R E K L A M A



Region - Gospodarka i polityka - Kultura i rozrywka - Życie społeczne - Sport - Edukacja - Komunikaty ROL
R E K L A M A
 Szukaj:
Google   
  , imieniny: Jerzy, Wojciech strona główna/newsroom  
 O artykule
Autor: Kronika Tygodnia - Anna Dudek
Data: 20.06.2007, 8:01
Zmiany: 20.06.2007, 8:01
Czytane: 2363x
Komentarzy: 0 [sprawdź]
test
  
  Archiwum>>
Co się dzieje na Forum?
Zapisz się!
Elektroniczy biuletyn ROL
co tydzień w twojej poczcie email.
W pogoni za Panem Bogiem  

Anna Jacyniak otwiera i zamyka drzwi skwarzawskiej kaplicy od 14 lat. Dba o nią jak nikt inny, za „Bóg zapłać”. Zanim u władz kołchozu wywalczyła klucze do świątyni, wylała morze łez. Nie mogła znieść widoku traktorów i robotników sypiących ziano zbóż w to święte miejsce. Pewnego dnia powiedziała „dość”

Ze szczytu góry, zwanej przez miejscowych Białą Górą, jak na dłoni widać zabudowania Starej Skwarzawy. Domki pokryte szarą dachówką, błyszczącą kopułę cerkwi, trawiaste boisko, szkołę i skład maszyn rolniczych. Po drugiej stronie wzniesienia kolejna wieś.
- To Kolonia. Kiedyś mieszkali na tych terenach niemieccy koloniści. Pozostał po nich tylko cmentarz – opowiada Włodek Jacyniak (38 l.).

Jeszcze dalej widać Żółkiew. Zielone, porośnięte wysoką trawą pagórki. W oddali olbrzymie połacie lasu. Roztocze ukraińskie. Pachnie polnymi kwiatami. Smród smoły, która co krok klei się do podeszew butów, odór zwierzęcych odchodów i cuchnąca rzeczka Świnka, pozostała w dole.
- Bajkowy krajobraz. Jak w niebie – uśmiecha się Jacyniak.
Chociaż przez chwilę może pomarzyć. Niedługo wróci do szarej codzienności. Do roboty (jest stolarzem), do domu i obowiązków, do żony Luby i dziesięciorga dzieci. W pośpiechu zaciąga się dymem z taniego papierosa.

Poddani Bogu i... kołchozowi
Mama Włodka ma na imię Anna, z domu Jaworowska. To wszystko od niej się zaczęło. O katolickiej kaplicy w Starej Skwarzawie wie prawie wszystko. Zna każdy centymetr tej świątyni.

Urodziła się w 1933 roku. Matka była Polką, ojciec Ukraińcem. Kiedy w 1936 roku, w jej rodzinnej wsi postawiono kościółek, miała niespełna cztery lata. Razem z innymi dziećmi biegała na niedzielne nabożeństwa. W Wielkanoc nosiła koszyk ze święconką. Podczas procesji eucharystycznej Bożego Ciała sypała kwiatki. Przyszła II wojna światowa, o której dziś nawet nie chce wspominać. Świątynię zamknięto dla wiernych. Ale Niemcy jej nie zniszczyli. Zrobili to Sowieci. W jej wnętrzu urządzili magazyn. Miejscowi kołchoźnicy składowali tam pszenicę, len. Latami.
- Do przechowywania ziarna zrobiono specjalne zasieki. Ponieważ w kaplicy nie było zbyt wiele miejsca, pracownicy kołchozu dobudowali strop i schody. Drewniana podłoga popękała od kół traktorów – wspomina staruszka.
Nowi administratorzy zlikwidowali wszystko. Zniknął drewniany ołtarz, ławki, obrazy świętych. Nastała era komunizmu. Ale pani Ania o Bogu nie zapomniała. Radziła sobie jak mogła. Wtedy była już mężatką. Poślubiła Ukraińca, wdowca. Pokochała jego dwójkę dzieci. Kiedy w 1948 roku brali ślub, Michał miał 3 lata, Stefania - 6. Wkrótce na świat przyszła Halinka, Marysia i Władek. Była troskliwa nie tylko dla swoich bliskich. Gdy we wsi ktoś ciężko zachorował, jechała do oddalonego o 35 km Lwowa, do katedry. Po księdza. Nie przeszkadzał jej letni skwar, czy trzydziestostopniowy mróz. Ruszała do Lwowa, gdy trzeba było zamówić mszę w intencji mieszkańców wsi. Woziła dzieci do komunii. Aż przyszedł 1991 rok, niepodległość, nowa konstytucja, niezależność i nadzieja. Katolicy odzyskali kolegiatę w pobliskiej Żółkwi. Władza zaczęła oddawać prawowitym właścicielom inne świątynie na Ukrainie.

