|
Za kanałem La Manche jest prawie jak w domu. Pełno rodaków. Można
pogadać po polsku, zjeść flaki zamojskie, napić się wódki „Zamoyski”. Tylko nie
zarabia się „po polsku”, czy jak kto woli „po zamojsku”. I głównie to jest
piękne
W sklepie u Hindusa kupisz niemal wszystko, od polskich słodyczy przez makarony, zupy w proszku, po gołąbki i flaki (rzecz jasna zamojskie, ewentualnie hetmańskie). Jest też kiełbasa. Podobno ta „krakowska” nie smakuje tak jak „krakowska” kupiona w mięsnym w Polsce, ale dla mnie to bez znaczenia i tak nie jem mięsa. Za to o polskim chlebie marzę i śnię. Jest! Najprawdziwszy polski razowiec, oczywiście upieczony w jednej z angielskich piekarni i zapakowany w folię, ale co za różnica, skoro smakuje o niebo lepiej od tego, który sprzedają w tutejszych marketach. Boże! Hindus ma wszystko – cieszę się jak dziecko i wkładam bochenek do koszyka. Cena nie gra roli, mógłby kosztować nawet 10 funtów. Płacę 1 funt 70 pensów, (w „Tesco”, obok którego mieszkam, za chleb zapłaciłabym mniej, ale co to za chleb). Kupuję jeszcze paluszki solone z „Lubelli” i musztardę, bo ta angielska jest tak słona, że nie da się zjeść.
Przy drzwiach wyjściowych stoisko z alkoholem, oczywiście polskim. Wybór taki, że nie powstydziłby się niejeden zamojski monopolowy.
Teraz tu jest mój dom
W niewielkim, niespełna trzydziestotysięcznym miasteczku, Polaków można spotkać na każdym kroku. Jedni mówią, że wcześniej czy później wrócą do ojczyzny, drudzy, że wracać już nie zamierzają. - Teraz tutaj jest mój dom – podkreśla Aśka.
Razem z mężem, Anglikiem i dwuletnią córeczką mieszka w
wynajętym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Za dwa pokoje z kuchnią płacą około
700 funtów miesięcznie. Do centrum mają nieco ponad kilometr.
Wzdłuż niezbyt szerokich, jak na miejskie standardy ulic
ciągną się jednopiętrowe kamieniczki, wszystkie wybudowane w tym samym stylu –
Cotswold. Nazwa pochodzi od pasma wzgórz wapiennych. Faktycznie niektóre budynki
zostały wybudowane z wapiennych kamieni. Inne to już tylko kombinacja drewna,
metalu i płyt z utwardzonego styropianu, imitującego kamień. Dzięki temu
budowlanemu oszustwu miasteczko wygląda jak wyjęte z brytyjskiej bajki
telewizyjnej „Listonosz Pat”. W centrum biblioteka, posterunek policji, szpital,
nieco dalej poczta, obok bank, na drzwiach którego widnieje plakat reklamowy
zachęcający Polaków (tak, tak właśnie Polaków) do zakładania rachunków
bankowych. Po drugiej stronie ulicy ciąg sklepów i plac, na którym niemal
każdego dnia odbywa się targ, gdzie można się zaopatrzyć w świeże owoce i
warzywa. Kilkaset metrów dalej dwunastowieczny kościół, wizytówka miasta. Jest
niemal na każdej pocztówce.
Na robionych z odległości zdjęciach wygląda zdecydowanie lepiej niż w rzeczywistości. Podziurawione witraże okienne i zaniedbane mury świadczą o tym, że lata świetności ma już dawno za sobą. Poza wspomnianym kościołem (oczywiście anglikańskim), w mieście jest jeszcze kilka innych, każdy z nich dla wyznawców innego obrządku. Wszystkie tak samo opustoszałe.
Pełne są za to licznie rozsiane po mieście restauracje, bary i puby. Największy ścisk jest w porze lunchu (pomiędzy godziną 12 a 15) i oczywiście wieczorami.
- Większość Angielek nie gotuje. Mają do wyboru żarcie z
restauracji, albo coś na szybko z mikrofali – wyjaśnia Aśka.
