|
Są wśród nich przedstawiciele wielu profesji - nauczyciele,
właściciele firm, dyrektorzy, dziennikarze, pracownicy administracji
samorządowej i rządowej, mechanicy i ochroniarze. Co ich łączy? Zamiłowanie do
karate kyokushin
Kiedy
inni po południu czy wieczorem otwierają piwo i siadają przed telewizorem, by
obejrzeć np. mecz piłki nożnej, członkowie Zamojskiego Klubu Karate Kyokushin
zakładają kimona i w pocie czoła ćwiczą japońską sztukę walki. W ten sposób
nawiązują tradycji japońskich rycerzy - samurajów.
Iście japońska dyscyplina i karność to podstawa w karate
kyokushin. Na sali ćwiczeń czyli w dojo obowiązuje określona etykieta. Jak w
wojsku jest tu precyzyjna hierarchia. Uczniowie czyli sempai mają stopnie od 10
do 1 kyu i ściśle przyporządkowane kolory pasów. Sensei (czyli, nauczyciele)
mają czarne pasy i stopnie mistrzowskie - dan. Z chwilą wejścia do dojo są już
tylko sempai i sensei, kończą się żarty i przyjacielskie pogawędki. W kyokushin
nie ma miejsca na rozprężenie, a nieposłuszeństwo i różne przewinienia karane są
np. pompkami. Z reguły wystarcza jednak groźne spojrzenie sensei.
Trening rozpoczyna się zbiórką w szeregach w zależności od posiadanych stopni. Później w pozycji seiza karatecy chwilę medytują, a następnie wymieniają tradycyjne ukłony. Wszystkie podstawowe komendy i nazwy technik podawane są w języku japońskim. Na trening składają się ćwiczenia ogólnorozwojowe, techniki kihon, czyli przeróżne bloki, uderzenia, cięcia, obalenia, kata – czyli układy formalne oraz kumite – czyli walka.
Trzy złote belki
Zamojski KKK istnieje od 1992 roku, a jego założycielem jest Jurek Kuśnierz. Podczas studiów w krakowskim UJ ćwiczył pod okiem sempai Aloszy Awdiejewa, który prowadził sekcję kyokushin AZS UJ.
Od kilku lat na czele ZKKK stoi Krzysztof Policha – pierwszy sensei w historii zamojskiego klubu. Krzysztof Policha posiada czarny pas z trzema złotymi belkami czyli – 3 dan. Egzamin na trzecią złotą belkę zdał w ub. roku na 39 Europejskim Obozie Letnim w holenderskim Papendal. Do Papendal pojechało 16 Polaków, z których trzech zdało na
stopnie mistrzowskie 3 dan. W województwie lubelskim jest jeszcze tylko jeden
posiadacz 3 dan w kyokushin i jeden z 4 dan.
Aby
zdobyć trzecią belkę sensei Krzysztof Policha musiał wykazać się nie tylko
znajomością różnych technik karate, ale także olbrzymią wytrzymałością.
- Jedna z części egzaminu odbywała się w olbrzymim namiocie, gdzie było bardzo gorąco i wilgotno – wspomina te trudne chwile Krzysztof Policha. - Z tego treningu wiele osób nie wyszło o własnych siłach, to była dodatkowa próba, gdy widzieliśmy jak, pod pachy wynoszą innych zdających. W kolejnej części tego morderczego testu musiałem złamać w sumie 12 desek, a na koniec stoczyć ponad 2 godziny walk w pełnym kontakcie.
- Ten egzamin był dla mnie wielkim wyzwaniem i zwieńczeniem wielu lat ćwiczeń. Cieszę się, że udało mi się pomyślenie go przejść – mówi Krzysztof Policha. Chociaż sensei przekroczył magiczne 40 lat, młodsi członkowie klubu z trudem nadążają za swoim nauczycielem.