Jacyniakowej serce mocniej zabiło. Pewnego dnia z samego rana włożyła na siebie odświętne ubranie i udała się do Mokrotyna, do kierownictwa kołchozu.
- Chcę zaopiekować się kaplicą w Skwarzawie - oświadczyła urzędnikowi. Ten spojrzał na nią spode łba i rzucił krótko „napiszcie podanie”. Dzień później była już u ks. Bazylego Pawełko, opiekuna żółkiewskiej kolegiaty.
- Będzie ksiądz u nas msze odprawiał? – zapytała nieśmiało.
Gdy usłyszała „tak” i słowa zachęty z ust duszpasterza „kapliczka będzie nasza”, przez kolejne dni biegała po wsi, od chałupy do chałupy. Zbierała podpisy.
- Taki był wymóg władz. Chcieli wiedzieć czy świątynia rzeczywiście jest nam potrzebna. Czy będzie do niej komu przychodzić – wyjaśnia pani Ania.
Pod wnioskiem o zwrot budowli podpisało się kilkudziesięciu mieszkańców wsi. Wśród nich Polacy i Ukraińcy. Ale byli też tacy, którzy słysząc o przedsięwzięciu, kręcili nosami.
- Możemy tylko się domyślać dlaczego protestowali – uśmiecha się ks. Pawełko. – Kiedy zaczęliśmy porządkować świątynię, w jednej ze ścian odkryliśmy sporych rozmiarów otwór, i resztki kabli. Nikt nie miał wątpliwości. Miejscowi kradli prąd.

Modlitwa do św. Ludwika
Po dwóch miesiącach starań Jacyniakowa dostała klucze do kaplicy.
- Na początek nie było wiadomo, w co ręce włożyć. Wszystko straszliwie zaniedbane – wzdycha kobieta. – Z samego strychu wywieźliśmy 16 przyczep gołębich odchodów.
Miejscowi katolicy zakasali rękawy i zabrali się do roboty. Odmalowali ściany, wstawili nowe okna, zerwali starą, przegniłą podłogę i ułożyli nową. Pieniądze na płytki (100 dolarów) przekazał śp. ks. Jan Łazarowicz. Kapłan urodzony w Starej Skwarzawie przez wiele lat pełnił posługę kapłańską w Narolu.

Projekt ołtarza ksiądz Pawełko załatwił u Walerego Bortiakowa (zmarł w maju tego roku), scenografa Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie. Ołtarz wykonał Włodek Jacyniak. A że nie było za wiele pieniędzy na materiał, zrobił go ze zwykłej dykty. Włodek zrobił też ławki. Ze zniszczonej kaplicy w Kolonii przywiózł marmurową kropielnicę. Kościelne chorągwie uszyła pani Ania. Gipsową figurkę Matki Boskiej Fatimskiej, która zdobi dziś ołtarz główny, podarowała miejscowa parafianka.
- Ponoć ta figurka stała niegdyś przy wejściu do katedry oo. Dominikanów w Żółkwi. Kiedy świątynię zamknięto na cztery spusty, kobieta wzięła ją na przechowanie – wyjaśnia duchowny.

Pierwszą mszę odprawiono tu w 1993 roku. Od tamtej pory ksiądz jest w kaplicy, w każdą niedzielę (godz. 13) i w święta. Na nabożeństwa przychodzi od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. Modlą się i śpiewają po polsku. Każdego roku w sierpniu spotykają się na odpustach. Wspominają patrona świątyni - świętego Ludwika IX, króla Francji, ojca 11 dzieci. Króla, który zyskał przydomek „pokojowy”, bo godził zwaśnione rody francuskie i rozwiązywał spory międzynarodowe.
- To bardzo religijna wieś. Jedyna w regionie, gdzie w szkole siostry zakonne (Zgromadzenie Sióstr św. Dominika w Żółkwi – przyp. aut.) uczą dzieci języka polskiego oraz katechezy. W tym roku świadectwa otrzymało 24 uczniów – podkreśla duchowny.

Jak dzwonią to po prośbie
Niedzielna taca zebrana w skwarzawskiej kaplicy, to po przeliczeniu hrywien, średnio 6 dolarów. Są lata, że nie ma tu ani jednego chrztu, pogrzebu ani komunii. Nie mówiąc już o ślubie. Do tej pory był jeden, Włodka, syna Jacyniakowej.
- Bez pomocy ludzi dobrej woli nic byśmy nie zdziałali – zaznacza ks. Pawełko.
- Na remonty zbieraliśmy pieniądze od ludzi ze wsi. Zresztą, robimy tak rok w rok, chodząc po kolędzie. Idąc dzwonimy. Nasz dzwonek jest mały. Ten, który mają kolędnicy z cerkwi greckokatolickiej robi dużo więcej hałasu. To nas różni. Nie trzeba zbytnio wytężać słuchu, by wiedzieć, kto zaraz pojawi się przed domem i powie „co łaska” – zauważa Jacyniakowa.

