|
Mój kuzyn Marek
O piosenkarzu Grechucie opowiada Wojciech Wiszniowski z Lubina
Wspomnienia Wandy Grechutowej mieszczą się na dwóch dyskietkach komputerowych, sygnowanych skrótowo „marwoj”. Dyskietki są w posiadaniu lubinianina Wojciecha Wiszniowskiego, ciotecznego brata Marka Grechuty. Pan Wojciech zastanawia się nad znaczeniem sygnaturki: Czy „marwoj” to Marek i Wojtek? Zapewne nikt już mu nie odpowie na to pytanie, ciotka Wanda zmarła w Zamościu pięć lat temu, trzy miesiące po swojej starszej siostrze Zofii, matce Wojciecha Wiszniowskiego. Wśród pozostawionych przez mamę rodzinnych dokumentów znajdowały się te dwie dyskietki. Wspomnienia Wandy Grechutowej pt. „Jedno życie” miały być wydane w 1996 roku - ukazała się nawet na ten temat notatka w zamojskiej prasie - ale do ich druku nie doszło.
Marek Grechuta, 10 grudnia, ukończyłby 61 lat. Pan Wojtek nie był na jego pogrzebie w Krakowie, bo w ostatnich latach, z powodu pogłębiającej się choroby artysty, nie utrzymywali ze sobą kontaktów. Nikt też z najbliższej rodziny Marka nie powiadomił go o pogrzebie.
W tym samym pokoju
Najwcześniejsze dzieciństwo kuzyni spędzili w jednym mieszkaniu, w zamojskiej kamienicy, przy ulicy Grodzkiej 7. Kamienica należała do Michała i Salomei Stryjków, dziadków Wojtka i Marka. Dziadek Michał, kształcony na krawca w Petersburgu i Dreźnie, miał swoją pracownię, ale do krawiectwa nie miał serca. Czas wolał spędzać na pogawędkach i politykowaniu przy kawce w sklepie Gaudnika lub Siwiły. To Wanda, najmłodsza z trójki rodzeństwa, wysyłana przez matkę biegała po ojca gdy w pracowni pojawiał się jakiś ważny klient.
Zosia była najstarsza, z 1914 roku, dwa lata później urodził się Staszek i dopiero siedem lat po nim Wandzia. Dziewczęta ukończyły liceum a szalenie przystojny Staszek (o urodzie filmowego amanta Bodo), został studentem prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Zmarł po powrocie z Warszawy, w 1940 roku. Zosia, po kilkumiesięcznej znajomości, w październiku 1941 roku, wyszła za mąż za Witolda Wiszniowskiego, inżyniera leśnika, wojennego tułacza ze Lwowa. Młodzi dostali jeden pokój w czteropokojowym mieszkaniu rodziców Zosi.
Mijają kolejne lata, za mąż wychodzi Wanda. Pół wieku później, w swoich wspomnieniach pisze: „Na początku sierpnia poznaję partyzanta AK Zygmunta Grechutę. Był w mundurze lnianym zielono-partyzanckim. Wydał mi się całkiem przystojny, miły a poza tym dużo miał męskiego uroku. Nasza znajomość, miłość, zakończyła się ślubem w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia w Kolegiacie Zamojskiej, w roku 1944.” Zygmunt pochodził z miejscowości Krynice, leżącej pomiędzy Zamościem a Tomaszowem Lubelskim.
Szczęśliwa mama
Wesele odbyło się na parterze kamienicy rodziców, w ich własnym lokalu „Adria”. Grała cygańska kapela. Było wesoło, tylko Zosia zachowywała się z rezerwą: „Wandziu, to nie jest mąż dla ciebie.” – ponoć miała przestrzegać siostrę. Młodsza córka również zamieszkała z mężem u rodziców – dostali największy pokój. W tym pokoju (najbardziej reprezentacyjnym w całym mieszkaniu), w styczniu 1945 roku, urodził się Wojtuś.
Wspomina Wanda Grechuta: „Chrzest syna Zosi i Witolda był na Wielkanoc. Matką chrzestną zostałam ja a ojcem Bogumił Wiszniowski, stryjeczny brat Witolda. Otrzymał imię Wojciech. Przyjęcie było na 30 osób. Sama jeszcze nie byłam mamą.”