Rosną
następcy
Teraz Krzysztof Policha skupia się na
szkoleniu najmłodszych członków klubu. Pomaga mu w tym drugi posiadacz czarnego
pasa – Bogusław Gwiazdowski i inni instruktorzy np. Paweł Tymczuk, Mariusz
Małys, Andrzej Pogudz. Od kilku lat widać znakomite efekty ich pracy. Zamojski
klub jest jednym z najlepszych w województwie, a jego zawodnik - Dawid Kolaja
może pochwalić się tytułem wicemistrza zdobytym w Pucharze Polski. Wśród
seniorek dzielnie spisuje się posiadająca 2 kyu i brązowy pas Anna Zgnilec,
która hartem ducha, techniką i siłą uderzeń udowadnia, że kobiety w karate wcale
nie ustępują swoim kolegom. Młodzi karatecy ZKKK Czarek Policha, Karol Kycko,
Dawid Kolaja, Wojciech Kowalski, Michał Granda, Magdalena Policha, Przemek
Poprawa, Paweł Słupski Mateusz Słupski, Sylwia Jastrzębska, Anna Rozkres,
Marlena Radzykiewicz, Diana Policha czy Marta Burcon regularnie przywożą medale
z mistrzostw i turniejów.
Rodzice młodych karateków są bardzo zadowoleni z sukcesów swoich pociech. To zazwyczaj oni wykonują pierwszy ruch zapisując dzieci na treningi. Tak był w przypadku państwa Gąsiorków czy Poprawów.
- Szukaliśmy dla syna
ogólnorozwojowej dyscypliny sportu, dzięki której mógłby harmonijnie rozwijać
swoją sprawność fizyczną - opowiada tata Andrzeja, doktor Krzysztof Gąsiorek
urolog ze szpitala „papieskiego” w Zamościu. - Zastanawialiśmy się nad piłką,
judo, ale najbardziej przypadło nam do gustu karate kyokushin. Andrzejowi ten
sport szybko się spodobał. Bardzo przeżywał kolejne egzaminy, szczególnie
przygotowywał się do zdobycia niebieskiego pasa.
Rodzice podkreślają, że dzieci na treningach karate dobrze pożytkują swoją energię, wyszaleją się a jednocześnie rozwijają tężyznę fizyczną. Łatwo jednak nie jest.
- Na początku Michał nie miał kondycji, był załamany - wspomina Bogusław Granda, którego syn już 4 rok trenuje karate i ma 6 kyu. - Przejmował się, że nie daje rady, nie nadąża za kolegami. Z czasem nabierał coraz lepszej formy, zdawał kolejne pasy. Teraz na zawodach bez problemu pokonuje znacznie większych od niego zawodników.
Karate - pożyteczna
rzecz
Bogusław Granda zauważył, że 15-letni syn teraz nie tylko rzadko choruje, ale też inaczej zachowuje się.
- Jest rozważniejszy, stonowany i wyciszony. Wyraźnie
podciągnął się w nauce - mówi dumny tata.
Podobne zalety uprawiania karate zauważa Tomasz Poprawa.
- Karność i dyscyplinę z zajęć kyokushin Przemek przynosi do domu - mówi ojciec drugoklasisty. - Wiem, że dobrze czuje się na zajęciach sensei Polichy. Opowiada o nich kolegom, chłopcy go podziwiają. Pracuje ciągle nad kondycją i siłą, rozciąga się, podpatruje starszych sempai.
Pan Tomasz
kiedyś sam marzył, by taki sport uprawiać. Teraz jego syn przywozi do domu
pierwsze dyplomy i medale.
Naprawdę imponującą
kolekcję pucharów, medali i dyplomów zgromadził Michał Granda. Tata, gdy tylko
może kibicuje Michałowi na zawodach, nagrywa klubowe starty i pokazy kamerą,
znakomicie orientuje się też przepisach, wymaganiach egzaminacyjnych. Z synem
szukają w Internecie różnych nowinek o karate. Druga pociecha Grandów - 9-letnia
Asia również ćwiczy kyokushin. Brat dzielnie pomaga siostrze opanować tajemnicze
uderzenia i bloki.
W przypadku małych karateków ogromną rolę w ich rozwoju odgrywają rodzice. To oni muszą zatroszczyć się by dzieci bezpiecznie dostarczyć na trening a później odebrać.