„Te Deum laudamus” na zakręcie
Pani Ania, która na co dzień opiekuje się świątynią, sprząta, robi bukiety, porządkuje jej otoczenie, za swoją pracę nie bierze ani grosza.
- Mam co jeść i w co się ubrać. Przynajmniej mogę się na coś przydać Bogu – wyznaje.
- Jest niezastąpiona. O wszystko bardzo się troszczy. Nawet o roślinność rosnącą na przykościelnym placu. Z pobliskiej cerkwi młode pary przychodzą tu zdjęcia sobie robić – mówi siostra Mateusza ze Zgromadzenia Sióstr św. Dominika w Żółkwi.
- Panu Bogu dziękuję, że ten kościół mam. To ogromna radość – cieszy się Jacyniakowa.

W niedzielę (10 czerwca) katolicy świętowali uroczystości Bożego Ciała. W południe ksiądz Bazyli odprawił mszę świętą w kaplicy. Po niej poprowadził wiernych w eucharystycznej procesji. Ludzie szli wyboistą drogą przez wieś. Chłopcy dzwonili dzwoneczkami. Dziewczynki ubrane w białe suknie, z kokardami upiętymi we włosach, sypały kwiaty. W religijnym pochodzie liczącym kilkadziesiąt osób podążała pani Ania, jej syn i synowa oraz wnuczęta: Weronika (14 l.), Wasylina (12 l.), Roman (11 l.), Lubomir (9 l.), Włodzimierz (8 l.), Oleksy (6 l.), Mikołaj (5 l.), bliźnięta Wiktora i Władysław (3 l.) i Bożenka (1 rok). Procesja minęła sklep, przed którym jeszcze kilka minut wcześniej miejscowi pili lwowskie piwo. Zatrzymała się przed ołtarzem, przed cerkwią. Przy ostatnim, czwartym ołtarzu wierni odśpiewali hymn „Te Deum laudamus”.

Modlitewny nastrój psuły jedynie jadące drogą rozklekotane łady, za którymi ciągnęły się tumany piachu.

Różaniec i łopata w ręku
Ks. Bazyli Pawełko jest zmęczony. Nerwowo spogląda na zegarek, jakby czekając, że za chwilę ktoś zadzwoni. „Na głowie” ma remont zabytkowej żółkiewskiej kolegiaty i... dwunastu robotników. Właśnie kończą montaż rusztowań w środku świątyni. Niebawem rozpocznie się malowanie.
- Część ekipy jest z Polski. Reszta ze Lwowa. To bardzo dobrzy fachowcy – podkreśla.
Co z tego, skoro bez przerwy wali się terminarz robót. Chociażby dziś (sobota, 9 czerwca). W całym mieście nie ma wody. Przerwa w dostawie trwa nie kwadrans i nie godzinę. Prawie cały dzień. Robotnicy pakują więc do samochodów wielkie, plastikowe pojemniki i jadą do pobliskich wsi. Dużo większą bolączką niż brak wody są deski. A właściwie ich brak. Zabrakło kilkunastu na rusztowania.
- Na Ukrainie nawet o taki materiał jest trudno. Zwłaszcza teraz, w lecie – podkreśla duchowny.

Bez pomocy parafian ks. Bazyli nie dałby rady. Trzeba zorganizować spanie dla robotników. Pomyśleć o posiłkach.
- Rozpoczęliśmy odnowę jeszcze jednej świątyni, w Kulikowie. Gromadzimy materiały budowlane. Szukamy wykonawców i sponsorów – dodaje.
Kulików to wieś na trasie Żółkiew – Lwów, niegdyś słynąca na całą Galicję z wypiekanego tu chleba. Jego walory smakowe zachwalali w piosenkach lwowscy batiarzy. Na targowiskach śpiewały o nim przekupki. Dziś miejscowe gospodynie chleba już nie pieką. Produkują ponoć znakomitą kulikowską kiełbasę. Stojący obok ruin zamku gotycko-renesansowy kościół pw. św. Mikołaja (1538 r.) przez wiele lat był nieczynny. Do czasu, aż ten sakralny zabytek pod swoją opiekę wzięli prafianie.

W dni powszednie ks. Bazyli koncentruje się na remontach. Jeździ po urzędach. Załatwia zezwolenia, zwozi materiały. Jak trzeba, to i za łopatę chwyci. Kapłanem jest w niedziele. Nakłada ornat i odprawia msze święte. W przerwach oprowadza po kolegiacie turystów. Z roku na rok jest ich coraz więcej.
- Przydałby się ktoś do pomocy – ciężko wzdycha duchowny.

 






Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia

Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
Informacje opublikowane przez INTERNAUTÓW nie podlegają cenzurze. Właściciele i redakcja Roztocze Online (old.roztocze.net) nie odpowiadają za treść zamieszczonych materiałów, tekstów i komentarzy! Jeżeli zawartość nie jest sygnowana "Roztocze.net" lub "Roztocze Online" to głowna treść tej strony jest kopią znalezioną w sieci internet.
Kopie stron internetowych zamieszczane w serwisie roztocze.net są dokonywane za zgodą autorów lub właścicieli, serwis roztocze.net nie jest w żaden sposób związany z autorami takich strony i nie odpowiada za ich treść.
Komentarze [do góry]
dodaj komentarz
[Kontakt] [Reklama] [© Roztocze Online - roztocze.net - P.Rogalski & R.Moteka]