|
Wspomnienie o śp. Łucji Burdowej, nauczycielce szkół średnich w
Zamościu
19 lutego
odeszła do wieczności p. Łucja Burdowa, wieloletnia nauczycielka szkół średnich:
Liceum Pedagogicznego, II i I Liceum Ogólnokształcącego w Zamościu. Urodziła się
w 1914 r., w rodzinie Kwiatkowskich, a dzieciństwo spędziła w gronie czwórki
rodzeństwa: Janiny, Zofii oraz Henryka i Jana. Zamiłowanie do zawodu
nauczycielskiego kształtowała już przed wojną w Seminarium Nauczycielskim.
Ukończyła też szkołę muzyczną, grała na skrzypcach i śpiewała w chórze. Swoje
pierwsze kroki pedagogiczne stawiała w Szkole Podstawowej nr 5 w Zamościu.
Studia biologiczne ukończyła już po wojnie w Poznaniu. W 1937 r. w Krzemieńcu
poznała młodego nauczyciela Stanisława Burdę. Romantyczna miłość została
ukoronowana małżeństwem, a owocem jego była córeczka Bogusia.
Ponury okres okupacji hitlerowskiej zapisał się w życiu p.
Łucji tragicznymi zgłoskami. Oto jej mąż Stanisław, oficer AK, po bitwie pod
Zaborecznem 2 lutego 1943 r. trafił do obozu przejściowego w Zamościu. Wierna i
kochająca małżonka próbowała go bronić w różny sposób, m.in. pragnęła nawiązać
kontakt z folksdojczem Mazurkiem, który niegdyś mieszkał z jej rodziną w jednym
domu. Kilka miesięcy przed śmiercią p. Łucja ze wzruszeniem opowiadała: „Pewnego
dnia 1943 r. razem z siostrą czekałam na Mazurka, przy ulicy Krysińskiego, gdyż
tędy zawsze chodził do pracy. Niestety, zamiast niego spotkałam Gestapo. Niemcy
wylegitymowali nas i zabrali do baraków przy ulicy Partyzantów. Po krótkim
śledztwie Niemiec uderzył mnie w twarz i uszkodził słuch – schorzenie pozostało,
odczuwam je do dzisiaj. Skierowano mnie do obozu przejściowego w Zamościu.
Przebywałam w baraku nr 13, a w 14 leżał ciężko chory mój mąż, gdyż był
bestialsko torturowany na śledztwach. Później wywieziono go na Majdanek, gdzie
skończył życie. Mnie – mówi p. Łucja – wypuszczono na wolność”.
Zofia Chećko, siostra Zmarłej wspomina, że p. Łucja wielką wrażliwością i troską otaczała wszystkich członków rodziny, szczególnie zaś córkę Bogusię i siostrzeńca Piotra. Pomogła mu przebrnąć trud nauki w szkole średniej, a kiedy założył rodzinę przeżywała boleśnie chorobę i śmierć jego synka.
Łucja Burdowa całą swoją istotą – duszą i sercem wrosła w środowisko rodzinne i szkolne. Z tą piękną postacią skromnej, ale wielkodusznej nauczycielki można związać słowa Ojca św. Benedykta XVI: „Każdy wnosi do życia wspólnoty bogactwo swojej osobowości i może tym w różnoraki sposób konkretnej wspólnocie służyć, ale również tutaj może uczyć się tego, co jest praktyką wiary, by samemu umacniać się w wierze”.
Pani Łucja praktykę wiary realizowała w konkretnym życiu –
w miłości, nie tylko do ludzi, ale i do przyrody. Kochała każdy kwiatek, każdą
roślinkę w swoim ogródku przy ulicy Haukego, a kiedy znalazła się w Zakładzie
Opiekuńczo-Leczniczym, część swojego skromnego posiłku oddzielała ulubionemu,
pozostawionemu w domu pieskowi.
Zmarła – do
ostatniej chwili życia – z troską o przyszłość Ojczyzny śledziła pierwsze kroki
prawicowego rządu, słuchała też chętnie lektury tych książek, które mówiły o
przeszłości Polski. Szczególnie pasjonował ją los polskich lotników w czasie
ostatniej wojny (z książki „Sprawa honoru”); przecież jednym z nich był jej brat
Henryk, który swoje dramatyczne, ale i bohaterskie dzieje przekazał w
autobiograficznej książce „Bomby poszły”.
Krótka
relacja na temat tej skromnej, pracowitej i wielkodusznej nauczycielki nie
wyczerpuje wszystkich rysów jej bogatej osobowości.
Należy na koniec jeszcze podkreślić, że p. Burdowa była
zawsze otoczona przyjaciółmi, odwiedzali ją uczniowie i uczennice, a rok temu
złożyli jej wizytę absolwenci I LO z klasy p. J. Zacharowa, 40 lat po maturze –
niestety już ostatni raz...
Nad trumną na cmentarzu, jakaś – już leciwa pani – skierowała do swojej wychowawczyni wzruszające słowa: „Byłaś dla uczniów matką i serce pozostawiłaś wśród nas”.
Non omnis moriar...
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|