- Treningi Przemka to obowiązki także dla nas, dlatego z żoną Dorotką planujemy cały tydzień - mówi Tomasz Poprawa. - Bywało, że z pomocą przychodził nam dziadek, który zresztą bardzo cieszył prowadząc wnuka na te zajęcia.
Nie tylko młodość Trudy treningu sprzyjają zawiązywaniu
trwałych przyjaźni. Co więcej, niektórzy karatecy (płci przeciwnej ma się
rozumieć) postanowili związać swe losy na stałe i stanęli na ślubnym kobiercu.
W zamojskim klubie często ćwiczy razem ojciec i syn czy córka, bo rodzice swoją pasją zarażają pociechy, a czasami wręcz odwrotnie. Karate mogą uprawiać praktycznie wszyscy, a na pierwszy trening nigdy nie jest za późno.
Waldemar Buczkowski jest właścicielem dużej firmy Meblomax. Ma 40 lat i wciąż ćwiczy. W kyokushin ma 3 kyu, zielony pas z brązowym pagonem.
- Pierwszy raz chciałem zapisać do
sekcji karate w 1982 roku – wspomina sempai Waldemar. – Zapisy były tylko we
wrześniu, poszedłem z kolegą. On dostał się, a ja nie. Nie chcieli mnie przyjąć,
bo nosiłem okulary. Rok później zapisałem się bez problemu, bo... schowałem
okulary. I ćwiczyłem bez nich aż do 1988 roku.
Później Waldemar studiował w SGGW w Warszawie. Tam 4 lata ćwiczył karate shotokan. Walka bezkontaktowa nie pociągała go. Stwierdził, że to nie jest to i w 1993 roku zakończył treningi. Do uprawiania kyokushin zachęcił go sensei Krzysztof Policha.
- W 2002 roku rozpocząłem treningi - opowiada Buczkowski. - Miałem wtedy 36 lat, zastanawiałem się czy podołam. Dzisiaj wiem, że wiek nie ma większego znaczenia. Zdążam za młodszymi i tak jak ono wykręcam kimono mokre od potu. Jeżdżę na obozy, zdałem trudne egzaminy na kolejne stopnie kyu i zamierzam przystąpić do następnych.
Jak znajduje czas by ćwiczyć 2-3 razy w tygodniu? - To kwestia odpowiedniego uporządkowania dnia, a treningi
wymagają systematyczności, bez niej to wszystko nie ma większego sensu.
W wieku 30 lat przygodę z karate kyokushin rozpoczął Mariusz Małys, na co dzień mistrz działu Głównego Mechanika w zamojskim „Spomaszu”.
- Szukałem takiego sportu, który człowieka w moim wieku zdyscyplinuje i zmobilizuje do regularnego wysiłku – mówi Małys, posiadacz brązowego pasa z czarnym pagonem, czyli 1 kyu. – Trudno było o lepszy wybór. Urzekła mnie również etykieta, nawiązująca do japońskiej tradycji. Swoją przygodę ze sportami walki rozpocząłem jako 15-latek ćwicząc taekwon-do w Świdniku. Zawsze fascynowało mnie jak niewielcy wzrostem azjaci potrafili za pomocą kilku kopnięć obezwładnić rosłych przeciwników. I ja chciałem być tak sprawny.
Przygody na obozie
Kto by uwierzył, że właściciel dużej firmy produkcyjnej, zatrudniającej ponad 120 osób, w środku nocy wybiega w kimonie nad jezioro, wchodzi po pas do wody i ćwiczy kilkadziesiąt minut dziwne techniki. Podobnie jak wzięty ortopeda z Lublina. A tak właśnie wygląda jeden z treningów na letnim obozie karate kyokushin.
- Taki obóz to nie wczasy pod gruszą. Wszystko jest zaplanowane. Treningi odbywają się z reguły 4 razy dziennie, trwają od półtorej do dwóch godzin. To naprawdę ciężka harówka. Oczywiście są też różne atrakcje np. wyjścia na plażę, wycieczki do muzeów, zwiedzanie zabytków, w ubiegłym roku strzelaliśmy z łuków, były pokazy wyszkolenia psów policyjnych. Nawet by wypić wieczorem butelkę piwa, my – stare chłopy - z duszą na ramieniu wymykaliśmy się ukradkiem z obozu – zdradza jeden ze starszych sempai. - Dobrze, że sensei nas nie przyłapali. Z pompek nie wyszlibyśmy.
