|
Wystawa Miasto Idealne – Miasta Niewidzialne (Ideal City – Invisible Cities) będzie z nami jeszcze przynajmniej do 22 sierpnia i musimy nauczyć się jej chociażby po to aby zrozumieć sens obiektów stojących na starówce i wyjaśnić przyjezdnemu znajomemu o co tu chodzi.
Nie chcę stawiać się w roli mentora jednak z powodów leżących po stronie organizatora Zamościanie nie zostali przygotowani do odbioru sztuki w tak awangardowym wydaniu.
Pisałem o tym w poprzednim felietonie
. Wąskie grono mieszkańców naszego miasta, wychowane przez Teatr Performer i Festiwal Fortalicje nie spowodowało, że każdy przechodzień patrzy na stojące teraz na zamojskiej starówce obiekty jak na unikalne ale i możliwe do ogarnięcia umysłem zjawiska artystyczne. Dla większości mieszkańców i może nawet turystów, o wiele łatwiej pojechać do Nadrzecza i skonsumować, bez intelektualnej czkawki, sprawnie podaną, uładzoną wersję sztuki firmowaną przez Dom Służebny i Stefana Szmidta.
Ktoś powiedział na otwarciu, że
miasto nie chciało Dudzińskiego to teraz ma trzydziestu takich Dudzińskich. Są
takie przysłowia: „Cudze chwalicie swojego nie znacie...” i „Nemo propheta in
patria sua” („Nikt nie jest prorokiem w swoim własnym kraju”), które lakonicznie
opisują rzeczywistość. Fenomen Festiwalu Sztuki Intuitywnej Fortalicje wymaga
oddzielnego omówienia jednak śmiem przypuszczać, że ostatecznie i Fortalicje jak
i wystawa „Miasto Idealne....” adresowane są do wąskiego grona wyrobionych
odbiorców lub takich, którzy na wyrobionych pozują. Wielokrotnie brałem udział w
Fortalicjach jako postronny obserwator, rozmawiałem z artystami, twórcami i
organizatorami. Nie udało się stworzyć wokoło Fortalicji ruchu ludzi
przychylnych, którzy spowodowaliby rozszerzenie formuły proponowanej przez
Dudzińskiego do rozmiarów jakie teraz przybrała wystawa firmowana przez
Rotenberg i Zamoyskiego. To potwierdza regułę, że bez mecenatu, przychylności i
otwartości trudno budować wielkie zjawiska w sferze kultury – również w
Zamościu. Dudziński nie potrafił przekonać urzędników. Fortalicje były dotowane
w wysokości 5 000 zł, Anda Rotenberg zorganizowała wystawę za 1,4 mln zł, w tym
za 0,7 mln zł w samym Zamościu i otrzymała od miasta 120 000 zł wsparcia.
 Teatr Performer -
Fortalicje 2004
Obiekty, będące zmaterializowanymi przemyśleniami artystów zaproszonych przez organizatorów wystawy Miasto Idealne – Miasta Niewidzialne są dla urzędników bezpieczne i możliwe do eksponowania w przestrzeni miejskiej. To pierwszy atut propozycji Andy Rotenberg. Po drugie sztuka konceptualna a więc taka, która wg książkowej definicji Heinza Ohffa (z 1971 roku) „...to sztuka w głowie artysty. Artyści dają teoretyczne pomysły, które nie muszą być realizowane” jest bezpieczna. W konfrontacji z postawionym w tytule wystawy tematem-zadaniem artysta musiał odwoływać się do twardej materii miasta a jego dzieła ostatecznie stały się bliższe architekturze. Innymi słowy - nie wkraczał on np. w trudną do akceptacji - przez niektóre środowiska - sztukę ciała, tak jak to notorycznie miało miejsce podczas Festiwalu Fortalicje i budziło u odbiorców skrajne reakcje. Wreszcie po trzecie Paweł Dudziński to outsider a Anda Rotenberg to nazwisko na dźwięk którego otwierają się drzwi sponsorów.
Czym więc jest wystawa „Miasto Idealne – Miasta Niewidzialne”? Odpowiedź na tak postawione pytanie to zadanie niewdzięczne po trzykroć. Po pierwsze niewdzięczne bo trzeba używać trudnych słów i trudnych nazwisk artystów i oczywiście odwoływać się do historii sztuki współczesnej, w której aż tłoczno od idei i „-izmów”. Po drugie zahaczające o trywializm, bo jak zgadnąć i wyjaśniać co artysta chciał powiedzieć. Wreszcie po trzecie grożące ośmieszeniem się bo zawsze w tych -izmach można się pomylić lub czegoś nie doczytać i w dodatku źle zinterpretować zamysł artysty.
