|
- Na wam chleba dwoje, dorabiajcie się oboje – tymi słowami witano niegdyś młodych, kiedy wracali z kościoła.
- Choć mamusiu do stoła, bo cię synowa woła, prezent ci podaruje i ładnie pocałuje – śpiewała przed rozpoczęciem weselnego przyjęcia starościna, jeśli młoda „szła za niewiastkę”. A po północy panna młoda musiała żegnać się prawą rączką na krzyż, bo jak słusznie przewidywano, na swój wianek patrzyła ostatni raz... Czasy i obyczaje się zmieniły; z wiankiem różnie bywa, niejedna para to już „ich troje”, a przyśpiewki weselnikom bynajmniej nie wystarczą...
Kiedyś wesele planowano z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Czas ten był potrzebny na zebranie pieniędzy na urządzenie weselnego przyjęcia i przygotowanie „wyprawy” dla młodej. Dziś przygotowania do wesela zwykle rozpoczyna się rok wcześniej. Chyba, że wesele jest awaryjne...
Wesele „lokalne”
Alicja i Jakub mieszkają w Biłgoraju. Oboje mają po 28 lat, znają się od 5 lat. Ślub zamierzają wziąć we wrześniu.
- Decyzję podjęliśmy w jesieni ubiegłego roku. Jakoś tak spodobał nam się wrzesień i zdecydowaliśmy się na ślub jesienią – mówi Alicja.
– Już w grudniu 2006 r. zaczęliśmy się rozglądać za
salą i to szczerze mówiąc tylko dlatego, że Alicja nalegała, bo ja uważałem, że
to za wcześ- nie, że przecież mamy jeszcze dużo czasu. Ale to Alicja miała
rację. Gdybyśmy zaczęli szukać sali parę tygodni później, mielibyśmy duży kłopot
ze znalezieniem odpowiedniego miejsca – przyznaje Jakub.
Nie dość, że salę trzeba rezerwować z rocznym
wyprzedzeniem, to trzeba jeszcze wcześniej pomyśleć o oprawie muzycznej
weselnego przyjęcia i rzecz jasna o związanych z tym kosztach. (Wynajęcie
zespołu muzycznego może kosztować od 1 200 do nawet 3-4 tys. zł).
Teraz weselne przyjęcia rzadko organizowane są w domu. Gości (100, 200, a nawet 300 osób) zaprasza się do lokalu. Niegdyś weselono się w dużo mniejszym gronie. A że w domach zwykle było mało miejsca, ucztowano w domu panny młodej, a tańczono u sąsiadów. Mówiło się, że goście idą na tańce na tzw. „stancję”. Do tańca przygrywał skrzypek, czasami także harmonista. Śpiewano dużo weselnych przyśpiewek.
– Tuż przed rozpoczęciem
przyjęcia starościna śpiewała: Choć mamusiu do stoła, bo cię synowa woła,
prezent ci podaruje i ładnie pocałuje. Tak samo śpiewała do teścia panny młodej,
jeśli młoda miała po ślubie zamieszkać u rodziców męża. (Wtedy mówiło się, że
młoda idzie za niewiastkę). Jeśli młody miał zamieszkać u rodziców swojej żony,
wtedy starościna „do stoła” wołała teściów w jego imieniu. – opowiada Julia
Okoń, najstarsza członkini Zespołu Śpiewaczego z Rudy Solskiej.
Gospodyni podkreśla, że dawniej przyjęcia weselne były znacznie mniejsze. Niewielu było stać na wystawną uroczystość i jedzenie, i picie dla kilkuset osób. Zapraszano więc tylko najbliższą rodzinę państwa młodych, no i obowiązkowo sąsiadów.
Najważniejsza suknia
Joanna ma 36 lat. Mieszka w gminie Frampol. Ślub z Marcinem wzięła 8 lat temu w Warszawie, bo wtedy oboje mieszkali w stolicy.
– To była uroczystość tylko dla najbliższej rodziny. Na
przyjęciu weselnym bawiło się około 20 osób. Wszystko organizowaliśmy sami. Do
ołtarza poszłam ubrana na biało, ale w spodniach. Widziałam, że moja mama była
niepocieszona – wspomina Joanna.
Większość dziewcząt wybiera jednak tradycyjne suknie weselne. Jak bardzo ważny jest dla przyszłych panien młodych wybór odpowiedniego stroju, wie Jacek Patro, właściciel Centrum Mody Ślubnej, największego salonu ślubnego w Biłgoraju.