Ale Marek był już w drodze, na świat przyszedł pod koniec tego samego roku, 10 grudnia. „Nadszedł upragniony dzień urodzin Marka. Moja mama bała się o mnie. Chciała żebym rodziła w domu. (...) Była godzina 18, 10 grudnia 1945 r. Urodził się tak szybko, że sama nie wiedziałam kiedy (...). Oznajmił to nawet głośnym krzykiem, który nie był podobny do płaczu. Jestem szczęśliwą mamą – mam syna.”
Marek został ochrzczony w kwietniu, również w Kolegiacie Zamojskiej. Rodzicami chrzestnymi zostali: Elżbieta, najstarsza siostra Zygmunta i Witold Wiszniowski – ojciec pana Wojtka. Pierwsze trzy lata dzieciństwa maluchy spędziły w tym samym mieszkaniu, przy ulicy Grodzkiej. Kiedy Zygmunt Grechuta dostał pracę w Warszawie, rodzina przeniosła się do mieszkania w podwarszawskich Chylicach, kupionego im przez rodziców pani Wandy. Tam też w grudniu 1950 roku przyszła na świat siostra Marka Anna. (Pan Wojciech Wiszniowski ma w swoim domowym archiwum sporo zdjęć z kuzynem Markiem, m.in. i te zrobione przed domem w Chylicach.) Po paru latach od wyprowadzki doszło niestety do rozpadu rodziny i Wanda Grechuta wróciła z dziećmi do rodziców na ulicę Grodzką w Zamościu. Marek miał dwanaście lat.
Trzymaliśmy się razem
- Chodziliśmy z Markiem do tej samej Szkoły Ćwiczeń nr 7, przy Liceum Pedagogicznym. Ja do klasy o rok wyżej, bo naukę zacząłem mając sześć lat – opowiada pan Wojciech. – Mieszkałem już wtedy z rodzicami przy ul. Kasprowicza, ale z kuzynem nadal trzymaliśmy się razem. Byliśmy dziećmi zamojskiej Starówki. Tam spędzaliśmy wszystkie wolne chwile, buszując po uliczkach i zaułkach. Marek był grzecznym chłopcem, a ja uchodziłem za rozrabiakę, takiego miejscowego batiara - miałem mnóstwo kumpli i jako miejscowy, znałem wszystkie kąty. Po pięćdziesiątym szóstym roku, kiedy powstało wolne harcerstwo, zacząłem działać w hufcu. W szkole prowadziłem drużynę zuchów a moim przybocznym został Marek. Harcerstwo było pamiętną przygodą naszego dzieciństwa. Latem 1958 roku, w nagrodę za działalność, znaleźliśmy się w grupie kilkudziesięciu harcerzy z całej Polski wytypowanych na obóz do Warny, w Bułgarii. Dla nas, trzynastolatków, to było duże przeżycie – lot samolotem i wakacje nad Morzem Czarnym.
Z tego pobytu również zachowały się zdjęcia chłopaków w harcerskich mundurkach. Druga niezapomniana przygoda zdarzyła się dwa lata później i też wiązała się z nagrodą. Tym razem w konkursie olimpijskim ogłoszonym przez regionalną gazetę Sztandar Ludu. Pan Wojtek sięga do swojego archiwum i pokazuje artykuł z 6 września 1960 roku z wykazem nazwisk 30 laureatów, wśród nich jego i kuzyna Marka. Szczęśliwcy dwa dni spędzili w Warszawie i oglądali lekkoatletyczny mecz Warszawa-Londyn. Zainteresowanie sportem przetrwało u Marka do końca życia.
Zawsze prymus
Czy już wówczas, w szkolnych latach, Marek Grechuta ujawniał talenty przyszłego piosenkarza, poety i muzyka?
