego żona, Marianna pięć lat później.
Zachęcamy czytelników do przysyłania nam zdjęć i historii o
swoich bliskich. W każdej rodzinie jest przecież ktoś, z kogo można być dumnym.
Historie te przedstawimy na łamach „Kroniki”.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|