– Jeżeli klientka szuka czegoś wyjątkowego, powinna nas
odwiedzić przynajmniej 2-3 miesiące przed terminem wesela. Chociaż, jeżeli
istnieje potrzeba, jesteśmy w stanie zorganizować suknię wraz z dodatkami, czyli
cały ubiór dla panny młodej w 3 tygodnie – zapewnia właściciel.
Patro przyznaje, że bywają różne sytuacje. Zdarzają się klientki, które przychodzą dość późno.
- Było i tak, że kompletowaliśmy dziewczynie ubiór w poniedziałek, a ona szła w sobotę do ślubu.
Rzecz jasna istnieje moda ślubna, ale nie wszystkie panie wybierają takie fasony sukni, jakie akurat są w modzie.
– W ubiegłym sezonie modne były spódnice z gorsetami, wiele
pań decydowało się też na bordowe dodatki. W tym roku większym powodzeniem
cieszą się kompletne suknie – wymienia Patro.
Kolory sukien - tradycyjne czyli białe, rzadziej ecru.
Większość dziewczyn chce brać ślub w welonie. Kiedyś był on symbolem niewinności panny młodej. Dzisiaj jest raczej ładnym dodatkiem.
– Panie preferują krótkie welony. Kupują też obowiązkowo
podwiązki, często niebieskie, które podobno mają zapewnić wierność przyszłego
męża – tłumaczy właściciel salonu.
Za suknię w biłgorajskim salonie zapłacić można 400 zł (wypożyczenie używanej) lub od 1 000 do 2 000 zł za nową. W większych miastach jak np. Rzeszów, w firmowych salonach suknie są droższe. Uszycie nowej kosztuje od 2 000 zł do 3 500 zł.
- Nasze babcie o kreacjach takich, w jakie dziś ubierają się panny młode, mogły tylko pomarzyć. Stroiły się zwykle w białe spódnice i bluzki. Na głowę zakładały welon (obowiązkowo długi do ziemi). We włosy zazwyczaj wpinały zielone gałązki. Pamiętały, by mieć na sobie coś lnianego, bo miało to im zapewnić szczęście w przyszłym związku – wspominają w biłgorajskich wsiach.
Chlebem i solą
Alicję spotkam w jednym z salonów ślubnych w Zamościu. Dziewczyna ma 24 lata, mieszka w Zamościu. Do salonu przyszła razem z mamą. Mierzy suknię ślubną. Wesele będzie w lipcu. Tradycyjne oczywiście.
– Pobłogosławimy młodych w domu, a po powrocie z kościoła przywitamy ich chlebem i solą - wymienia pani Janina, mama panny młodej. - No, i rzecz jasna będą oczepiny – dodaje Alicja.
Dawniej, kiedy pan młody przyjeżdżał do młodej, by zabrać do kościoła przyszłą małżonkę, goście pana młodego śpiewali: Pochwalony Jezus Chrystus, jak wy się tu macie, przyszliśmy się spytać czy nam Krysię dacie”. Na to odpowiadali goście panny młodej: „Na wiek wieków amen, my odpowiadamy, ale o Krysiunię pytajcie się mamy” albo „Dobrze zapłacicie to wam Krysię damy”. I od razu zaczynały się targi między starościną, a starostą weselnym. Targowano się o ozdobną rózgę, którą uwito w czwartek przed weselem. W międzyczasie druhny przypinały drużbom, którzy przyjechali z młodym, bukieciki weselne. Panna młoda przypinała taki bukiecik przyszłemu mężowi. Po powrocie z kościoła młode małżeństwo witano w drzwiach domu chlebem i częstowano wódką.
– Rodzice mówili: „Na wam chleba dwoje, dorabiajcie się
oboje. Od sto lat do sto lat, póki boża wola” – mówi pani Julia, śpiewaczka z
Rudy Solskiej. – A tej wódki, którą dostawali młodzi nie wypijało się. Tylko
trzeba było zmoczyć symbolicznie usta i wylać alkohol za siebie.
Oczepiny wyglądały inaczej, niż te dzisiejsze. Dziś dziewczyna zazwyczaj rzuca welon za siebie, a ta panna, która go złapie, najszybciej wyjdzie za mąż. Kiedyś takich wróżb nie było.