Sztandarowe danie, do kupienia w każdym miejscu serwującym jedzenie – smażona ryba z frytkami (fish and chips). Ukochany napój Wyspiarzy – piwo. Piją dużo i szybko, co wykorzystują angielskie browary, produkując piwo o niskiej zawartości alkoholu (około 2,5-3 procent). Dzięki temu statystyczny bywalec pubu jest w stanie wlać w siebie kilka pint bursztynowego napoju (1 pint - 568 ml. Na Wyspach „na pinty” sprzedawane jest piwo kuflowe).
Zamoyski
specjalność
Pracuję w położonym na obrzeżach
miasta hotelu, nieopodal biegnie droga ekspresowa, która wiedzie do Oxfordu.
Jeżeli ktoś nie jest szczęśliwym posiadaczem auta (kilkuletnie, używane można
kupić już za jedną, dwie tygodniówki, tj. 300 – 600 funtów. Niestety, drugie
tyle trzeba wydać na jego ubezpieczenie) może bez problemu dojechać do Oxfordu
jednym z kursujących co 20 minut piętrowych autobusów Stagecoach. Podróż wąskimi
i krętymi jak serpentynki drogami trwa około pół godziny. Bilet w jedną stronę
kosztuje 2 funty 90 pensów.
Wracając do wspomnianego
hotelu. Ma trzy gwiazdki, około dziewięćdziesięciu pokoi, zespół
rekreacyjno-wypoczynkowy z basenem, siłownią i gabinetem odnowy biologicznej,
kilka sal konferencyjnych, dwa bary i restaurację. Niemal przez okrągły rok jest
wypełniony po brzegi gośćmi. O ich komfort dba cały zastęp pracowników.
Towarzystwo międzynarodowe: Słowacy, Rumuni, Litwini, Francuzi, Czesi i
Hiszpanie. Polska reprezentacja działa „na froncie” restauracja – bar. Ja jestem
kelnerką w restauracji.
Podczas przyjmowania
zamówień zdarza mi się czasami ucinać z klientami pogawędki. Dowiaduję się, że
Brytyjczycy są coraz bardziej zainteresowani polskim rynkiem nieruchomości.
Jednak ich pojęcie o Polsce jest ciągle mgliste. Dla większości z nich Polska to
Kraków, który odwiedziła już chyba połowa Brytyjczyków. Poza Krakowem niektórzy
wspominają Gdańsk, Warszawę.
O Polakach wiedzą tyle, że tłumnie zjechaliśmy do ich kraju i chwytamy się wszelkich możliwych zajęć. Co oczywiście nie u wszystkich wywołuje entuzjazm.
Priorytetem w mojej pracy jest dbanie, żeby restauracyjni
goście na zamówiony posiłek nie musieli czekać dłużej niż pięć minut. Bo Anglicy
jak Polacy, jak głodni to źli. A ponieważ najwyraźniej nie chcą być źli,
wymyślili angielskie śniadanie. Nie jest to zdecydowanie posiłek dla osób
będących na diecie. Żadne tam płatki na mleku czy grahamki z miodem. Podstawowym
składnikiem niezbędnym do przygotowania angielskiego śniadania jest duża ilość
oleju, bo wszystko co zjada rano typowy Anglik musi być smażone. Smażony jest
bekon, kiełbaski (podobno mieszanina tłuszczu, mięsa i chleba), ziemniaki
pokrojone w plastry, pieczarki, jaja, nawet chleb. Jeśli angielskie śniadanie,
to nie może na nim zabraknąć puddingu (wygląda trochę jak nasza kaszanka) oraz
fasolki w sosie pomidorowym.
Obiady i kolacje
serwowane w angielskich restauracjach są już bardziej „cywilizowane”. Na
początek tak zwane startery. Klient ma do wyboru kilka dań mających, nazwijmy
to, pobudzić jego apetyt. W menu restauracji hotelowej najczęściej pojawiają się
kremowe zupy, pasztet, krewetki, melon, sałatki. Po nich pora na danie główne.
Do wyboru ryby morskie, steki (zamawiane przez restauracyjnych gości
najczęściej), wołowina, wieprzowina. Wszystko obowiązkowo smażone i finezyjnie
udekorowane listkami rozmarynu, szafranu, pietruszki i co tam jeszcze wpadnie
szefowi kuchni pod rękę. Desery: ciasta, lody i sałatki owocowe, to już
prawdziwy majstersztyk. Dłużej trwa ściąganie z talerza dekoracji niż samo
jedzenie.
