|
Zamojskie Lato Teatralne po raz 32 zakończyło się i - niestety - nie było rewolucji, chociaż wsłuchując się w głosy widzów i przeglądając internetowe fora można dostrzec zmiany w ocenie tej sztandarowej dla Zamościa imprezy kulturalnej.
Oczywiście po koncercie Piotra Rubika i 15-tysięcznej audytorium na Rynku Wielkim trudno wyobrazić sobie spektakl w ramach Zamojskiego Lata Teatralnego z takim samym zainteresowaniem. Ale od czego jest wyobraźnia. Zamykam oczy i widzę tłumy. Właśnie trwają próby nowego dramatu Sławomira Mrożka. To sensacja na skalę światową bo Mrożek od 8 lat niczego nie napisał a teraz na zamojskim Rynku, na scenie pokaże nową, rewelacyjną sztukę – rodzaj obrachunku z całym swoim życie, którą wyreżyseruje sam Krzysztof Warlikowski we współpracy z warszawskim Teatrem Rozmaitości. Na zamojskim Rynku plejada gwiazd polskich scen a nieopodal sceny, w najbliższym ogródku kawiarnianym aktorskie zmagania podglądają znani krytycy i recenzenci. Biuro Zamojskiego Lata Teatralnego ma już rezerwacje na 5000 biletów a telefony ciągle dzwonią i to nie tylko z Polski. Gdyby nie wyraźny sprzeciw autora sztuki, prapremiera zapewne byłaby transmitowana na żywo przez I Program TVP i TVP Polonia. Miejsca w hotelach i kwartetach prywatnych zajęte. Wiadomo, że cześć widzów przyjedzie bezpośrednio na spektakl. Inni zarezerwowali noclegi w Zwierzyńcu i Krasnobrodzie. Część młodszej widowni będzie podczas całego Lata Teatralnego spała w miasteczku namiotowym przy Miejskim Kąpielisku.
Cudowanie, szkoda tylko, że to marzenia. Jednak czy aż tak odległe?
Rzeczywistość od lat wygląda jednak inaczej niż w tym sennym marzeniu. Niesprecyzowany odbiorca cyklu przypadkowo dobranych spektakli teatralnych styka się przypadkowo podczas konsumpcji w kawiarnianym ogródku z teatrem. Już tyle razy padało pytanie – na które nie ma kto odpowiedzieć - po co organizowane jest ZLT? W latach siedemdziesiątych ta impreza miała znaczenie i propagandowe bo oto do zapyziałego, powiatowego miasteczka, gdzie rzesze robotników pracują przy rekonstrukcji zabytków, zjeżdżają aktorzy i dają przedstawienia. Co za cudowny konglomerat sztuki, znojnej pracy prostego robotnika w otoczeniu tak cudownej architektury. Abstrahując od propagandowych korzeni Lata, na pewno coroczne wizyty aktorów zmieniały w znaczący sposób spojrzenie wielu Zamościa na sztukę teatralną. Może dzięki temu dla wielu z nas możliwe było później zaakceptowanie artystycznych propozycji Teatru Performer.
Jednak ta 32-ga edycja Lata nie była do końca kopią 31-ej i poprzednich. Coś się zmieniło i jako uczestnik prawie wszystkich teatralnych zdarzeń zauważam, że mimo głosów krytycznych stały się dwie ważne rzeczy. Po pierwsze jeden spektakl spowodował otwarcie się Zamojskiego Lata Teatralnego na nowego widza a po drugie opatrzyły się środki ekspresji scenicznej tzw. teatru ulicznego. Spektakl Apokalipsa Teatru A z Gliwic przyciągnął na Rynek Wielki widzów z kręgów katolickich. Tego wcześniej nie było. Natomiast spektakle teatrów ze Szczecina i Lwowa, operujące środkami wyrazu artystycznego opartymi na ruchu scenicznym i mocnej grze elementami scenograficznymi nie do końca przekonały widzów na Rynku Wielkim. O ile Teatr Voskresinnia ze Lwowa sięgnął do klasyki literatury rosyjskiej i bez pretensjonalnych zagrywek formalnych po prostu opowiedział nam historię wiśniowego sadu to już szczecinianie z Zespół Voluptarius bardziej przypominali bohaterów kultowego filmu pt.: Mad Max.
Na pewno nie przeprowadzę tutaj pogłębionej analizy obejrzanych spektakli - nie mam dostatecznej wiedzy a przed wszystkim nie mam skali porównawczej, na której mógłbym rozstawić teatry z 32 ZLT. Moim problemem, jak i zapewne wielu widzów zgromadzonych na Rynku Wielkim w Zamościu jest właśnie owo oderwanie od życia teatralnego biegnącego nurtem sezonowych premier i życia teatralnego miasta z własną sceną. To prawda, mamy szansę raz do roku, przez dwa, trzy tygodnie być blisko takich aktorów jak Trela czy Stuhr jednak czy niedzielni kierowcy dobrze jeżdżą swoimi samochodami. Oczywiście, że w większości nie. Tak jak teatromani od święta nie będą wyrobioną publicznością. Pozostaje więc jedynie czysty zachwyt nad treścią i formą oglądanych sztuk.
Mamy naturalną, niepowtarzalną scenografię, mamy 32-letnią tradycję. To jednak za mało na przegląd teatrów, który nie ma formuły, myśli przewodniej. W Polsce - bo nie wspomnę Avignon – mają miejsce projekty krócej robione ale o wiele bardziej dojrzale. Przypomnę choćby projekt letniej sceny teatralnej w Gdyńskim Orłowie. Scena na morzem, lipiec, pełnia lata. Jest 2004 rok, rok gombrowiczowski i jednym z elementów tych obchodów jest prawie codzienna prezentacja sztuki Gombrowicza na nadmorskiej scenie. To jest właśnie pomysł, którego brakuje w Zamościu. I inne rozwiązanie, również z Trójmiasta. Zamość oczywiście, ze względu na sztafaż pretendował i może nawet ciągle pretenduje do roli gotowej sceny dla sztuk Szekspira. Jednak w międzyczasie Gdańsk ukradł nam ten pomysł i już od 10 lat mamy w Trójmieście - znany i ceniony - Festiwal Szekspirowski. Szkoda i żal, bo taki pomysł mógłby być realizowany na Rynku Wielkim. Otoczenie jest ważne i już w połowie lat 90-tych wydawało się, że Zamojskie Lato Teatralne w połączeniu z Fortalicjami Dudzińskiego może stać się festiwalem, który połączy aktorów sceny i aktorów ulicy. Z różnych względów nie doszło do takiego mariażu. Fortalicje podupadły a podczas Zamojskiego Lata Teatralnego zaczęły pojawiać się spektakle z ogniem i machinami anektując niejako zarezerwowane do tej pory dla teatru awangardowego środki wyrazu artystycznego.
Jakie więc ma być 33 Zamojskie
Lato Teatralne? Ponoć Dyrektor Stanisław Rudy zamierza stworzyć coś na kształt
Rady Programowej ZLT. Dobry pomysł ale pod warunkiem, że spotkania tego gremium,
dyskusja i wnioski będą oparte na solidnych fundamentach wyników badań
społecznych postrzegania marki Zamojskie Lato Teatralne w Polsce. I w dodatku na
tle innych tego typu imprez. A poza tym „kasa Misiu, kasa…” bez pomysłów i
programu nie będzie poważnego sponsora.
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|