- Sadzało się pannę młodą na dzieży (pojemnik do rozczyniania ciasta na chleb, przyp. red.). i ściągało się jej z głowy welon. Dookoła stały panny. Starościna zakładała im ten welon, a drużba musiał tańczyć z każdą panną, która akurat miała na głowie ten symbol dziewictwa. Śpiewano wówczas: „Spojrzyj się Krysiu w górę do powały, żeby twoje dzieci siwe oczy miały, albo przeżegnaj się Krysiu prawą rączką na krzyż, bo już na swój wianek ostatni raz patrzysz” – opowiada Julia Okoń.
Za ile pójdzie wianek młodej?
Dziś często zdarza się, że panna młoda bierze ślub, będąc już w ciąży. W czasach, kiedy żyły nasze babcie, było to nie do pomyślenia. Wianek, a dokładniej dziewictwo panny młodej był czymś niezwykle ważnym.
Wykupienie wianka panny młodej odbywało się w jej
mieszkaniu, tuż przed błogosławieństwem rodziców i wyjściem młodych do kościoła.
Przyszły mąż musiał zapłacić. A odbywało się to tak: kładziono na stole dwa talerze. Na jednym leżał większy wianek pana młodego, zrobiony przez drużbów na przedweselnym czwartkowym spotkaniu. Na drugim talerzu leżał przykryty białą chusteczką mniejszy wianek panny młodej.
– Śpiewało się wtedy młodemu: „Chwaliłeś się Jasiu, żeś bardzo bogaty, będziesz ty tu sypał za wianek dukaty” – wspomina mieszkanka Rudy Solskiej.
Młody miał za zadanie wykupić wianek młodej. Kładł pieniądze na talerzyku z serwetą, a jedna z druhen starała się jak najszybciej schować te pieniądze w serwetę po to, aby nikt się nie dowiedział... ile kosztowała niewinność panny młodej. Musiała też zabrać szybko talerz, aby drużba nie zdążył go zbić. Jeśli udało mu się to zrobić, weselnicy śmiali się, że młoda nie ma wianka.
Pieniądze „za wianek” druhna
dawała pannie młodej.
Po tych „zabawach” para młoda kłaniała się rodzicom i prosiła o błogosławieństwo. Młodzi prosili również o błogosławieństwo członków najbliższej rodziny, a potem wszyscy jechali do kościoła.
Dola bez
kopert
Dziś z prezentami bywa różnie.
Wskazywanie sklepów z listą potrzebnych rzeczy jest na Zamojszczyźnie jeszcze
dość nowatorskim pomysłem. Najczęściej goście w prezencie dają pieniądze.
Czasami młodzi wcześniej informują swoich gości co wolą – gotówkę czy jakieś
konkretne przedmioty.
Teraz życzenia składa się tuż po ślubie, po wyjściu z kościoła. Niegdyś nowożeńcom szczęścia na nowej drodze życia życzono dopiero w trakcie wesela. Państwo młodzi stawali za stołem, mieli przed sobą korowaj (bułkę upieczoną specjalnie na tę okazję) pokrojony na kawałki i posmarowany miodem. Orkiestra grała, a drużbowie prosili do tańca gości i tanecznym krokiem prowadzili ich do młodych. Wtedy składano życzenia i dawano prezenty lub na talerzu kładziono pieniądze.
– Goście śpiewali wtedy każdemu: „Dajcie, dajcie, bo wy macie, bo na siatce zarabiacie. Tysiąc mało i dwa mało, trzy tysiące by się zdało”. Każdemu śpiewano coś pasującego do wykonywanego przez niego zawodu. Po życzeniach gości częstowano korowajem i wódką – opowiada pani Julia.
Niemały wydatek
Barbara Godziszewska, szefowa zamojskiej firmy „Powiedz Tak”, od dwóch lat zajmuje się organizacją wesel.
- Zakładając firmę myślałam, że klienci będą mi powierzali całą organizację wesela. Jednak takie zamówienia się nie zdarzają. Najczęściej klienci proszą o przyozdobienie kościoła, wynajęcie i ozdobę limuzyny, czy o stylizację panny młodej – wymienia Godziszewska. Stylizacje, jak powiada, bywają różne. Zdarzają się dziewczyny, które chcą zaskoczyć i przyszłego męża, i rodzinę, jednak zdecydowana większość stawia na tradycję.