- Zawsze był prymusem, od góry do dołu – mówi pan Wojciech. - Wszechstronnie uzdolniony: pięknie rysował, układał teksty, grał na gitarze i uczył się gry na fortepianie. Sądzę, że talent do muzyki przejął po swoim ojcu, który podczas rodzinnych uroczystości lubił pośpiewać, a miał silny i melodyjny głos. Zawsze powtarzam, że niezależnie od tego jakiej dziedzinie by się Marek nie poświęcił, w każdej byłby kimś wybitnym. Oczywiście, gdyby choroba mu nie przeszkodziła. Proszę spojrzeć na te rysunki (wiszą w mieszkaniu Wiszniowskich), podarowane przez niego mojej mamie w latach sześćdziesiątych. Są to jego wprawki przed egzaminem na architekturę. O ile wiem, oglądał je prof. Zin i był zachwycony.
W Liceum Ogólnokształcącym stanowili paczkę przyjaciół, razem z Wojtkiem Gaudnikiem i Jerzym Słupeckim. Wspólnie chodzili na szkolne potańcówki, na których Marek grał i śpiewał naśladując Presleya, przeżywali drobne przygody uczuciowe z dziewczynami i grali w modnego wówczas w inteligenckich sferach, brydża. No i jeszcze - tenis, przy czym Wojtek dokładał wszystkim po równo – szkolił się pod okiem mamy, która pierwsze kroki na korcie stawiała w zamojskim parku jeszcze przed wojną, w latach trzydziestych.
- O wyczynach mojej mamy na korcie – mówi pan Wojtek - usłyszałem od jej szkolnego kolegi Andrzeja Zwierzniaka, podczas zjazdu absolwentów I LO w 1992 roku. Przyznał się po latach, że szczególnie intrygowała go jej krótka powiewająca spódniczka.
Podkochiwali się w Halince
W okresie studenckim kontakty kuzynów w sposób naturalny rozluźniły się. Marek studiował architekturę w Krakowie, Wojciech prawo w Lublinie. Widywali się zwykle podczas wakacji i to nie często, bo każdy miał swoje zajęcia: obozy, praktyki studenckie itp. Na jednej z fotografii, zrobionej w Zamościu, obaj stoją w grupie studentów architektury. Z obozu hippicznego Marek wysłał na adres rodziców Wojtka własnoręcznie wykonaną dowcipną i oryginalną (zdobioną brzozową korą) kartkę: „Z radosnym rżeniem przesyłamy Wam „końską dawkę” najpiękniejszych pozdrowień.” Halina (ówczesna jego miłość) i Marek. Białka, lipiec 1966 rok.
Wojtek oczywiście też znał Halinkę z II LO, dziś profesor psychiatrii. Przez pewien czas sympatyzowali ze sobą, razem bawili się na jej studniówce. Ale tak się poukładało, że to Marek został później na krótko jej chłopakiem.
- Widocznie bardziej odpowiadała jej wówczas cherubinkowa uroda Marka – śmieje się pan Wojtek. W Zamościu mówią, że to zawiedziona miłość Marka do Halinki M. wywołała u niego pierwsze symptomy choroby, z którą zmagał się już do końca życia. W Krakowie z kolei uknuto teorię, że Marek nie wytrzymał brzemienia sławy, dla jego wrażliwej psychiki było to zbyt duże obciążenie.
Zanim przyszła sława, Marek na studiach, jak większość kolegów, klepał biedę. Majątek rodzinny - restauracja a potem kamienica - został upaństwowiony. Po zamknięciu „Adrii” obie siostry Zofia i Wanda przez pewien czas kontynuowały jej działalność, podejmując w swoich mieszkaniach stołowników. Bo z czegoś trzeba było żyć i utrzymywać rodziny.
W listach Marka do matki, zamieszczonych we Wspomnieniach, przewijają się prośby o pieniądze i podziękowania za wałówkę. W październiku 1964 roku pisze, żeby przysłać mu pieniądze, że ma nadzieję na stypendium a także informuje, że do cioci Zosi odpisał i podziękował za ofiarowane 100 zł. 18 stycznia 1965 roku dziękuje swojej mamie: „za jedzenie, które dostałem do walizki (za jabłka, kiełbasę, chleb i nawet te cukierki.)”
Drogi Bracie!