- Ja zapamiętałem swój pierwszy trening na śniegu - dodaje inny karateka. - To było niesamowite przeżycie. Wybiegliśmy, oczywiście boso, na świeży, puszysty śnieg. Pamiętam, że słabo świecił księżyc i nasze postaci w kimonach wyglądały jak zjawy. Ćwiczyliśmy kata przez kilkanaście minut, nikt nie się nie przeziębił.
Na międzynarodowych obozach goszczą karatecy z Japonii, często są to mistrzowie świata i to nie tylko w kyokushin, ale np. w k1. Możliwość wspólnego ćwiczenia to szansa na poznanie nie tylko nowych technik czy kata, ale także bliższy kontakt z kulturą i obyczajami kraju Kwitnącej Wiśni. Wielu sensei wyjeżdża do Japonii, by tam w najważniejszym dojo zgłębiać tajniki kyokushin.
Redaktor twarda pięść
Przygoda z karate autora tego reportażu rozpoczęła się w
Lublinie pod koniec 1993 roku, na I roku studiów prawniczych...
Na roku była ze mną koleżanka z I LO w Zamościu, Gosia.
Bardzo energiczna i sympatyczna, ale nieco zwariowana dziewczyna. Gosia zapisała
się na tańce towarzyskie w Chatce Żaka, ale miała problem ze znalezieniem
partnera. I wymyśliła, że to ja będę z nią tańczył. Jakoś nie paliłem się do
tego pomysłu i już po pierwszej lekcji wiedziałem, że to absolutnie nie dla
mnie. Tylko jak wykręcić się od tych tańców, żeby nie obrazić koleżanki?
Wtedy do mojego pokoju w Babilonie wpadł Andrzej, wówczas student ekonomii, dziś nauczyciel akademicki WSZiA. Opowiadał o niesamowitych treningach karate i namawiał mnie, żebym zapisał się do klubu.
Pomyślałem, że to świetny pretekst by wykręcić się od tańczenia. Poszedłem.
Pierwszy trening był dla mnie
szokiem. Niezrozumiałe japońskie komendy, jakieś ukłony, dziwne pozy, które
trzeba było naśladować, a do tego ogromny wysiłek fizyczny. Wytrwałem... 13 lat.
Andrzej porzucił karate chyba po 2.
Wtedy nawet nie śmiałem przypuszczać, że będę umiał rozbijać pustaki, łamać deski i to w dodatku uderzeniem głowy.
Treningami najbardziej martwiła się
mama. Kiedy po kumite (walkach) wracałem do domu upstrzony siniakami mama nie
mogła uwierzyć, że nic mi nie jest. Kilka razy próbowała mi wyperswadować „to
szaleństwo”, ale w końcu skapitulowała.
Oprócz karate lubię też pływanie, od czasu do czasu chodzę na basen. Któregoś razu zauważyłem dziwne spojrzenia innych kapiących się. Dopiero po chwili skojarzyłem, że chodzi o sińce, które miałem po walkach. Teraz staram się nie wywoływać takich sensacji.
- Karate kyokushin to nie
szachy, z całym szacunkiem dla tej królewskiej gry - tłumaczą członkowie
zamojskiego klubu. - Uczymy się wyprowadzać różne ciosy, ale też i przyjmować te
zadawane przez przeciwnika i to tak, by były jak najmniej dotkliwe. W stylu
dopuszczającym walkę w pełnym kontakcie uderzenie otrzymane od przeciwnika
czasem zostawia ślad. Poważniejsze urazy czy kontuzję wbrew pozorom zdarzają się
w karate bardzo rzadko. Z naszych obserwacji wynika, że o wiele łatwiej można
nabawić się kontuzji grając... w piłkę nożną.
Trzeba
jeszcze wyraźnie podkreślić, że walki w pełnym kontakcie dotyczą tylko
dorosłych. Dzieci nie mają kumite, a młodzież walczy w formule lekkiego
kontaktu.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|