Bardzo sympatyczny szef kuchni większość
dnia spędza na wymyślaniu nietypowych i intrygujących nazw potraw. W związku z
tym na gotowanie pozostaje mu już niewiele czasu. Właściwie tylko tyle, żeby
wraz ze sztabem kucharzy... podgrzać kupione, gotowe dania.
Bar jest ulubionym miejscem hotelowych gości. Anglicy w ogóle dużo czasu spędzają w barach i pubach.
- Polak jak
chce „się narąbać” to najlepiej w domu, a Anglik obowiązkowo idzie do pubu -
mówi Aśka.
Wybór alkoholu w hotelowym barze, jak w większości tego typu przybytków. Jest kilka rodzajów lagerów (piwo jasne - „Carling”, „Grolsh”, „Becks”), „Worthington’s” - jeden z najpopularniejszych w Anglii bitterów (mocno chmielone piwo typu ale), wina i alkohole wysokoprocentowe, pite przez Brytyjczyków głównie w postaci drinków. Spośród tych ostatnich na wzmiankę zasługuje serwowana jako specjalność lokalu - wódka „Zamoyski”. Na etykiecie obok podobizny Hetmana Wielkiego Koronnego Jana Zamoyskiego, wzmianka o założycielu Hetmańskiego Grodu i jego doniosłym wkładzie w rozwój gorzelnictwa. Szlachetny trunek o czterdziestoprocentowej zawartości alkoholu produkowany jest w Glasgow. 50 ml kosztuje 3,5 funta.
Pracusie na Wyspach Kilka dni temu z artykułu zamieszczonego na jednym
z portali internetowych dowiedziałam się, że statystyczny Anglik spędza w pracy
od 8 do 12 godzin dziennie. Właściwie to nawet ktoś dobrze to sformułował
„spędza w pracy”, co nie musi wcale oznaczać „pracuje”. Anglicy nie mogą sobie
wyobrazić dnia w pracy bez obowiązkowej półgodzinnej przerwy. Jeśli nałóg nie
pozwala o sobie zapomnieć, trzeba przynajmniej raz w ciągu godziny „wyskoczyć”
na papierosa. Do tego jeszcze krótka przerwa (ewentualnie kilka przerw) na
wykonanie „bardzo pilnego” telefonu i męczący dzień w pracy statystyczny Anglik
ma za sobą. Oczywiście takie uogólnienie z pewnością nie jest sprawiedliwe, bo
nie może dotyczyć wszystkich. Faktem jednak jest, że wielu poznanych przeze mnie
Wyspiarzy ma bardzo swobodne podejście do pracy. Przykładów jest wiele. Podam
jeden. Kelly. Rodowita Angielka. Wiek - 23 lata, z czego ostatnich pięć spędziła
pracując w hotelu, jako barmanka. Kilka miesięcy temu otrzymała zaszczytne miano
Pracownika Roku departamentu, w którym jest zatrudniona. Czym sobie na to
zasłużyła? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Pewne jest, że pracowitość nie jest
jej mocną stroną. Ból głowy, zęba, nawet atak serca (!) pojawiają się, gdy tylko
w barze robi się tłoczno. Niezwłocznie potrzebny jest ktoś, kto zastąpi za barem
„pracownicę roku”. Cierpiąca i udręczona szuka schronienia w którejś z pustych
sal konferencyjnych, drugim barze - jeśli akurat jest zamknięty, nawet w
piwnicy. Podobna reakcja pojawia się, gdy Kelly przydarzy się jakieś
nieszczęście. A pech prześladuje ją wyjątkowo często. Odłamek szkła z rozbitej
szklanki pokaleczy dłoń. Podczas przetaczania beczka z piwem zmiażdży stopę.
Kropla soku z cytryny w niewyjaśnionych okolicznościach trafi do oka. Jednym
słowem, pasmo nieszczęść. Nic dziwnego, że po takich przejściach Kelly musi się
odstresować, a że drzemie w niej dusza artysty, namiętnie maluje, wycina i klei.
Wykonane przez nią - oczywiście w godzinach pracy - papierowe motyle i kwiaty
dyskretnie zdobią wnętrze baru.