W 1970 roku Grechuta żeni się w Krakowie, ale pan Wojtek nie przypomina sobie czy ktoś z rodziny był na ślubie i czy w ogóle ktoś został zaproszony. Rok później na ślubnym kobiercu staje Wojciech z Barbarą Dragan, najpiękniejszą z zamościanek – podkreśla z naciskiem mój rozmówca. Zaproszony artysta, już po pierwszych znaczących sukcesach estradowych, przysyła swoje zdjęcie z małżonką Danutą i listem na odwrocie: „Drogi Bracie! Z okazji zbliżającej się wraz ze Świętami ważkiej decyzji życiowej przesyłamy Ci wraz z małżonką jak najlepsze pozdrowienia oraz słowa otuchy (od siebie) – postaramy się być. Najprawdopodobniej będziemy od 23 do 26 w Zamościu, a więc udział w tej podniosłej uroczystości ze strony tych dwojga na odwrocie (...) masz w tej chwili zapewniony. Marek” Na ślubnym zdjęciu panna młoda w srebrzystej sukni z kapturem, za nią Marek Grechuta, nieco dalej jego żona Danuta.
Marka całkowicie pochłonęła kariera, Wojtek wyjechał do Lubina za pracą (magnesem były dobre zarobki w kopalniach) i przede wszystkim z nadzieją na szybki przydział mieszkania. Nadzieje się spełniły. W tym pierwszym mieszkaniu, przy ulicy Legnickiej, państwo Wiszniowscy gościli Marka Grechutę, który koncertował w „Muzie”.
- Był to bodaj rok 1975 albo 1974 – usiłuje przypomnieć sobie pan Wojciech. – Wpadł po koncercie dosłownie na chwilę, bo cały zespół czekał na niego. Kiedy idąc na Legnicką przechodziliśmy obok kiosku, przy głównej poczcie, zatrzymał się i kupił dla mojej trzyletniej córeczki Moniki tego wielkiego pajaca. Później sporadycznie odwiedzałem Marka i jego żonę w Krakowie, podczas służbowych wyjazdów z KGHM. Ostatni raz widzieliśmy się w 1988 lub 1989 roku, w ...Nowym Jorku, gdzie wyjechałem na saksy. Grechuta występował tam z wrocławską Elitą w salce widowiskowej przy kościele, w polskiej dzielnicy Greenpoint. Był z żoną, która zawsze towarzyszyła mu podczas wyjazdów.
Wiekowe korzenie
Ponoć Marek Grechuta, z powodu miłosnej porażki, niechętnie wracał wspomnieniami do lat spędzonych w Zamościu. Pamiątką po nim w tym mieście są – zaprojektowane przez niego – dwa murki (wodotrysk zniszczono), koło domu zwanego Kroplą Mleka. Inną pamiątką ma być tablica na kamienicy przy ulicy Grodzkiej 7, w której się urodził i przez pewien czas mieszkał. Wojciech Wiszniowski ma wskazać inicjatorom okno od „jego” pokoju, bo kamienica uległa przebudowie. Planowana, początkowo na 10 grudnia, uroczystość została jednak odłożona do wiosny.
Prawie nikt już z najbliższej rodziny Marka Grechuty i Wojciecha Wiszniowskiego nie mieszka w Zamościu. Monika, córka pana Wojtka, miała nadzieję, że uda się jej przejąć komunalne mieszkanie po babci Zosi, w którym była zameldowana. Nie udało się. W sądzie nie pomogły nawet argumenty emocjonalne o stuletnich związkach jej rodziny z Zamościem. Na miejscowym cmentarzu, w rodzinnym grobowcach, spoczywa czworo jej dziadków, pięcioro pradziadków i dwoje pra-pradziadków. W kwietniu 2001 roku w grobowcu rodzinnym Wiszniowskich złożono ciało Wandy Grechutowej.
................................
Publikacja za zgodą autora.
Tekst w tym brzmieniu pierwotnie ukazał się w Tygodniku Konkrety nr 51/52
....................................
Przeczytaj więcej o Marku Grechucie
Tablica pamiątkowa dla M. Grechuty
Zobacz
świadectwo dojrzałości M. Grechuty (Zbiory AP Zamość)
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|