Nie mam zamiaru podawać definicji sztuki, bo uniwersalnej nie ma a te, o których uczyliśmy się w szkole podstawowej już dawno zostały wyśmiane, zanegowane i porzucone na śmietniku historii. W XX wieku artystyczna aktywność człowieka przeszła tak duże przeobrażenia, że edukacja szkolna pomija je jako marginalne i w dalszym ciągu pozostaje w kręgu tradycji: malarstwa, rzeźby nieśmiało wspominając o pisuarze Duchampa, który temu pospolitemu przedmiotowi nadał rangę dzieła sztuki i umieścił w przestrzeni galerii.
Już kilkakrotnie użyłem pojęcia konceptualizm, co zresztą wywołało poruszenie w internetowej dyskusji i nie dziwię się. To pojęcie jest kluczem do zrozumienia wystawy Ideal City – Invisible Cities. Bez sięgnięcia do historii tego „izmu” trudno znaleźć mentalne uzasadnienie istnienia takich - jak te pokazane w Zamościu - prac i ich twórców.
Konceptualizm to nurt w sztuce współczesnej stworzony w
latach 70-tych XX wieku. Dla konceptualisty dziełem sztuki jest sama idea
ukształtowana w świadomości artysty. W jej zobrazowaniu pomaga skrupulatna
dokumentacja a nawet w ostateczności sam obiekt jednak przedmiotem działań
artystycznych jest wyłącznie projekt powstały w umyśle konceptualisty.
Klasycznym konceptualistą jest Joseph Kosuth, który w 1965 pokazał na wystawie
instalację składającą się z krzesła, jego fotografii i powieszonej na ścianie
obok powiększonej kopii słownikowej definicji krzesła. Praca Kosutha „Jedni i
trzy krzesła” to próba wskazania kierunku myślenia współczesnego artysty.
 Joseph Kosuth:
One and Three Chairs, 1965
I oto stajemy przed obiektami usytuowanymi w
przestrzeni Starego Miasta. Jednak najpierw warto odwiedzić pierwsze piętro
Galerii Zamojskiej BWA (ul. Staszica) gdzie zostały zgromadzone autentyczne,
klasyczne już dzieła sztuki konceptualnej kolegów Josepha Kosutha, między
innymi: Sol LeWitta, Braina O’Connella, Carla Andre, Tima Ayresa. Równo ułożone
w kącie sali wystawowej stalowe blachy to nie pozostałość po remoncie – to praca
Carla Andre z 1978 roku pt.: „Eighth Reversed Steel Corner”. Wyżej pisałem o
krzesłach ale blachy na galeryjnej podłodze to również koncept najwyższych lotów
i w dodatku wpisujący się wspaniale w zapisaną w tytule naszej wystawy
dychotomię widzialny-niewidzialny. Patrząc na kwadratowe blachy myślimy bardziej
o tym czego poza nimi nie ma. No właśnie, myślimy, doszukujemy się, koncypujemy,
odwołujemy do tego czego fizycznie nie ma a co mogłoby być. To jest
konceptualizm w czystym wydaniu. Proces myślowy, który pierwotnie zrodził się w
głowie artysty i został udokumentowany w postaci albo tylko katalogu wystawowego
albo fizycznie istniejącego obiektu. Co więcej ten proces twórczy może być i
jest odtwarzany w głowie oglądającego.
 Carl Andre: „Eighth Reversed Steel Corner, 1978
Mamy w Zamościu tego lata wszystko czym wyraża się współczesna sztuka.
Wszystko może być zadeklarowane jako dzieło sztuki – to pogląd obecny w historii
kultury od lat 70-tych XX wieku i manifestujący się nieograniczonym
wykorzystaniem wszystkiego jako instrumentu do „poszerzania świadomości”.
Dziełem sztuki jest ziemia. Teresa Murak świadomie zmieniła rabatę kwiatową na
płycie Rynku Wielkiego nadając jej formę geometryczną. Dla artystki ten skrawek
niezabudowanej ziemi zamojskiej starówki stał się miejscem, w którym styka się
to co naturalne i to co stworzone przez człowieka.
Do rangi dzieła sztuki urosły napisy na ścianach. Dla
Lawrenca Weinera słowa umieszczone na filarach podcieni kamienic ormiańskich to
rzeźba odarta z materiału rzeźbiarskiego, który może przeszkodzić w odbiorze.