Jeśli już o metodach uchylania się od obowiązków, to przypomniała mi się opowieść dziewczyny, która pierwsze szlify po przyjeździe do Anglii zdobywała sprzątając hotelowe pokoje. „Fachu” uczyły ją Angielki.
- Kombinowały na każdym
kroku. Większość czasu spędzały oglądając w pokojach telewizję i jedząc ciastka.
Sprzątając łazienki szły po najmniejszej linii oporu. Nie używały kropli wody,
detergentów też zresztą nie, bo twierdziły, że bardzo niszczą skórę. Wanny i
sedesy wycierały tylko ręcznikami, których po upraniu używali hotelowi goście.
Zdarzało się, że jeśli ktoś zatrzymywał się w hotelu na jedną noc i nie wymiął
bardzo pościeli, to kolejny gość też się w niej przespał.
Po usłyszeniu tej okrutnej prawdy postanawiam nigdy nie zatrzymywać się w żadnym hotelu.
Potyrać, zarobić i wracać
- Czy można przeżyć za 800 zł miesięcznie? Ja już nie wiedziałabym jak - przyznaje Basia.
W Anglii jest z mężem. Po raz pierwszy przyjechali tutaj trzy lata temu. Nie byli jeszcze małżeństwem. Chcieli zarobić na budowę domu. Po ponad roku wrócili do kraju, żeby się pobrać.
- Wyprawiliśmy wesele, pojechaliśmy na miesięczne wczasy do Chorwacji i po funciakach. Więc wróciliśmy. Stać nas na wynajęcie połowy domu. Kupno ciuchów czy wymarzonego sprzętu elektronicznego to nie problem, bo ceny tych artykułów są zdecydowanie niższe niż w Polsce – mówi Baśka.
- Jedzenie tylko kiepskie i droższe - przyznaje jej mąż, Łukasz.
Za kilka lat chciałby wrócić do Polski,
może założy własną działalność. Marzy mu się firma developerska.
Łukasz skończył studia na Politechnice Krakowskiej, tutaj ambicje musiał schować do kieszeni. Pracuje jako kierowca w pralni. Za kółkiem od 6 rano do 2 po południu. Potem szybki obiad (a właściwie, skoro już w Wielkiej Brytanii to lunch). Od 15 do 23 rozwozi pizzę.
- Jasne, że nie o takiej pracy marzyłem, ale jest, i to za
pieniądze, jakich byśmy w Polsce nigdy nie zarobili.
Łukasz zarabia około 550 funtów tygodniowo (ok. 3 tys. zł).
Baśka znalazła pracę w fabryce produkującej farmaceutyki dla diabetyków. Pracuje po 12 godzin, cztery dni w tygodniu.
- Generalnie, nie jest ciężko. Żadnego dźwigania pudełek.
Sprawdzam szczelność opakowań, jakość próbek. Trzeba odrobinę znać angielski, bo
jest trochę wypełniania formularzy – mówi Baśka.
Zarabia, jak twierdzi nie najgorzej - 7 funtów 80 pensów za godzinę. Wcześniej, jako kelnerka zarabiała o dwa funty mniej.
- Za to napiwki dochodziły. Tygodniowo od 20 do 50 funtów – przyznaje.
- Ale najlepiej i tak „wychodzi się” na
sprzątaniu – dodaje. - Podstawowa stawka to 7 funtów za godzinę. Można rzecz
jasna zarobić więcej. Mieszkanie, które masz posprzątać w osiem godzin,
sprzątasz w cztery, a kasa jak za cały dzień roboty. Na początku może być ciężko
– ostrzega. - Generalnie domy są „zapuszczone”. Ale jak już wiesz, co masz
robić, to idzie łatwo.
Polonia mieszkająca i
pracująca na Wyspach to już nie tylko sprzątaczki, budowlańcy, kelnerzy, barmani
czy opiekunki do dzieci, ale także lekarze, informatycy, nauczyciele. Ciągle
jednak brakuje nam pewności siebie, jaka cechuje obywateli państw Europy
Zachodniej. To dlatego na stanowiskach kierowniczych częściej zasiadają, oprócz
Brytyjczyków, Francuzi czy Niemcy niż Polacy. Co jednak optymistyczne, to fakt,
że wielu Anglików ocenia nas jako rzetelnych i pracowitych.
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|