– W tym roku modne są diademy we włosach. Suknie zwykle białe, bo tak przeważnie chcą mamy panien młodych. Zazwyczaj dziewczyny mają welony. Chcą być umalowane w tonacji różowej lub złotej. Kiedyś zdarzyła mi się klientka, która zapragnęła mieć podczas wesela bardzo długie włosy. Oczywiście przedłużyliśmy je. Klientka była bardzo zadowolona – podkreśla Godziszewska.
Dziś ślub to bardzo duży wydatek. Zdaniem pani Barbary, chcąc zorganizować wesele na 100 osób trzeba mieć minimum 20-25 tys. zł.
...............................................................................
Wykup sobie drogę
Jeszcze dziś w wielu podbiłgorajskich wsiach praktykuje się tradycję bram weselnych. Panu młodemu, jadącemu do młodej, na drodze stawiane są różne zapory. Przejechać dalej może, jeżeli wykupi się wódką.
– Kiedyś też były bramy. Organizowano je we wjeździe do gospodarstwa, w którym mieszkała panna młoda. W imieniu pana młodego targował się starosta weselny. Musiał postawić cztery butelki wódki na czterech rogach stołu i jedną na środku. A stojący na bramie w zamian za to częstowali chlebem i solą oraz swoim alkoholem. Gdy drużyna pana młodego wódki dać nie chciała, wtedy czasem dochodziło nawet do bójek – opowiada Julia Okoń.
Goście pana młodego przywozili ze sobą korowaj, pieczony specjalnie na tę okazję. Była to słodka bułka, pieczona w okrągłej blaszce, przyozdobiona kwiatami i ziołami.
....................................................
Spotkanie przed weselem
Od wielu już lat, zgodnie z tradycją ślub należy brać w sobotę. Tego dnia też wychodziły za mąż nasze babcie. Ale pierwsze spotkanie przedweselne odbywało się już w czwartek. To spotkanie nazywało się „wionczyny”.
– Do domu panny młodej schodziła się młodzież. Były śpiewy. Młodzi ludzie wili wianki takie, którymi zdobiono konie, na których weselnicy jechali do kościoła. Wtedy też drużba wycinał z chleba dwa okręgi, mniejszy i większy. Natomiast druhna musiała je ładnie przystroić. Większy wianek był dla pana młodego, mniejszy dla panny młodej – opowiada Julia Okoń.
Na czwartkowym spotkaniu starosta weselny zdobił jałowiec, który potrzebny mu był podczas wizyty w domu panny młodej. Wtedy też wito tzw. rózgę, którą podczas tej wizyty miała starościna wesela. W międzyczasie rodzina przygotowywała jedzenie na wesele.
......................................................
Magiczna siódemka
W jakim dniu najlepiej brać ślub? W tym roku tym dniem „naj” jest sobota (7 lipca 2007 r.). Trzy siódemki w dacie, zdaniem wielu, przyniosą szczęście młodej parze.
- W tym dniu naprawdę będzie bardzo dużo wesel. My również mamy sporo zamówień - mówi Barbara Godziszewska.
W magiczną sobotę trzech siódemek, w niektórych kościołach ślubne msze święte zaczynają się już od godziny 14 i tak co godzinę, aż do 18. Ale nie wszędzie.
W kościele pw. WNMP w Biłgoraju jest to „normalna” sobota, jak każda inna.
– Nie odnotowaliśmy szczególnego zainteresowania tą datą. Śluby będą, ale nie więcej niż zwykle – stwierdził proboszcz, ks. Józef Flis.
Podobnie jest w urzędach stanu cywilnego w Zamościu czy
Tomaszowie Lubelskim. Na razie na 7 lipca, w każdym z urzędów zaplanowanych jest
po kilka ślubów.
Już w starożytnej Grecji „7” była uznawana za liczbę doskonałą. 7 to w końcu suma 3 i 4, dwóch liczb uznawanych za doskonałe. Siedem dni liczył tydzień w starożytnej Chaldei. Później siedmiodniowy tydzień przejęli też Żydzi (stworzenie świata zabrało Bogu sześć dni, siódmego odpoczywał).
Tak więc mamy 7: cudów
świata, wzgórz na których zbudowano Rzym, grzechów głównych. Lista „siódemek” w
naszej, ale nie tylko naszej kulturze jest bardzo długa. Są na niej też np. buty
siedmiomilowe, w których najszybciej dojdziemy do upragnionego celu.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|