To, sięgając do krzeseł Kosutha, kopia słownikowej definicji umieszczona na
ścianie.
 Lawrence Weiner: Found alone after any given time,
2006
Co dalej? Wieża z drewna na Rynku Solnym, grająca ściana przy Nowej Bramie Lubelskiej, gołębnik w bramie przy ul. Zamenhofa, labirynt wśród prania na podwórku Podkarmia, wieża Participate przy kościele Franciszkanów, fontanna z czarna wodą na Rynku Wodnym, małe muzeum wciśnięte w zaułek przy poczcie, filmy wideo w podziemiach Nadszańca i w Akademii Zamojskiej. Jest co oglądać i nad czym myśleć. Zachęcam do zabawy w poszukiwanie znaczeń i sensu. Każdy może być artystą koncypując ustawione obiekty na Zamojskiej Starówce. I proszę nie krzywić się na , gdy zobaczycie krzywo przycięte deski – ta piramida mogła zostać wykonana ze szkła, kamienia, ziemi albo piór. Mogła w ogóle nie zostać wykonana a tez byłaby dziełem sztuki. To jest konceptualizm.
W latach 80-tych uważałem się za
awangardowego artystę uprawiającego Mail-art. Mało kto słyszał o takiej formie
ekspresji artystycznej jednak wtedy organizowałem wystawy, wydawałem ziny,
rozsyłałem swoje prace (przy pomocy poczty – stąd nazwa tego nurtu sztuki) a w
zamian otrzymywałem prace innych artystów uczestniczących w tej sieci wymiany.
Tak opisywałem mail-art w Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym (nr 20/1989) „Siła
mail-art tkwi w tym, że celem nie jest gromadzenie wytworów artystycznej
działalności człowieka, a używanie tych wytworów do kontaktów z innymi ludźmi.
Brzmi to bardzo górnolotnie, lecz jak wyrazić uczucie, jakie rodzi się podczas
otwierania skrzynki pocztowej, na dnie której leży kilka listów nadesłanych
przez ludzi, którzy mieszkają i tworzą gdzieś daleko stąd. Nieznani, a jednak
bliscy.”
Ostatecznie wymiana dzieł sztuki poprzez pocztę stała się sztuką spotkań (Art Tourism). Korespondujący artyści zaczęli organizować wyprawy artystyczne, odwiedzać się nawzajem, organizować kongresy. Prekursorem turyzmu (tourism art) był Josef Klaffki, który odwiedził również mnie w 1986 roku. W tym samym roku w Toruniu odbył się - zorganizowany przez Yacha Paszkiewicza - pierwszy polski Mail Art Show, w którym wzięło udział kilkunastu polskich mailartystów. Przypominam te zdarzenia po to aby uzmysłowić, jak nikła jest granica pomiędzy twórczością a turystyką. Chęć kontaktu z dziełem sztuki to jedno – poznanie artysty to już być może wyższy etap uczestnictwa w procesie twórczym. Zamość aspiruje do bycia poważnym ośrodkiem żywej kultury. Sztuka nowoczesna w historycznym sztafażu wraz z turystyką i życiem akademickim to dobry kierunek.
Oto zostaliśmy postawieni – nagle i bez jakiegokolwiek przygotowania - w obliczu obiektów zwanych dziełami sztuki, które dla wielu nie są tym, czym miały być. W filmie Stanleya Kubrica „Odyseja kosmiczna 2001”, jak refren pojawia się - w różnych momentach dziejów ludzkości - tajemniczy czarny sześcian, który jest dla pierwotnych ludzi wychodzących z jaskini jak również dla amerykańskich astronautów na Księżycu czymś nieodgadnionym ale jednocześnie inspirującym do rozwoju i ostatecznie mimo swej zagadkowości czymś dobrym. Być może stając przed dziełem „Project for Ideal City” Colina Ardleya zwanego potocznie piramidą doświadczamy czegoś podobnego?
Tu
i teraz w Zamościu zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę i możemy nauczyć się
pływać. Może nawet musimy bo jak tu myśleć o rozwoju prowincjonalnego miasta bez
wielkich wyzwań – dobry ośrodek akademicki, idealne miasto z zapleczem dla
turystów i na deser ośrodek sztuki nowoczesnej z uznanym w Europie triennale. Z
tej mieszanki – jak w pracowni alchemika - może wyjść tylko złoto.
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|